Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Stolica kolejnego, wielkiego imperium! Nie mogłam się doczekać! Byłam w tym mieście ponad czterdzieści lat temu, ale teraz jest nie do poznania – drapacze chmur, nowe mosty, system transportu podziemnego, modne kawiarnie, galerie sztuki i butiki w dawniej zaniedbanych dzielnicach i wielki rozrost miasta. Kiedyś mieszkało tu pięć milionów ludzi, dziś ponad szesnaście, choć niektórzy mówią, że dwadzieścia… Pięknie…
The capital of yet another great empire! I couldn’t wait! I had visited this city over forty years ago, but it is unrecognizable now — skyscrapers, new bridges, an underground transport system, trendy cafés, art galleries and boutiques in formerly neglected neighborhoods, and massive urban expansion. Five million people used to live here; today, it’s over sixteen million—though some say twenty… Beautiful…
Istanbul 2026
Zacumowaliśmy przy obrzydliwie nowoczesnym, ogromnym Galataport, skąd roztacza się widok na niemożliwie zatłoczony statkami i łodziami Bosfor, na niezliczone meczety, w tym górujący nad miastem nowy, ogromny Meczet Çamlıca, na parki, ogrody i pałace, na mosty pełne ludzi i pojazdów…
We docked at the hideously modern, massive Galataport, which offers a view of the Bosphorus—impossibly crowded with ships and boats—of countless mosques, including the vast new Çamlıca Mosque towering over the city, of parks, gardens, and palaces, and of bridges teeming with people and vehicles…
Po dwóch dniach podróży po płaskim jak stolnica Morzu Egejskim zobaczyliśmy wielkie miasto – Izmir.
After two days of traveling across the Aegean Sea—flat as a tabletop—we saw a great city: Izmir.
Izmir ze swoją ponad czteromilionową populacją i mimo historii liczącej ponad osiem tysięcy lat nie był dla nas zachęcającym miejscem, tym bardziej, że było gorąco. Postanowiliśmy odpuścić sobie wizytę w ruinach Efezu i (domniemanego) domu Dziewicy Maryji i połazić po dzielnicy portowej.
Izmir—with a population of over four million and a history spanning more than eight thousand years—did not strike us as a particularly inviting place, especially given the heat. We decided to skip a visit to the ruins of Ephesus and the (purported) House of the Virgin Mary, opting instead to wander around the port district.
Izmir jest wielki, port w Izmirze jest wielki, dzielnica portowa, zwana Alsancak jest… rozkopana. Idziemy szeroką ulicą Kıbrıs Şehitleri Caddesi, omijając dziury w chodniku i spieszący się tłum. Po obu stronach są dziesiątki małych i większych restauracji, kawiarni i barów w których siedzą zadowoleni ludzie, zapach jedzenia i kawy zachęca do posiedzenia w którymś z tych miejsc. Uwielbiam klimat takich dzielnic – stare domy, grajkowie siedzący przy murach, egzotyczne zapachy i przyjaźni, zadowoleni ludzie.
Izmir is huge, its port is huge, and the port district—known as Alsancak—is… torn up by construction. We walk along a wide street Kıbrıs Şehitleri Caddesi, dodging potholes in the sidewalk and the rushing crowds. On both sides, there are dozens of restaurants, cafés, and bars—large and small—filled with happy people; the aroma of food and coffee invites you to sit down at one of them. I love the atmosphere of neighborhoods like this: old buildings, street musicians sitting by the walls, exotic scents, and friendly, contented people.
Potem skręcamy w jedną z wąskich uliczek, znęceni brakiem tłoku. To stara część dzielnicy, w czasach ottomańskich zwana „La Punta”, była siedzibą klasy średniej miasta. Żyli tu ludzie wielu kultur i religii – nie tylko muzułmanie, ale i żydzi, protestanci i katolicy, a wiele kościołów chrześcijańskich było wspieranych finansowo przez sułtana.
Then we turn into one of the narrow streets, drawn by the lack of crowds. This is the old part of the district—known in Ottoman times as „La Punta”—which was home to the city’s middle class. People of many cultures and religions lived here—not only Muslims but also Jews, Protestants, and Catholics—and many Christian churches received financial support from the Sultan.
W mieście jest mnóstwo kotów i psów i mimo że są bezpańskie, są otoczone opieką mieszkanców. Wszędzie stoją miski z wodą i jedzeniem, zwierzęta są traktowane przyjaźnie i są stałym elementem lokalnego życia. i to mnie cieszy. Ale ponieważ w Turcji jest ponad cztery miliony bezpańskich psów, to w ostatnich latach tureckie władze przyjęły kontrowersyjne prawo zezwalające na usuwanie i eutanazję psów, jeżeli stanowią one zagrożenie lub gdy brakuje dla nich miejsc w schroniskach. Schroniska nie mają możliwości pomieścić milionów bezdomnych zwierząt. Wprowadzone przepisy stały się dla niektórych gmin pretekstem do masowych egzekucji zwierząt w brutalny sposób. Wiele osób z zagranicy adoptuje tureckie psy, ratując je przed strasznym losem. Ale tym trzem mam nadzieję nic nie grozi:
There are countless cats and dogs in the city, and although they are strays, they are cared for by the residents. Bowls of food and water are found everywhere; the animals are treated kindly and are a fixture of local life—something that makes me happy. However, given that there are over four million stray dogs in Turkey, the authorities have recently adopted a controversial law allowing for the removal and euthanasia of dogs if they pose a threat or if there is no room for them in shelters. Shelters simply lack the capacity to house millions of homeless animals. For some municipalities, these regulations have become a pretext for the mass, brutal slaughter of animals. Many people from abroad adopt Turkish dogs, saving them from a terrible fate. But I hope these three are in no danger:
W końcu tracycyjnie idziemy na kawę, tym razem po turecku. Jest pyszna, zwłaszcza w towarzystwie tureckich łakoci.
Finally, we go for coffee as usual—Turkish-style this time. It is delicious, especially accompanied by Turkish sweets.
Nareszcie jakieś miasto na miarę moich możliwości! Jest wprawdzie dość duże, ale to, co mnie interesuje, możemy osiągnąć idąc wolnym krokiem, omijając starannie słoneczne strony ulic. Messina jest normalnym miastem nad Morzem Śródziemnym – założona w ósmym wieku przed naszą erą, przez kolejne stulecia przechodziła z rąk Greków pod panowanie Kartagińczyków, którzy zniszczyli miasto, potem Mamertynów, potem Rzymian, potem Bizancjum, potem Arabów… W 1346 roku jeden ze statków przywiózł do miasta dżumę, która rozprzestrzeniła się ma całą Europę. Ale to nie koniec dziejów tego szczęśliwego miasta – w 1908 roku trzęsienie ziemi zrównało miasto z ziemią a połowa mieszkańców zginęła (75 tysięcy osób). Myślicie, że to koniec? Nie. Messyna leży nad cieśniną messyńską – bardzo ważną drogą morską, oddzielającą Sycylię od Półwyspu Apenińskiego. Więc w czasie Operacji Husky Alianci zbombardowali Messinę, znów zrównując ją z ziemią…
Finally, a city on a scale I can handle!It is, admittedly, quite large; however, what interests me can be reached by walking at a leisurely pace, carefully avoiding the sunny sides of the streets. Messina is a typical Mediterranean coastal city; established in the 8th century BC, it spent the ensuing centuries changing hands—passing from the Greeks to the Carthaginians (who destroyed the city), then to the Mamertines, the Romans, the Byzantines, and finally the Arabs… In 1346, a ship brought the plague to the city—a disease that would subsequently spread across all of Europe. But that was not the end of this city’s turbulent history; in 1908, an earthquake leveled the city to the ground, claiming the lives of half its inhabitants (75,000 people). Think that was the end? Not quite. Messina sits on the Strait of Messina—a vital maritime thoroughfare separating Sicily from the Italian Peninsula. Consequently, during Operation Husky, the Allies bombed Messina, once again leveling it to the ground…
Idziemy szerokimi ulicami, przy niektórych rosną drzewa pomarańczowe obsypane owocami, stoją krany, z których można pić wodę, z niektórych sklepów dobiegają dźwięki moich ulubionych włoskich piosenek… Zaglądam do budynku poczty, ciekawa jak wygląda ta sycilijska. Wyglada… zaskakująco i wspaniale:
We walk along wide streets—some lined with orange trees laden with fruit—past drinking fountains where we can quench our thirst, while from some of the shops drift the sounds of my favorite Italian songs… I peek inside the post office building, curious to see what a Sicilian one looks like. It looks… surprisingly and wonderfully:
Po godzinnym wałęsaniu się po pięknych ulicach dochodzimy do głównego placu, tego z dwunastowieczną katedrą (Duomo di Messina), odbudowaną pieczołowicie i kilkakrotnie. Na wieży kościoła jest zegar słoneczny – największy zegar astronomiczny na świecie. Został stworzony w Strasburgu w 1933 roku i jest niesamowity. Posiada ruchome figury – na każdy dzień tygodnia (w niedzielę Apollo jadący na koniu, w poniedziałek Diana jadąca na jeleniu, we wtorek Mars na koniu, w środę Merkury na panterze, w czwartek Jowisz na chimerze, w piątek Wenus na gołębiu…), a co kwadrans ukazują się figury obrazujące etapy życia – dziecko, młody człowiek, wojownik i starzec, przechodzące przed figurą Śmierci potrząsającej kosą…
After wandering through the beautiful streets for an hour, we arrive at the main square—the one featuring the twelfth-century cathedral (Duomo di Messina), which has been meticulously rebuilt on several occasions. Located on the church tower is a sundial—the largest astronomical clock in the world. Created in Strasbourg in 1933, it is truly incredible. It features moving figures—one for each day of the week (on Sunday, Apollo riding a horse; on Monday, Diana riding a deer; on Tuesday, Mars on a horse; on Wednesday, Mercury on a panther; on Thursday, Jupiter on a chimera; on Friday, Venus on a dove…)—and every fifteen minutes, figures representing the stages of life—a child, a young man, a warrior, and an old man—emerge to pass before the figure of Death, brandishing a scythe…
Duomo di Messina with astrological clock/ katedra w Messina z zegarem słonecznym
Jak w każdym porcie idziemy na kawę i spróbować lokalnych łakoci. Jeśli się jest na Sycylii, to trzeba spróbować cannoli – chrupiącej rurki nadziewanej kremem z ricotty. Legenda głosi, że zostały wymyślone przez nałożnice emira, jako hołd dla jego potencji. Hm….
As in every port, we head out for a coffee and to sample some local treats. If you’re in Sicily, you simply must try cannoli—crispy pastry tubes filled with ricotta cream. Legend has it that they were invented by the Emir’s concubines as a tribute to his virility. Hmm…
Jedna z kelnerek (śliczna dziewczyna) świetnie mówi po angielsku, co we Włoszech jest prawie niespotykane. Okazuje się, że jest Iranką, na Sycylii jest od kilku dni. (Jak to się dzieje, że te irańskie dzieciaki tak doskonale znają angielski?). Uciekła z Iranu, nie ma tu nikogo, jest samotna, smutna i trochę przerażona. Pocieszam ją jak umiem, mówię, że wszystko się ułoży, że jest mądra i na pewno da radę. Kiedy wychodzimy, pyta czy może mnie przytulić. Dziecinko, pewnie, że możesz… Ściskam ją i głaszczę po pięknych włosach i strasznie chciałabym jej pomóc…*
One of the waitresses—a lovely young woman—speaks excellent English, which is almost unheard of in Italy. It turns out she is Iranian and has only been in Sicily for a few days. (How is it that these Iranian kids know English so perfectly?) She fled Iran; she has no one here—she is lonely, sad, and a little terrified. I comfort her as best I can, telling her that everything will work out, that she is smart, and that she will surely make it. As we are leaving, she asks if she can give me a hug. Oh, sweetie—of course you can… I hold her close, stroke her beautiful hair, and wish so desperately that I could help her…*
Powrotna droga na statek nie trwa już długo. Musimy jeszcze kupić szampon, bo nasz został zapomniany w hotelu w Savonie. Jest późne popołudnie, otwierają się restauracje. Mijamy romański kościół. Okazuje się, że to słynny Kościół Santissima Annunziata dei Catalani – kościół z XII wieku, zbudowany na ruinach starożytnej świątyni Neptuna, następnie w czasach emiratu Sycylii przekształcony w meczet, a w epoce Normanów, między 1150 a 1200 rokiem, przebudowany w stylu arabsko-normańskim.
The walk back to the ship does not take long. We still need to buy some shampoo, as we left ours behind at the hotel in Savona. It is late afternoon, and restaurants are beginning to open. We pass a Romanesque church. It turns out to be the famous Church of Santissima Annunziata dei Catalani—a 12th-century church built upon the ruins of an ancient Temple of Neptune, subsequently converted into a mosque during the era of the Emirate of Sicily, and later, during the Norman period (XII Century) rebuilt in the Arab-Norman style.
Messina, Sicily
I tyle opowieści messyńskich. Pewnie macie dość marudzenia o historii, ale tutaj inaczej się nie da. Tu historia wyłazi spod każdego kamienia.
And that wraps up the tales of Messina. You’re probably sick of my rambling about history, but there’s simply no other way here. Here, history crawls out from under every stone.
* Agencja Informacyjna Aktywistów Praw Człowieka (Human Rights Activists News Agency — HRANA) potwierdza 5459 zgonów młodych osób w Iranie. Z raportów organizacji takich jak Amnesty International i Iran Human Rights wynika, że Iran jest krajem o najwyższej na świecie liczbie straceń osób nieletnich oraz młodych dorosłych. Dokładna liczba egzekucji młodych ludzi w Iranie nie jest znana, ponieważ władze utajniają większość danych.
* The Human Rights Activists News Agency (HRANA) confirms 5,459 deaths of young people in Iran. Reports from organizations such as Amnesty International and Iran Human Rights indicate that Iran has the highest number of executions of minors and young adults in the world. The exact number of executions of young people in Iran remains unknown, as authorities classify most of the data.
Jeśli dziś niedziela, to jesteśmy w stolicy najmniejszego kraju świata, ale jednego z największych imperiów. Imperium, które w historii zapisało się niezmierzonym okrucieństwem, chciwością i podłością w niespotykanej skali. Imperium, które przez prawie dwadzieścia wieków prześladowało wyznawców innych religii, wywoływało wojny, w imieniu którego torturowano w straszliwy sposób setki tysięcy osób, które chroniło zbrodniarzy wojennych i pedofilów na całym świecie, popierało krwawych dyktatorów, prało brudne pieniądze, zabraniało wolności myśli, blokowało postępowe idee i wyciągało kasę od każdego. Brrr… A to tylko wierzchołek góry lodowej.
If today is Sunday, then we find ourselves in the capital of the world’s smallest country—yet one of its greatest empires. An empire that has gone down in history for its boundless cruelty, greed, and depravity on an unprecedented scale. An empire that, for nearly twenty centuries, persecuted followers of other religions, instigated wars, and in whose name hundreds of thousands of people were subjected to horrific torture—an empire that shielded war criminals and pedophiles across the globe, propped up bloodthirsty dictators, laundered dirty money,It forbade freedom of thought and blocked progressive ideas and extorted cash from everyone. Brrr… And that is just the tip of the iceberg.
Vatican
Tłumy stoją przed Bazylika św. Piotra, choć przywódcy nie ma dziś na miejscu i nie doczekają się przemówienia. Przemykam chyłkiem od jednego cienia do drugiego, omijając licznych handlarzy z Afryki i Azji, oferujących medaliki, apaszki, podróbki torebek znanych projektantów, zegarki i wiele innych rzeczy, których nikt nie potrzebuje. Watykan jest jedynym państwem na świecie wpisanym (w całości) na listę UNESCO, ale jest brudno a pod murami leżą bezdomni w brudnych barłogach.
Crowds stand before St. Peter’s Basilica, even though the leader is not on the premises today and they will not hear a speech. I slip furtively from one patch of shadow to another, skirting the numerous vendors from Africa and Asia who offer medallions, scarves, counterfeit designer handbags, watches, and many other things that no one needs. The Vatican is the only state in the world to be listed (in its entirety) as a UNESCO World Heritage Site, yet it is dirty, and beneath its walls lie homeless people in squalid makeshift beds.
Na lewo od placu wchodzę po kilkunastu stopniach i znajduję cichy zakątek – otoczony murami niewielki ogród z ławeczką i przez chwilę rozkoszuję się ciszą i chłodem. Potem wracam do tłumu na placu, uśmiecham się do Carabinieri plotkujących na środku ulicy (odśmiechują), potem wdaję się w rozmowę z czarnoskórym sprzedawcą różnokolorowych chust. Zwierza mi się, że ma w Łodzi rodzinę, ale chciałby wyjechać do Wielkiej Brytanii. Na koniec chce mi wręczyć jakiś upominek, ale stanowczo odmawiam – znam te numery, jestem z Częstochowy.
To the left of the square, I climb a dozen or so steps and discover a quiet nook—a small, walled garden with a bench—and for a moment, I revel in the silence and the cool air. Then I return to the crowd in the square, smile at the Carabinieri chatting in the middle of the street (they smile back), and then strike up a conversation with a Black vendor selling multicolored scarves. He confides in me that he has family in Łódź but would like to move to the United Kingdom. Finally, he tries to hand me a small gift, but I firmly decline—I know those tricks; I’m from Częstochowa.
Wracamy na rzymskie ulice, żeby napić się kawy. To tylko kilkadziesiąt metrów. W niewielkiej knajpce obsługuje nas młody człowiek, który uciekł z Iranu. Zna świetnie angielski, opowiada o reżimie ajatollachów, o tym, że zostawił całą rodzinę i teraz nie bardzo wie, co ma dalej robić, ale cieszy się, że ma pracę. Myśli o wyjeździe za ocean. Życzę mu wszystkiego najlepszego, a on mówi, że jestem pierwszą osobą, która zainteresowała się jego życiem… Cóż, wracamy do apostolskiej stolicy, przechodząc przez jedną z licznych bram.
We head back out onto the streets of Rome to grab a coffee. It is only a few dozen meters away. In a small café, we are served by a young man who fled Iran. He speaks excellent English and tells us about the Ayatollahs’ regime—how he left his entire family behind and now isn’t quite sure what to do next, though he is grateful to have a job. He is thinking about moving across the ocean. I wish him all the best, and he tells me that I am the first person who has ever taken an interest in his life… Well, we make our way back to the Apostolic See, passing through one of its many gates.
Na szczęście nasz czas w Watykanie się kończy. Spoglądamy jeszcze na budynek, z którego, jak mniemam, Papież przemawia do wiernych. Naprzeciwko, dokładnie po drugiej stronie ulicy, jest chińska knajpa. Wyobrażam sobie, jak Papież zamawia stamtąd Chow Mein, kiedy odwiedzają go kumple na oglądanie meczu…
Fortunately, our time in the Vatican is drawing to a close. We take one last look at the building from which, I presume, the Pope addresses the faithful. Directly across the street—right on the other side—stands a Chinese restaurant. I imagine the Pope ordering Chow Mein from there whenever his buddies drop by to watch a match.
Wieczorem wypływamy z Civitavecchia na południe. Mamy do przepłynięcia około 300 mil morskich (550 km). Spacerek / In the evening, we set sail south from Civitavecchia. We have about 300 nautical miles (550 km) to cover. A short walk.
Wiecie, że jestem maniaczką historii, na kraje i narody patrzę przez jej pryzmat. Więc o Rzymie mogłabym wam truć godzinami, bo jak wiecie to ponad 2800 lat historii. Ale o Rzymie napisano już wszystko i pokazano już wszystko, więc powiem tylko, że Rzym mnie rozczarował. Przypominał mi zapyziałe miasteczko, w którym kradnie się cegły z jednego domu, żeby zbudować inny. Może gdybym odwiedziła jedynie miejsca opisywane w przewodnikach i pokazywane na niezliczonych filmach, wrażenie byłoby inne. Ale chodząc osiedlowymi uliczkami po dziurawych chodnikach pomyślałam, że mam wielkie szczęście, że nie muszę tu mieszkać.
You know that I am a history maniac — I view countries and nations through the prism of their past. So, I could go on and on about Rome for hours, since—as you know—it boasts over 2,800 years of history. However, everything there is to write about Rome has already been written, and everything there is to show has already been shown; so, I will simply say this: Rome disappointed me. It reminded me of some dingy little town where people steal bricks from one house just to build another. Perhaps if I had visited only the sites described in guidebooks and featured in countless movies, my impression would have been different. But as I walked along the residential streets, navigating the pothole-riddled sidewalks, I found myself thinking how incredibly lucky I don’t to have to live there.
A, i nie mam żadnego zdjęcia z Rzymu. Okazało się, że karta pamięci jest pełna. Ale może to i lepiej. Obejrzyjcie jakiś ładny film o Rzymie, na przykład „Rzymskie wakacje”, albo „La dolce vita”.
Oh, and I don’t have a single photo from Rome. It turns out my memory card is full. But maybe that’s for the best. Watch a nice movie about Rome—for example „Roman Holiday” or „La Dolce Vita”.
Przypłynęliśmy do naszego pierwszego portu rano i zaparkowaliśmy przy jasnoszarym nabrzeżu, zgrabnie wymijając inne, wielkie statki i liczne promy linii „Grimaldi”. Jak wiecie Civitavecchia (Stare Miasto) ma nie tylko ponad dwutysiącletnią historię, ale także fortecę zaprojektowaną przez Michała Anioła i Donato Bramante, została prawie zrównana z ziemią w czasie Drugiej Wojny, mieszkał tam Stendhal i Leonardo da Vinci (nie równocześnie), ma dziesiątki fajnych kafejek, restauracji i sklepów w dzielnicy portowej i nawet pomnik pamięci ofiar Mafii…
We sailed into our first port in the morning and docked alongside a light-gray quay, deftly maneuvering past other massive ships and numerous „Grimaldi” ferries. As you know, Civitavecchia (the „Old City”) have not only a history spanning over two millennia but also a fortress designed by Michelangelo and Donato Bramante; it was nearly razed to the ground during World War II; it was home to both Stendhal and Leonardo da Vinci (though not at the same time); and it features dozens of charming cafés, restaurants, and shops in the port district—and even a monument commemorating the victims of the Mafia…
Niestety, nie mamy czasu na spacery po tym spokojnym, nadmorskim miasteczku, bo musimy jechać do Wiecznego Miasta, czyli Rzymu, który jest godzinę jazdy od portu, strzeżonego przez Forte Michelangelo. Bardzo mi się nie chce…
Unfortunately, we don’t have time to stroll around this peaceful seaside town, as we have to head to the Eternal City—Rome—which is just an hour’s drive from the port guarded by Forte Michelangelo. I really don’t feel like going…
Nie wiem co nas podkusiło, żeby rozpoczynać rejs od dwudniowej jazdy samochodem, jazdy w trakcie której wszyscy chcieli nas zabić. A niektórym nawet się to udało… W ciągu dwóch dni pokonaliśmy ponad 1300 kilometrów i trzy kraje, co może nie jest naszym rekordem, ale nieźle dało nam w kość. Kiedy w Szwajcarii staliśmy w długiej kolejce, czekając na przejazd tunelem Gottharda (tunel pod górami, 17 kilometrów długości!), przywalił w nas od tyłu wielki SUV…
I don’t know what possessed us to kick off our sailing trip with a two-day drive—a drive during which everyone seemed intent on killing us. And some even succeeded… Over the course of two days, we covered more than 1,300 kilometers and crossed three countries; while that might not be a personal record for us, it certainly took a heavy toll. As we stood in a long queue, waiting to pass through the Gotthard Tunnel (a tunnel running beneath the mountains—17 kilometers long!), a massive SUV slammed into us from behind…
Nasz cel, Savona we włoskiej Ligurii, przywitała nas pięknym słońcem. Przez długi czas jeździliśmy stromymi i wąskimi uliczkami, nie mogąc znaleźć hotelu, wyczerpani i głodni. Kiedy wreszcie ktoś wskazał nam drogę, okazało się, że hotel jest zamknięty… Zadzwoniłam i przywołując w pamięci cały zasób włoskich słów poinformowałam właścicielkę, że właśnie się zjawiliśmy… „Sì, arriverò presto”.
Our destination—Savona, in Italy’s Liguria region—welcomed us with a beautiful sunshine. For a long time, we drove through steep, narrow streets, unable to find our hotel—exhausted and hungry. When someone finally pointed us in the right direction, it turned out the hotel was closed… I called, and—summoning every Italian word I could recall—I informed the owner that we had just arrived… „Sì, arriverò presto.”
Savona
Z hotelowego balkonu widzimy port, z którego jutro wypływamy. Ale na razie jestem tak zmęczona, jakbym pokonała tę drogę pieszo. A to dopiero początek.
From the hotel balcony, we can see the port from which we set sail tomorrow. But for now, I am as tired as if I had covered this distance on foot. And this is just the beginning.
Jedziemy straszliwie zatłoczoną drogą A82 na południowy zachód. Po drodze mijamy twierdze, pola walk, zamki szkockich klanów i siedziby miliarderów (najbogatszym człowiekiem w Szkocji jest Duńczyk, własciciel firmy ASOS). Mijamy też różnych idiotów, którzy tuż obok mają ścieżkę rowerową, ale wolą zginąć pod kołami…
We’re driving southwest along the horribly congested A82. Along the way, we pass fortresses, battlefields, Scottish clan castles, and billionaire residences (the richest man in Scotland is a Dane, the owner of ASOS). We also pass various idiots who have a bike path right next to them but they prefer to die under the wheels …
Zmierzamy do zamku Urquhart (Caisteal na Sròine), a właściwie ruin leżących na zachodnim brzegu najbardziej znanego jeziora na świecie – Loch Ness. Jezioro jest wąskie, ale ma około 37 kilometrów długości. Jest też niesamowicie głębokie (w najgłębszym miejscu ma 227 metrów!), a jego wody są ciemne i ponure… Jak wiecie w jeziorze mieszka legendarna istota, rozpalająca wyobraźnię od VI wieku i przynosząca Szkocji ogromne dochody. Nie będę pisać o Nessie, bo wystarczy obejrzeć film „Koń wodny”, w którym wszystko jest wyjaśnione (Film „Koń wodny: legenda głębin” z 2007 roku).
We’re heading to Urquhart Castle (Caisteal na Sròine), or rather ruins, lying on the western shore of the world’s most famous loch – Loch Ness. The loch is narrow, about 37 kilometers long. But it’s incredibly deep (at its deepest point, it’s 227 meters!), and its waters are dark and gloomy. As you know, the loch is home to a legendary creature, one that has captured the imagination since the 6th century and brought Scotland a huge income. I won’t write about Nessie, because in the movie „The Water Horse” everything is explained (the 2007 film „The Water Horse: Legend of the Deep”).
Loch Ness
Jezioro jest otoczone górami, słodkowodne, polodowcowe, a jego wody zawdzięczają swój ciemny kolor torfowi. Po prawie godzinie możemy wysiąść z autokaru i powędrować w dół wieloma schodami na błonia zamku Urquhart.
Surrounded by mountains, the lake is freshwater, glacial, and its waters owe their dark color to peat. After almost an hour, we disembark the coach and hike down the many steps to the grounds of Urquhart Castle.
Ruiny zamku nie robią na mnie wielkiego wrażenia. Mamy lepsze na Szlaku Orlich Gniazd, ale widok stąd na jezioro jest fantastyczny. Sam zamek powstał w 12 wieku, a jego historia odzwierciedla szalone dzieje Szkocji – bitwy, klanowe walki o wpływy, wojen o niepodległość i szkockich powstań przeciwko Koronie. Od 17 wieku stopniowo zamieniał się w ruinę, obecnie należy do National Trust for Scotland. Z przystani można popłynąć stateczkiem do Dochgarroch Lock czy Fort Augustus, albo po prostu popływać po jeziorze w poszukiwaniu Nessie.
The castle ruins don’t impress me much. We’ve seen better ones on the Eagle’s Nest Trail, but the view of the lake from here is fantastic. The castle itself was built in the 12th century, and its history reflects Scotland’s frenetic history—battles, clan power struggles, wars of independence, and Scottish uprisings against the Crown. Since the 17th century, it has gradually fallen into ruins and is now owned by the National Trust for Scotland. From the pier, you can take a boat to Dochgarroch Lock or Fort Augustus, or simply cruise the lake in search of Nessie.
Ostatnie spojrzenie na Loch Ness i wracamy do portu Invergordon bocznymi drogami, wzdłuż wrzosowisk, sosnowych lasów, niewielkich pastwisk i wielkich destylarni. Jutro wypływamy.
One last look at Loch Ness and we return to Invergordon Harbor via back roads, past heathland, pine forests, small pastures, and large distilleries. We sail tomorrow.
Przyjechaliśmy do Inverness wcześnie rano, ale miasto już tętniło życiem. Ulice były pełne spacerujących, w katedrze św. Andrzeja trwała msza, właśnie otwierano miejski stadion. Nasz kierowca (w kilcie!) mówi, że Inverness jest jednym z najbezpieczniejszych miast w Szkocji i że wszyscy chcą tu mieszkać, co powoduje ogromny wzrost cen nieruchomości. Opowiada o zamku, pamiętającym czasy Piktów i Makbeta, który tu właśnie miał zabić Duncana. Pytam go o mojego ulubionego pisarza, który mieszkał w Inverness – Alistaira McLean*. Musi sprawdzić w internecie i dziękuje mi za informację 🙂
We arrived in Inverness early in the morning, but the city was already bustling with activity. The streets were full of people strolling, mass was underway in the St. Andrew’s Cathedral, and the municipal stadium was just opening. Our driver (in a kilt!) tells us that Inverness is one of the safest cities in Scotland and that everyone wants to live here, which is causing a huge increase in property prices. He tells us about the castle, which dates back to the Picts and Macbeth, who is said to have killed Duncan here. I ask him about my favorite writer who lived in Inverness, Alistair McLean*. He has to look it up online, and thanks me for the info 🙂
Iverness po gaelicku oznacza „ujście rzeki Ness”. Miasto ma około 45 tys. mieszkańców i jest stolicą Highlands. Rzeka Ness toczy swe wody do zatoki Moray Firth, a słynny zamek jest w remoncie i nigdy nie został odwiedzony przez Elżbietę II.
Iverness is Gaelic for „mouth of the River Ness.” The city has a population of around 45,000 and is the capital of the Scottish Highlands. The River Ness flows into the Moray Firth, and its famous castle is under renovation and has never been visited by Elizabeth II.
Pokrzepieni krwawą historią tego kawałka Szkocji ruszamy dalej na południe drogą A82, żeby zobaczyć coś, co przyniosło Szkocji więcej sławy i pieniędzy, niż Sean Connery.
Buoyed by the bloody history of this part of Scotland, we head further south on the A82 to see something that has brought Scotland more fame and fortune than Sean Connery.
Inverness
Alistair McLean – szkocki pisarz, autor wielu powieści sensacyjnych i wojennych (między innymi: Działa Nawarony, Tylko dla orłów, HMS „Ulisses”, Lalka na łańcuchu, Stacja arktyczna „Zebra”).
Alistair McLean – Scottish writer, author of many thriller and war novels (including: The Guns of Navarone, Where Eagles Dare, HMS „Ulysses”, A Doll on a Chain, Arctic Station „Zebra”)