Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Pieszo od Muzeum do portu idziemy około 15 minut. Trwałoby to krócej, ale muszę wszędzie zajrzeć. Poza widzianym już wcześniej bałaganem odkrywam sklep z rogami reniferów, pilnowany przez dwa psy, które na razie mnie olewają, ale nie wiadomo kiedy im podpadnę.
Węgiel i rogi reniferów – kwintesencja Spitsbergen:
Coal and reindeer horns – all we want from Spitsbergen
Jest ciepło, mimo że jest zimno. Ponieważ nie ma wiatru i słońce zdecydowało się przebić przez mgliste chmury, więc nie marzniemy, ale gdzieniegdzie błyszczy szron. Zwykle wyobrażamy sobie Północ tak, jak pisywał o niej Jack London (np. w powieści „Bellew Zawierucha” – kiedy ktoś splunął, ślina zamarzała z trzaskiem w powietrzu). Mimo tego, że Longyearbyen jest dalej na północ niż Klondike, to średnie temperatury nie są bardzo niskie: w styczniu to pomiędzy -13 a -20 stopni C. Nie sądzę, żeby w tych warunkach cokolwiek zamarzało w ciągu sekundy. Wiele lat mieszkałam w Kanadzie i zima była tam o wiele sroższa. Wprawdzie nie próbowałam pluć na mrozie, ale oczy czasem zamarzały…
Coś dla miłośników Formuły 1 – Pole Position:
Spitsbergen – Pole Position
Mimo, że nie można tu liczyć na ekstremalne temperatury jak na Yukonie, to na pewno warto tu przyjechać zimą, żeby posłuchać śpiewu zorzy polarnej. Aurora borealis (czyli zorza polarna północna, bo ta na południu nazywa się aurora australis) jest na mojej krótkiej liście „rzeczy, które trzeba zobaczyć przed śmiercią”. Oczywiście zorzę można zobaczyć dużo dalej na południe, ale tutaj, w tej osadzie, w czasie trwającej 24 godziny na dobę nocy na pewno ma to większy urok.
Już widać nasz statek, gdzie czeka na nas gorąca czekolada serwowana w każdym porcie jeszcze przed wejściem na trap/szalupę. Idziemy jeszcze na kraniec miasta, żeby zrobić sobie zdjęcie przed najsłynniejszym znakiem drogowym na świecie.
Tu kończy się Longyearbyen, a zaczyna Północ:
Me and Zbig and the most famous road sign in the world
Motto Longyearbyen to: „unique, secure and creative”. Myślę, że bardzo trafione. Mimo całej brzydoty tego miejsca i trudnych warunków chciałabym pomieszkać tu trochę. To miasto lepiej wygląda w nocy…
ok. 20:00
Odpłynęliśmy o 19:00. Mgła znowu ogarnęła fiord. Teraz płyniemy na południe, na Przylądek Północny. Do przepłynięcia 534 mile morskie.
Żegnaj Longyearbyen:
Good by Longyearbyen
Tu kończy się Isfjorden, dalej tylko Morze Grenlandzkie.
Wypływamy z Isfjorden:
Isfjorden
Coraz dalej i dalej…
We are not alone
Żegnaj Svalbard:
Good by Svalbard
Żegnaj Longyearbyen. Żegnaj Spitsbergen. Żegnaj Arktyko. Przed nami Honningsvag.
Kilka kilometrów od Longyearbyen jest Basecamp Trapper’s Station. Jest to miejsce, gdzie można poczuć klimat czasów, w których dobry psi zaprzęg był kluczową sprawą dla przetrwania podróżnika, czy trapera.
Przyczepa do przewozu psów:
Dog trailer in Spitsbergen
Można tam zobaczyć jak wyglądało życie myśliwych i ich psów. Psów mieszka tam ponoć 90, ale nie ma możliwości się z nimi zaprzyjaźnić. Rasy pierwotne nie łaszą się do obcych.
Jest tam kilka chatek, gdzie można spędzić na przykład miesiąc miodowy w towarzystwie martwych zwierząt, a właściwie ich skór. Nie jest to miejsce dla fundamentalistycznych estetów, bo wygląda to dosyć przaśnie, ale w noc polarną na pewno ma swój urok. Można też stamtąd wyruszyć na wyprawę psim zaprzęgiem, zimą na płozach, latem na kołach, na cały dzień (8 godzin), lub na pół dnia (4 godziny), ale też na trzy, lub siedem dni, na prawdziwą, arktyczną wyprawę. Ceny od 950,- NOK (ok. 530,- PLN) za pół dnia, do 29.900,- NOK (ok. 16.800 PLN) za 7-dniową wyprawę pod hasłem „Dead or the west coast”. Są to słowa legendarnego podróżnika Fridtjov Nansena, ale … hm… sama nie wiem. Nie ma jeszcze jakiejś innej alternatywy?
Ale trzeba wrócić do codzienności w Longyearbyen, a nie mam pojęcia jak wygląda codzienność żyjących tu ludzi. Dzieci wracają ze szkoły z plecakami, najczęściej na rowerach. Para na oko 40-letnia wraca ze sklepu z zakupami. Dwie kobiety rozmawiają przed sklepem, kilku młodzieńców siedzi przed pizzerią, jakiś młody człowiek grzebie w silniku swojego skutera śnieżnego. Właściwie tak jak w każdym małym miasteczku na świecie, no może poza tym, że pod koniec czerwca wszyscy mają na sobie zimowe kurtki (nie wiem w czym w takim razie chodzą w zimie) i tym skuterem śnieżnym…
Parking przed blokiem mieszkalnym:
Car/ ski-doo parkng
Tak, problem zbyt rozdmuchanej motoryzacji nijak się ma do Longyearbyen. Przed „blokami” parkują głównie „snowmobiles”, niektóre z potężnymi silnikami. Samochody są, głównie SUV i wielkie pick-up, trochę osobowych, ale nie wygląda na to, żeby nie mieli gdzie zaparkować przed bankiem czy pocztą w centrum. Wiodąca marka to Toyota.
Parking przed blokami:
Parking lots
CIEKAWOSTKA: w Longyearbyen nie ma przestępstw!
Pora ruszać do Svalbard Museum. Jest to ogromny, brunatny budynek prawie nad brzegiem fiordu, w północnej części miasta. Jak to w muzeum – artefakty dotyczące kultury materialnej ludzi zamieszkujących Svalbard, historia wielorybnictwa i górnictwa, flora i fauna archipelagu, ta ostatnia w postaci wypchanej. To mnie zresztą odstraszyło skutecznie – przy wejściu na sale ekspozycyjne stoi wielka głowa morsa i patrzy z wyrzutem.
Fiord i Svalbard Museum:
Fjord and Svalbard Museum
Slalbard Museum z innej perspektywy i znak drogowy dot. skuterów śnieżnych:
Svalbard Museum
Ale w hallu można się ogrzać, skorzystać z toalety (sic!), obejrzeć filmy o przyrodzie Svalbardu, kupić książki w różnych językach, mapy, plakaty, kubki, pocztówki, zdjęcia, skóry różnych biedaków, breloczki i inne rzeczy, które prawdziwy turysta kupić musi.
INFO: muzeum jest otwarte od 10:00 do 17:00. Cena biletu – 75,- NOK (ok. 12,50,- Euro). Akceptują wszystkie karty kredytowe, euro i dolary US.
W tym samym budynku mieści się Centrum Uniwersyteckie, Norweski Instytut Polarny i Środowiskowe Centrum Informacyjne.
Wracamy do domu, czyli na statek. Przynajmniej nie ma obawy, że zrobi się ciemno i nie trafimy z powrotem…
W Longyearbyen żyją i pracują bardzo specyficzni ludzie, którzy przez pół roku żyją w ciemnościach polarnej nocy, rozświetlanej tylko księżycem i zorzami polarnymi, a przez pół roku w 24-godzinnym blasku słońca. Wiele okien w domach jest zasłoniętych folią odblaskową, taką jaką stosuje się na przednich szybach samochodów w obronie przed słońcem.
The people who live and work in Longyearbyen are a unique breed; for half the year, they exist in the darkness of the polar night—illuminated only by the moon and the aurora—and for the other half, they live in the 24-hour glare of the sun. Many windows in the houses are covered with reflective foil, the kind used on car windshields to block out the sun.
Prawie centrum Longyearbyen: / almost city center of Longyerbyen
Longyearbyen center
Wracając do mieszkańców miasta… Ich liczba to około 2040 osób. 40% to Norwegowie, a około 16% to Tajlandczycy (lub Tajowie, niespodzianka), Szwedzi, Duńczycy, Niemcy i Rosjanie. Polaków naliczono 10-ciu (dane z 2010). 60% to mężczyźni, a przedział wiekowy to średnio 25 – 44 lat i prawie nie ma osób powyżej 66-go roku życia. Ciekawe jest to, że średnia długość pobytu w mieście to 4,3 roku dla obcokrajowców i 6,6 dla Norwegów. I kto tu jest Wikingiem?
Returning to the town’s residents… The population stands at around 2,040 people. 40% are Norwegian, while about 16% are Thai (or Thais—surprise!), Swedes, Danes, Germans, and Russians. Ten Poles were recorded (2010 data). 60% are men; the average age range is 25–44, and there are almost no residents over the age of 66. Interestingly, the average length of stay in the town is 4.3 years for foreigners and 6.6 years for Norwegians. So, who’s the Viking here?
Smutne jest to, że średnio w gospodarstwie domowym żyje 1,6 osoby. Muszą być nieźle samotni… Za to są bardzo wyedukowani – 54 procent z nich ma wyższe wykształcenie. Średnia kobiet to 40% z wyższym wykształceniem.
It is sad that the average household consists of 1.6 people. They must be quite lonely… On the other hand, they are highly educated—54 percent of them hold a university degree. The figure for women is 40%.
Wszyscy ci samotni, mądrzy i młodzi ludzie mieszkają w dwupiętrowych domach-blokach, trochę przypominających baraki, lub w jednopiętrowych chatach. Niektóre są pomalowane na kolor bordowy, inne na niebiesko, jeszcze inne na zielono. Nie są radosnymi plamami rozświetlającymi krajobraz. Są ponure i czasem prawie ich nie widać na tle ciemnej ziemi. Zimą na pewno wyglądają lepiej, kiedy wokół jest jasno od śniegu i światła księżyca w pełni.
All these solitary, intelligent young people live in two-story apartment blocks—resembling barracks—or in single-story cottages. Some are painted burgundy, others blue, and still others green. They are not cheerful splashes of color brightening the landscape; rather, they are somber, sometimes barely visible against the dark earth. They surely look better in winter, when the surroundings are illuminated by snow and the light of a full moon.
Domek jednorodzinny w Longyearbyen: / One-familly house in Longyearbyen:
Typical house in Longyearbyen
Wszystkie domy stoją na palach. Nie takich jak w Wenecji, bo są krótsze i nie tak grube, ale nie da się tego ukryć – stoją na palach. Te „fundamenty” są sprytnie osłonięte drewnianymi deskami, ale i tak można zobaczyć wodę, w której te pale stoją. Nie dziwię się – przy wielkich ilościach wody, jaka wiosną spływa z lodowców nie ma mowy o trzymaniu kompotu i ziemniaków w piwnicy.
All the houses stand on piles. Not like the ones in Venice—these are shorter and not as thick—but there is no denying it: they stand on piles. These „foundations” are cleverly screened by wooden planks, yet you can still see the water the piles are standing in. It’s no surprise—given the massive volume of water flowing down from the glaciers in spring, there is no way to store fruit compote or potatoes in a cellar.
Domy na palach: / Houses on piles:
Houses on stilts – Longyearbyen
INFO: hotele w Longyearbyen nie są tanie. Najtańszy pokój dwuosobowy to około 950 pln, na szczęście ze śniadaniem. Średnio trzeba zapłacić 1500 pln, ale droższe też się znajdą. Hotele są tak nieliczne, że nie muszą się obawiać konkurencji, ale też nie narzekają na brak gości, więc czasem lepiej rezerwować z wyprzedzeniem.
INFO: Hotels in Longyearbyen aren’t cheap. The cheapest double room costs around 950 PLN—fortunately, that includes breakfast. You’ll pay an average of 1,500 PLN, though pricier options are available too. There are so few hotels that they face little competition, yet they certainly don’t lack guests, so it’s often best to book in advance.
CIEKAWOSTKA: niedaleko Longyearbyen jest niesamowite miejsce: Svalbard Global Seed Vault, czyli Globalny Bank Nasion. W tunelu wydrążony w wiecznej zmarzlinie umieszczonych jest 20 milionów jadalnych nasion. Przechowywane są na wypadek globalnego kryzysu, choć jeśli kryzys byłby naprawdę globalny, to nikt do tych nasion nie dotrze, nie mówiąc już o ich posadzeniu. Budowa rozpoczęła się w czerwcu 2006 roku. Placówka została sfinansowana przez rząd Norwegii. Wiele państw wysyła tu „swoje” nasiona, a za ich przechowywanie nie pobiera się opłat. Ziarenka mogą w tych warunkach wytrzymać nawet tysiące lat.
FUN FACT: Near Longyearbyen lies an amazing place—the Svalbard Global Seed Vault. Housed in a tunnel carved into the permafrost are 20 million edible seeds. They are stored there for a potential global crisis, though if such a crisis were truly global, no one would be able to reach the seeds—let alone plant them. Construction began in June 2006, and the facility was funded by the Norwegian government. Many countries send „their” seeds here, and no fees are charged for storage. Under these conditions, the seeds can remain viable for thousands of years.
Pozycja: 78 stopni 13 minut nord / Position: 78 degrees 13 minutes North
tempertura: 3 stopnie C / temp 3 degrees C
ok. 16:00 / 4 p.m.
Z portu do miasta jest około 2 km. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo zaoszczędzilibyśmy 10 dolców. Ale dla kogoś, kto ma ciężką astmę przebycie tej drogi pieszo jest niewskazane – może zostać zabity przez kurz. Kurzy się zewsząd: ze skalistych, czarno-brunatnych zboczy, z poboczy wysypanych żwirem i małymi kawałkami węgla, z okolicznych „łąk”, które porastają suche trawki, którymi mogłyby się nakarmić tylko wielbłądy, bo co do reniferów nie jestem pewna. Wzdłuż drogi stoją dziesiątki piętrowych baraków o nieciekawej architekturze, która niestety dominuje w szaro-brązowym krajobrazie. W budynkach mieszczą się firmy, a przed budynkami panuje bałagan – porozrzucane drewniane belki drewniane, porzucone betonowe słupy, pojemniki na oleje i inne substancje płynne, jakieś beczki, kontenery na śmieci… Wiem, że tu się pracuje, ale naprawdę nikomu nie zależy?
It is about 2 km from the port to the town. It’s a pity we didn’t know that before; we could have saved ten bucks. However, walking that distance is ill-advised for someone with severe asthma—the dust could kill them. Dust rises from everywhere: from the rocky, black-and-brown slopes; from verges strewn with gravel and small chunks of coal; and from the surrounding „meadows,” overgrown with dry grasses that only camels could stomach—though I’m not so sure about reindeer. Dozens of multi-story barracks line the road, featuring the drab architecture that unfortunately dominates this gray-brown landscape. These buildings house various businesses, yet the area in front of them is a mess: scattered wooden beams, abandoned concrete pillars, containers for oil and other liquids, assorted barrels, trash bins… I know work goes on here, but does no one really care?
Wiosenne łąki. To malutkie, białe to ptak: / Spring meadows. That tiny white thing is a bird:
Little, white bird on spring meadows – Longyearbyen
Docieramy do centrum Longyearbyen. Robi wrażenie, choć nie mogę się zdecydować jakie to wrażenie. Po pierwsze brak zieleni, nie licząc zieleni drewnianych domów. Skąd biorą drewno na budowę, skoro nie rośnie tu nic oprócz porostów? Chyba jednak wszystko muszą sprowadzać, oprócz skór reniferów, które leżą biedne na stołach i ławach przed sklepami. Myślę, że te sklepy z pamiątkami to pamiątki po reniferach.
We reach the center of Longyearbyen. It makes an impression, though I can’t quite decide what kind. For one thing, there is no greenery—unless you count the green paint on the wooden houses. Where do they get the wood for building when nothing grows here but lichen? I suppose they have to import everything—except for the reindeer hides, which lie forlornly on tables and benches outside the shops. I think these souvenir shops are actually memorials to the reindeer.
Sklepy, sklepy na głównej ulicy w Longyearbyen / Shops, shops on the main street in Longyearbyen.
Main street in Longyearbyen
Przez miasteczko płynie strumień, zwany Longyearelva – teraz zamieniony w cienką stróżkę, w której walają się plastikowe odpadki, papiery, a obok biegną niczym nie osłonięte rury. Nie robi to dobrego wrażenia, chyba, że ktoś bardzo, bardzo lubi przemysłowe krajobrazy.
A stream known as the Longyearelva flows through the town—now reduced to a thin trickle littered with plastic waste and paper, with exposed pipes running alongside it. It does not make a good impression, unless one is very, very fond of industrial landscapes.
Nie wiem co powiedzieć: / I don’t know what to say:
City center, Longyearbyen
Po drugiej stronie strumienia, w stronę portu, na niewielkim wzgórzu jest słynny kościół. Nie ma wspaniałych renesansowych malowideł czy rzeźb, nie ma wielkich organów i żaden wielki król nie został tu namaszczony. Jest skromny, surowy (można? można!) i od ponad 70 lat jest najbardziej wysuniętym kościołem na północ. I pewnie tak zostanie.
On the other side of the stream, towards the harbor, a famous church stands on a small hill. It boasts no magnificent Renaissance paintings or sculptures, no grand organ, and no great king was ever anointed here. It is modest and austere—proof that simplicity works—and for over 70 years, it has held the title of the northernmost church. And it likely always will.
Centrum Longyearbyen. W oddali kościół: / Longyearbyen city center. Church in the distance:
Longyearbyen center with famous church in the distance
No i jest wielki niedźwiedź polarny, z którym każdy turysta robi sobie zdjęcie. Powiedziano nam, że w razie spotkania z prawdziwym niedźwiedziem raczej nie musimy uciekać – i tak nas dogoni i zabije. Wiele osób nosi broń, w tym długie karabiny z wąską lufą.
And then there’s the huge polar bear that every tourist takes a photo with. We were told that if we were to encounter a real bear, there’s really no point in trying to run—it would catch and kill us anyway. Many people carry weapons, including long-barreled rifles.
Napis w tutejszym supermarkecie: / A sign in the local supermarket:
In the local supermarket
Właściwie przestrzegają przed wychodzeniem z miasta bez broni odstraszającej niedźwiedzie i bez doświadczenia pozwalającego tej broni użyć. Zamierzam bardzo przestrzegać tych zaleceń.
They strongly advise against leaving town without a bear deterrent and the experience needed to use it. I intend to strictly follow these recommendations.
Słodki miś, który gdyby był żywy, pożarłby mnie z kościami: / A cute bear that, if it were alive, would devour me whole—bones and all:
I kissed a bear. Polar bear
W sklepach są głównie pamiątki: oprócz skór i rogów można kupić wyroby z wełny, polarne kurtki, nie polarne piżamy, straszliwe drzeworyty z sylwetkami zwierząt i inne rzeczy niezbędne do ekspedycji na Biegun Północny. Ceny są kosmiczne, ale satysfakcja z kupienia czegoś na Spitsbergenie – bezcenna. W dodatku wszystko „made in Norway”.
The shops mostly stock souvenirs: alongside hides and antlers, you can buy wool products, fleece jackets, non-fleece pajamas, ghastly woodcuts featuring animal silhouettes, and other essentials for a North Pole expedition. The prices are astronomical, but the satisfaction of buying something on Spitsbergen is priceless. Plus, everything is „Made in Norway.”
INFO: sklepy z pamiątkami są otwarte od 10:00 do 17:00, w soboty od 10:00 do 14:00, ale mogą być otwarte np. tylko od 1 czerwca do 15 sierpnia. Jeden z największych sklepów, Svalbardbutikken jest otwarty od 10:00 do 20:00, w sobotę do 18:00, w niedzielę od 15:00 do 18:00 przez cały rok.
INFO: Souvenir shops are open from 10:00 to 17:00 (and from 10:00 to 14:00 on Saturdays), though some may only be open, for example, from June 1st to August 15th. One of the largest shops, Svalbardbutikken, is open year-round: from 10:00 to 20:00 (until 18:00 on Saturdays) and from 15:00 to 18:00 on Sundays.
Na głównej ulicy, jak na każdej głównej ulicy mieszczą się najważniejsze instytucje konieczne do funkcjonowania miasteczka. Puby są na pewno, jest też kilka restauracji. W barze można zjeść najdalej wysuniętą na północ pizze albo kebab, w restauracji – norweską czarną gęś, lub pulpety z renifera.
The main street—like any main street—is home to the key institutions essential for the town’s functioning. There are certainly pubs, as well as a few restaurants. At a bar, you can eat the northernmost pizza or kebab, while at a restaurant, you might have Norwegian black goose or reindeer meatballs.
Jest też bank, biblioteka, przedszkole ze smutnymi słoneczkami wymalowanymi na szybach. Naprzeciwko remiza strażacka. Na wschodnim skraju jest wyciąg narciarski, latem nieczynny z wiadomych względów.
There is also a bank, a library, and a kindergarten with sad suns painted on the windows. Opposite stands the fire station. At the eastern edge, there is a ski lift—closed in summer for obvious reasons.
Przy głównej ulicy jest też pomnik górnika – nie jakiś monument, ale niewielka postać zmęczonego człowieka, który z kilofem w ręku wraca do domu.
On the main street, there is also a statue of a miner—not a grand monument, but a small figure of a weary man returning home with a pickaxe in his hand.
Statue of coal miner – main street in Longyearbyen
Pozycja: Adventfjorden, archipelag Svalbard ( czyli „zimne wybrzeże”), wyspa Spitsbergen / Location: Adventfjorden, Svalbard archipelago (meaning „Cold Coast”), Spitsbergen Island
Ok. 6:30 / 6:30 a.m.
Przed 5 rano wpłynęliśmy do do fiordu Isfjorden o długości 107 kilometrów, co czyni go drugim co do wielkości fiordem na wyspie Spitsbergen. Chmury wiszą tak nisko, że nie widać szczytów nagich, stromych, czarnych gór. Powierzchnia wody jest gładka, czyli nie ma wiatru. Nawet ptaki się jeszcze nie obudziły, bo nie ma ani jednego. Chyba, że mają jakieś obfitsze poranne pastwiska.
Before 5 a.m., we sailed into Isfjorden—a 107-kilometer-long fjord, making it the second-largest on the island of Spitsbergen. The clouds hang so low that the peaks of the bare, steep, black mountains are invisible. The water’s surface is smooth, meaning there is no wind. Even the birds haven’t woken up yet; there isn’t a single one in sight—unless, of course, they have richer morning feeding grounds elsewhere.
Ponure wody Isfjorden. Jest około 5 rano, wszyscy jeszcze śpią, ale na mostku ktoś czuwa?
The gloomy waters of Isfjorden. It is around 5 a.m.; everyone is still asleep, but is someone keeping watch on the bridge?
5 a.m., Isfjorden.
Strome zbocza Spitsbergenu: / The steep slopes of Spitsbergen:
Spitsbergen and it’s steep hills
Mijamy małe przystanie kutrów i coś, co wygląda na manufaktury do przetwarzania ryb i małe doki. Jest bardzo cicho, jakbyśmy płynęli przez martwe wody. / We pass small fishing-boat moorings, what look like fish-processing workshops, and small docks. It is very quiet, as if we were sailing through dead waters.
Trawlers in Adventfjorden
Zbliżamy się do portu Bykaia, Adventfjorden: / We are approaching the port of Bykaia, Adventfjorden:
Port Bykaia, the gate of Spitsbergen
Ciekawe jaką pogodę miał John Munroe Longyear, kiedy latem 1901 roku przybył jako turysta na Spitsbergen, gdzie właśnie odkryto pokłady węgla. John wraz z przyjacielem Frederickiem Ayer (teść gen. Pattona, notabene) kupili norweską firmę górniczą i w 1905 założyli Arctic Coal Company z siedzibą w Bostonie, Massachusetts. Górnicy pochodzący głównie z Norwegii i Szwecji, żyjąc w bardzo ciężkich warunkach wybudowali osadę, w której osiedliło się 500 osób. Potem osada, zwana Longyear City rozrosła się i dzisiaj jest centrum administracyjnym i handlowym z 2040 mieszkańcami, zatrudnionymi głównie w górnictwie węgla, w arktycznych ośrodkach akademickich i badawczych i przemyśle turystycznym. Teraz miasto nazywa się Longyearbyen i niedługo się w nim znajdziemy.
I wonder what the weather was like for John Munroe Longyear when he arrived as a tourist on Spitsbergen in the summer of 1901—just as coal deposits were being discovered there. John and his friend Frederick Ayer (incidentally, General Patton’s father-in-law) purchased a Norwegian mining company and, in 1905, established the Arctic Coal Company, headquartered in Boston, Massachusetts. Miners—primarily from Norway and Sweden—built a settlement where 500 people made their homes, enduring very harsh conditions. That settlement, originally known as Longyear City, subsequently expanded; today, it serves as an administrative and commercial hub with a population of 2,040, employed chiefly in coal mining, Arctic academic and research institutions, and the tourism industry. The town is now called Longyearbyen, and we will be arriving there shortly.
ok. 9:00 / 9 a.m.
Właśnie przycumowaliśmy w porcie Bykaia w Adventfjorden. Byłam w wielu portach, ale ten jest jakiś… mały. I wydaje się… zabałaganiony. / We’ve just docked at the Bykaia port in Adventfjorden. I’ve been to many ports, but this one is sort of… small. And it seems… cluttered.
Na zboczu góry, przy której jest port widać słupy kolejki i wagoniki do transportu węgla. A swoją drogą… jeśli tu jest węgiel, to znaczy, że kiedyś musiały być tu wielkie drzewa i o wiele wyższe temperatury. Hm, czy ktoś na to już wpadł przede mną?
On the mountainside near the port, you can see the cableway pylons and the coal transport cars. And come to think of it… if there’s coal here, that means there must have once been huge trees and much higher temperatures. Hmm, has anyone else figured that out before me?
Mały kuter (?) ciągnie cumę naszego statku na brzeg: / A small cutter (?) is towing our ship’s mooring line to the shore:
Small ship is draging a rope for moor our ship
Port z bliska. Właśnie zacumowaliśmy: / A close-up of the port. We’ve just docked:
Z okna na 10 pokładzie widzę też dwie budy dla psów. Kundelki leżą na dachach swoich domów i nie robi na nich wrażenia nasz okręt – znowu najwyższy budynek w mieście. Port wygląda na wymarły, czasem tylko podjeżdża jakaś furgonetka. Niedługo powinny pojawić się autokary, które mają nas zawieźć do centrum Longyearbyen. Cena biletu: 5$.
From the window on Deck 10, I can also see two dog kennels. Mongrels are lying on the roofs of their shelters, unimpressed by our ship—once again the tallest building in town. The port looks deserted; only the occasional van pulls up. The buses meant to take us to the center of Longyearbyen should be arriving soon. Ticket price: $5.
Zbig karmi fiordy, żeby mógł sie potem chwalić, że jadły mu z ręki: / Zbig feeds the fjords so he can later boast that they ate right out of his hand:
Zbig and fjord
Przy okazji wypatrzyłam kogoś z załogi, kto wyprowadza małego, białego pieska na spacer. Już jakiś czas temu słyszałam szczekanie w części pokładu należącym do załogi, ale kiedy kogoś o to spytałam, to oczywiście zaprzeczył. Nie mówcie nic kapitanowi, a jeśli chodzi o mnie, to nie mam nic przeciwko zwierzętom na statku, pod warunkiem, że nie są to szczury.
While I was at it, I spotted a crew member taking a small white dog for a walk. I’d heard barking coming from the crew’s quarters a while back, but when I asked about it, the person naturally denied it. Don’t tell the captain; as for me, I don’t mind having animals on board—provided they aren’t rats.
10:00 a.m.
Zbig nakarmił fiord i nie pozostaje nam nic innego, jak wyruszyć. Słońce zaczyna znajdować sobie małe otworki w chmurach. To będzie piękny dzień. / Zbig has fed the fjord, and there is nothing left for us to do but set off. The sun is beginning to find small openings in the clouds. It’s going to be a beautiful day.
wschód słońca: hahaha, skoro nie zaszło, to jak ma wzejść? / Sunrise: Hahaha—since it didn’t set, how is it supposed to rise?
temperatura: 12 stopni, słonecznie / 12 C, sunny
Pozycja: Lofoty / Lofoten
ok. 8:00
Welcome to Lofoten:
Lofoten – Leknes
Witamy na Lofotach:
Lofoten
Obudził mnie głośny dźwięk łańcucha kotwicznego. Na czwartym pokładzie marynarze zaczęli spuszczać szalupy, którymi dotrzemy do portu. Szalupy, dotąd wiszące nad pokładem wydawały się małe, ale teraz, kiedy widzę jak wędrują w dół i kołyszą się niebezpiecznie nad pokładem, to widzę, jakie są wielkie. Dowiaduję się, że mogą zabrać do 120 osób i wydają mi się jeszcze większe.
I was awakened by the loud sound of the anchor chain. On the fourth deck, sailors had begun lowering the lifeboats that would take us to port. The lifeboats—which, until now, had hung suspended above the deck—had seemed small; but now, as I watch them descend and sway precariously overhead, I realize just how massive they are. I learn that they can carry up to 120 people, and they seem even larger to me.
Zdejmowanie szalupy z wieszaka:
Launch off
Szalupy welcome to – do portu Leknes / To the Leknes harbour
From ship to the harbour
Nie zdecydowaliśmy się na kupno wycieczki krajoznawczej. Za to wczoraj kupiliśmy bilety na autobus (7$ od osoby, mają jeździć co 20 minut, przystanek koło kościoła, możemy jeździć tyle razy, ile chcemy), który z portu ma nas zawieźć do Leknes – największego miasta archipelagu Lofotów, na wyspie Vestvagoy (nad „a” powinno być małe kółeczko, a „o” powinno być przekreślone). Trudno to sobie wyobrazić bo z pokładu widzę kilkanaście rozrzuconych domostw i coś, co wygląda na kościół albo remizę strażacką, a w tle niewielkie góry pokryte resztkami śniegu i rzadkimi lasami.
We decided against purchasing a sightseeing tour. Instead, yesterday we bought bus tickets ($7 per person—they are scheduled to run every 20 minutes from a stop near the church, and we can ride as often as we like) to take us from the port to Leknes—the largest town in the Lofoten archipelago, located on the island of Vestvågøy (the „a” should have a small circle above it, and the „o” should be crossed out). It is hard to imagine, though, because from the deck I can see only a dozen or so scattered houses and something that looks like a church or a fire station, set against a backdrop of small mountains covered in patches of lingering snow and sparse forests.
Lofoty są ponoć siedzibą wielu milionerów – ludzi, którzy dorobili się na hodowli łososi. Osiedlają się właśnie tu, ze względu na „balsamiczny” klimat, który niewątpliwie jest zasługą Golfstromu, czyli Prądu Zatokowego. Oczywiście tutejsza ekonomia oparta jest na rybołówstwie, zresztą po co zmieniać coś, co istnieje tutaj od setek, jeśli nie tysięcy lat?
The Lofoten Islands are reportedly home to many millionaires—individuals who made their fortunes in salmon farming. They choose to settle here specifically because of the „balmy” climate, which is undoubtedly owed to the Gulf Stream. Naturally, the local economy is based on fishing—and, after all, why change something that has existed here for hundreds, if not thousands, of years?
ok. 11.00
Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy drugie śniadanie i rozleniwieni patrzymy na kursujące ze statku na ląd i z lądu na statek szalupy. Trzeba się zbierać, to pierwsze zejście na ten tajemniczy ląd, zamieszkany od pokoleń przez Wikingów („Norsemen” jest ponoć bardziej poprawne politycznie). I nie zapomnieć paszportów!
We drank our tea, had a mid-morning snack, and—feeling pleasantly languid—watched the tenders shuttling back and forth between the ship and the shore. Time to get moving; this marks our first landing on this mysterious land—inhabited for generations by Vikings (though „Norsemen” is, apparently, considered more politically correct). And don’t forget our passports!
15:30
Z pokładu #1 wsiedliśmy do szalupy, która malowniczo okrążyła statek i po 10 minutach przycumowała w porcie. / From Deck #1, we boarded a lifeboat that picturesquely circled the ship and, after 10 minutes, docked in the port.
Witamy w Leknes na Lofotach
Leknes Port – Lofoten
Port to drewniany pomost, przy którym nie zmieściłyby się trzy końskie furmanki, a co dopiero nasz statek. Port to także 3 budyneczki wielkości garaży, w których są głównie sklepy z pamiątkami. Tuż za portem jest mała górka, na którą nie wiadomo czemu wszyscy postanowili wejść. Trochę dalej małe domki przycupnięte na brzegu z niskimi drzewami owocowymi.
The port consists of a wooden pier—too small to accommodate even three horse-drawn carts, let alone our ship. It also features three tiny buildings, about the size of garages, housing mostly souvenir shops. Just beyond the port lies a small hill—one that, for some inexplicable reason, everyone decided to climb. A little further on, small cottages huddle along the shore, nestled amidst low-growing fruit trees.
Okazuje się, że Leknes leży w głębi lądu, około 5 km. od portu, więc podróż trwa krótko. Mijamy przydrożne bagienka, w których brodzą mewy, kilkanaście domów z drewna, które raczej nie świadczą o zamożności ich mieszkańców. / It turns out that Leknes lies inland, about 5 km from the port, so the journey is brief. We pass roadside wetlands where seagulls are wading, and a dozen or so wooden houses that hardly speak to the affluence of their inhabitants.
Uliczka w Leknes: /Leknes street:
Little street in Leknes
Miasteczko typu „knajpa/kościół”, choć knajp tu raczej niewiele. Kilka ładnych domów przy uliczkach ze żwirową nawierzchnią, kwitną tulipany, czyli wiosna wreszcie nadeszła. Główna ulica to kilkanaście sklepów z różnościami: chiński market, włóczki, suknie ślubne, bank, poczta, kwiaciarnia, optyk.
A quintessential „bar-and-church” town—though, truth be told, there aren’t actually many bars here. A few pretty houses line the gravel streets; the tulips are in bloom, meaning spring has finally arrived. The main street features a dozen or so shops offering an eclectic mix: a Chinese variety store, yarn supplies, wedding dresses, a bank, a post office, a florist, and an optician.
Lokalna autostrada i droga na Ostrołękę, tfu, na Narwik / Local highway:
Local highway – Lofoten
Dodge Viper przed domem towarowym i Zbig już chce tu zostać:
Zbig and Dodge Viper – Leknes
Na końcu miasteczka małe centrum handlowe z dwoma supermarketami (jeden to dyskont) i ładnie urządzonymi sklepami z wyposażeniem domów, trochę ciuchów, księgarnia, apteka. Za centrum, na parkingu kilka straganów z ciuchami i zabawkami, ale tandeta niesamowita. Zbig za to namierza największą dla niego atrakcję Lofotów: Dodge Viper, w dodatku pomarańczowy.
At the edge of town lies a small shopping center featuring two supermarkets (one of which is a discount store) and tastefully appointed home furnishings shops, along with a few clothing stores, a bookstore, and a pharmacy. Behind the center, in the parking lot, stand several stalls selling clothes and toys—though the wares are incredibly tacky. Zbig, however, spots what he considers the greatest attraction of the Lofotens: a Dodge Viper—and an orange one, at that.
Wróciliśmy po dwóch godzinach. Naprawdę nie było już co oglądać. / We returned after two hours. There really wasn’t anything left to see.
LOKALNE PRZYSMAKI: / Local treats
Torrfisk – suszony na drewnianych półkach dorsz. Klippfisk – solona ryba, znana od XVII wieku, kiedy do rozsądnego poziomu spadły ceny soli. Fiskeboller – zawijasy z ryby, często podawane ze śmietaną. I najbardziej chyba znana norweska potrawa – lutefisk – suszony dorsz albo łupacz moczony i doprowadzony do fermentacji, najczęściej jedzony na Boże Narodzenie. Fiskepudding to puszysty pudding rybny.
Torrfisk—cod dried on wooden racks. Klippfisk—salted fish, known since the 17th century, when salt prices dropped to a reasonable level. Fiskeboller—fish dumplings, often served with cream. And perhaps the most famous Norwegian dish—lutefisk—dried cod or haddock that has been soaked and fermented, most commonly eaten at Christmas. Fiskepudding is a fluffy fish pudding.
Aquavit – do popicia tych wszystkich rybich delicji. Bardzo popularna w Skandynawii wódka, destylowana z ziemniaków, przechowywana w drewnianych beczkach, aromatyzowana kminkiem i koprem. Produkowana od XIV wieku.
Aquavit—to wash down all those fish delicacies. A highly popular spirit in Scandinavia, distilled from potatoes, aged in wooden barrels, and flavored with caraway and dill. Produced since the 14th century.
WARTO ZWIEDZIĆ: Muzeum Wikingów – około 15 km na północny wschód od Leknes. Mieści się w największym budynku ery Wikingów odkrytym kiedykolwiek. Dzięki bogatym znaleziskom artefaktów, archeolodzy odtworzyli dom w pełnym wymiarze. Dzięki temu można wkroczyć prosto do świata ery brązu i zobaczyć, że nie byli to tylko barbarzyńscy brutale uganiający się z toporami. Ich społeczeństwo było wysoce zorganizowane, a największą wartością był honor. Królowie i inni przywódcy byli wybierani przez społeczność i to zwykli ludzie decydowali o prawach i zasadach.
WORTH VISITING: The Viking Museum—located approximately 15 km northeast of Leknes. It is housed within the largest Viking-era building ever discovered. Thanks to a wealth of artifactual finds, archaeologists have reconstructed the longhouse to its full scale. This allows visitors to step directly into the world of the Viking Age and see that its people were not merely barbaric brutes running around with axes. Their society was highly organized, and honor was held as the highest value. Kings and other leaders were elected by the community, and it was the common people who determined the laws and rules.
INFO: W Laknes jest kilka kafejek internetowych. Informacja turystyczna znajduje się przy ulicy Storgata 31, w centrum handlowym.
INFO: There are several internet cafes in Laknes. The tourist information office is located at Storgata 31, in the shopping center.
SŁOWNICZEK: Tak – Ja; Nie – Nei; Dzień dobry – God Dag; Dziękuję bardzo – Tusen takk. / GLOSSARY: Yes – Ja; No – Nei; Good morning – God Dag; Thank you very much – Tusen takk.
ok. 22:00
Kolacja jak marzenie. Musiałam oddać Zbigowi zupę kokosową, bo okazała się jak żyleta. No i znowu dostaliśmy specjalny deser po deserze – suflet czekoladowy z biała czekoladą z Grand Marnier. Cieszę się, że jesteśmy specjalnymi gośćmi, ale… Nie, żadne ale. Bardzo, bardzo warte grzechu.
A dream dinner. I had to hand my coconut soup over to Zbig, as it turned out to be razor-sharp. And once again, we received a special dessert after our dessert—a chocolate soufflé with white chocolate and Grand Marnier. I’m glad we’re being treated as special guests, but… No—no „buts.” It was very, very worth the sin.
Leknes pożegnaliśmy o 17:00. Teraz płyniemy prosto na północ, ale nadal wzdłuż wybrzeża. Widać ośnieżone, strome góry wyrastające prosto z morza. Następny port – Longyearbyen. Mamy do przepłynięcia 706 mil morskich.
We bade farewell to Leknes at 5:00 PM. We are now sailing straight north, though still hugging the coast. Snow-capped, steep mountains can be seen rising directly from the sea. Our next port of call is Longyearbyen. We have 706 nautical miles to cover.
Nasz statek przyczajony w fiordzie za skałką. Myśli, że go nie widać: /Our ship, hunkered down in the fjord behind a small rock. It thinks it can’t be seen.
Our ship hidden in fjord – Lofoten
Good by Lofoten!
RADA: Nie jestem pewna, czy warto płacić za zorganizowane wycieczki lądowe. Ta do Leknes kosztowała 169$ od osoby, trwała 3 godziny i obejmowała mały rejs na Vestfjord, lub wędrówkę po okolicznych muzeach i przejazd przez podwodny tunel do Flakstadoey. Sama nie wiem, ale tyle kasy za 3 godziny…