O jeden most, czyli żegnaj Bergen

Rozpadało się na dobre, Zbig zaczął kichać, znaczy będzie miał katar. A jak facet ma katar, to klękajcie narody. Jakoś to przeżyję, ale łatwo nie będzie. Uciekamy więc przed deszczem i przed katarem  na nasz ulubiony statek, do naszego ulubionego miejsca z górami jedzenia i gorącą czekoladą. 

Odpływamy punktualnie o 17-stej, deszcz dalej pada, temperatura 10 stopni, ale i tak tkwię na pokładzie, żeby pożegnać drugie co do wielkości miasto w Norwegii.

By, by Bergen
Żegnaj, Bergen

W wędrówce przez niezliczone fiordy będziemy przepływać pod mostem Askøy. Nasz statek jest dość duży, więc ledwo się pod tym mostem zmieścimy. Może nawet zawadzimy lekko kominem… Nie, kapitan Peppas obiecał, że wszystko będzie dobrze, tym bardziej, że przyjęliśmy na pokład pilota, który ma nas przeprowadzić przez zdradzieckie skały Byfjorden i Hjeltefjorden. Mamy do przepłynięcia 32 mile morskie, zanim znajdziemy się na pełnym morzu.

Jest! Pojawił się jak cienka kreska na horyzoncie:

Askoy Bridge

Zbliżamy się, zaraz będzie wiadomo, czy się zmieścimy, czy nie uszkodzimy komina, albo mostu…

Askoy coraz bliżej

Udało się! Ale naprawdę mało brakowało. A most od spodu też jest ładny:

Askoy bridge from below

Będziemy teraz lawirować wśród tysięcy wysp. Ale teraz muszę iść na kolację typu „formal”. Uwielbiam te gale, ale dziś wolałabym oglądać widoki.

Dodaj komentarz