Au bord de la route*

*Na poboczu przy drodze

Wbrew pozorom to ta sama góra.

Tak widział ją Paul Cezanne około sto lat temu. Jest to jeden z obrazów z cyklu „Góra Sainte-Victoire”. W 2001 jeden z obrazów z tej serii został sprzedany na aukcji w Nowym Jorku za 38 milionów dolarów. Moje zdjęcie góry jest dla was za darmo 🙂

Mont Sainte Victoire by Paul Cezanne

Takie cuda przydrożne w tej Prowansji.

Toulon encore une fois*

*Toulon jeszcze raz

To miasto wielkości Bielska Białej ma przeraźliwie wielką liczbę muzeów, a prawie wszystkie skupione są na niewielkiej przestrzeni starego miasta. Jest oczywiście Muzeum Sztuki (Musee d’Art), w tym rejonie Francji nawet w małych wioskach można je spotkać, bo zawsze trafiał się jakiś wędrujący artysta, który upijał się absyntem w lokalnych, wioseczkowych oberżach. Jest wspomniane Muzeum Morskie (Musee de la Marine), jest Muzeum Starego Toulonu (Musee du Vieux Toulon), Muzeum Fotografii (Maison de la Photographie), Muzeum sztuki śródziemnomorskiej, zwane Hotel des Arts, Muzeum Historii Naturalnej (Museum d’Histoire Naturelle), Muzeum Sztuki Azjatyckiej ((Musee des Arts Asiatiques) i wreszcie Muzeum Memoriał Lądowania, zapewne Aliantów (Musee Memorial du Debarquement). Ufff. W przypadku zainteresowania służę adresami.

Zupełnie niespodziewanie dla nas, przy jednej ze spacerowych ulic w centrum miasta wyrosła niepozorna katedra. Niepozorna, bo oprócz Anglii, jak dotąd podziwialiśmy katedry w stylu strzelistego gotyku, a tu taka mała, przycupnięta budowla… Katedra jest pod wezwaniem Notre-Dame-de-la-Seds, ale znana jest także jako Katedra Sainte-Marie Majeure.

Cathédrale de Notre-Dame-de-la-Seds, Toulon

Zaczęto ją budować w XI wieku, ukończono w wieku XVIII, a od XV jest siedzibą lokalnych biskupów.

Jeszcze kilka zakrętów, kilka kilometrów i wracamy nad zatokę, tuż obok La Tour Royale – Fortu z XVI wieku, zbudowanego zaraz po przyłączeniu Prowansji do Francji przez Burbona Ludwika XII, a zaprojektowany przez włoskiego architekta Gian Antonio della Porta. Po różnych wojnach trzymano tam więźniów, w czasie wizyty Sulejmana Wielkiego w Toulonie w forcie mieścił sie arsenał (1543), a później mieli w nim schronienie protestanci, uciekający przez pogromami (1572). Kiedy Napoleon wyruszał ze swoja flotą na podbój Egiptu, Józefina pozyłała mu całuski, stojąc na tych murach (1798), a w czasie II wojny dyskretnie złożono w forcie rezerwy francuskiego złota… I tak dalej i tak dalej, aż do roku 2004, kiedy to utworzono tam muzeum, otwarte od 1 lipca do 31 października.

La Tour Royale – view. Source – Randojp.free.fr

Na moim zdjęciu widać tylko kawałeczek tortu, tfu, fortu, ale znowu za mundurem panny sznurem, a co dopiero za orkiestrą!

La Tour Royale and orchestra.

W parku otaczającym La Tour czeka na nas jeszcze jedna niespodzianka:

Bathyskaphe FNRS 3

Nie, tą niespodzianką nie jest Christian, ale słynny batyskaf FNRS 3, który pod dowództwem Georgesa Houota (pilota) i Pierre’a Willma (inżyniera) osiągnął rekord nurkowania na 4050 metrów 15 lutego 1954 roku. Film Jacquesa Ertauda „Głębokość 4 050” śledzi historię tego pierwszego nurkowania.

Niedługo zapadnie zmrok, spogladamy jeszcze na touloński port i powoli zmierzamy w stronę parkingu, skąd odjedziemy do misteczka, w którym mieszkają Nasi Francuzi, ale o tym następnym razem…

Port of Toulon
Port of Toulon

Toulon – pomiędzy morzem i górami

Nabrzeże skończyło się przed ogrodzeniem Prefecture Maritime (Prefektura Morska). Wielki budynek, przed którym przystojni oficerowie francuskiej Marynarki paradują w swoich ślicznych mundurach – trudno nie rozpoznać jego przeznaczenia. Działa przed wejściem mają zapewne odstraszać sznury panien, co za mundurem.

Prefecture Maritima a Toulon
Prefecture Maritime a Toulon

My jednak skręcamy w prawo, nie zważając na to, że zaraz za budynkiem Prefektury jest Musee de la Marine (Muzeum Marynarki Wojennej), w którym można obejrzeć wiele modeli statków i okrętów, marynistyki i oczywiście dowodów na wielkość Tulonu i jego historii. (Muzeum mogą zwiedzać za darmo osoby poniżej 26 lat). Dalej można dojść do bazy Marynarki Wojennej i do Marsylii.

My jednak zagłębiamy się w cieniste uliczki miasta Toulon, które mają opowiedzieć fascynujące historie piratów, więzień i ekspedycji w odległe miejsca.

Toulon nie byłby francuskim miastem, gdyby nie można było iść na jeden z miejskich targów ze świeżymi produktami z okolicznych farm, z lokalnym jedzeniem i tysiącem prowansalskich przysmaków, odzieżowego badziewia i wątpliwych dzieł sztuki z Północnej Afryki. W Toulonie jest kilka takich miejsc, a my właśnie trafiliśmy na największy z nich, Le Marche du Cours Lafayette.

Le Marche du Cours Lafayette

Targ, jak to we Francji, jest otoczony kawiarniami, w których bardzo zapracowani ludzie spędzają mnóstwo czasu na gadaniu, rozgladaniu się dookoła, plotkami i ogólnie pojętym relaksowaniem się wraz z rodziną i znajomymi. Z empirii wiem, że przesiadywanie w kawiarnia, bistro i barach jest sportem narodowym i prawdę mówiąc jest to świetny rodzaj sportu.

La rue a Toulon

Francoise kupuje le cade i jakieś inne przysmaki z wózka na targu, pewnie chce mieć z głowy kolację po powrocie do domu i idziemy dalej, chłonąc zapach toulońskich uliczek. (łokieć na zdjęciu należy do Christiana)

Le cade dans la rue

Port Toulon

Jak można się dowiedzieć z przeróżnych źródeł, Toulon to bardzo stare miasto, oczywiście sięgające czasów rzymskich i największy francuski port nad Morzem Śródziemnym. Jest stolicą Departamentu Var, mieszka w nim około 165 tysięcy ludzi, co czyni Toulon piętnastym największym miastem Francji.

Każdy z francuskich królów, począwszy od Karola VIII (XV wiek), aż po Napoleona II dokładał coś swojego do wielkości portu Toulon. W listopadzie 1942 roku odbyło się spektakularne samozatopienie floty francuskiej w porcie po to, by nie wpadła ona w ręce Niemców. Ale to już osobna historia.

Przez te wyczytane ciekawostki, spodziewałam się portu na miarę Hamburga, albo chociaż Aleksandrii, a znalazłam się w romantycznym miejscu, otoczonym malowniczo wzgórzami, wśród których prawie nieruchomo wyrastały setki masztów małych stateczków, żaglówek i jachtów, poprzetykane gdzieniegdzie nadbudówkami niewielkich kurtów. Z tyłu, nieśmiało czaiły się słynne okręty marynarki wojennej dumnej Francji.

Captain Zbig in Toulon’s Harbour

Trochę inaczej wyglądało to z góry. Mniej więcej „na dwunastej” widać sylwetkę flagowego okrętu wojennego Francji, pancernika (poprawka: lotniskowca z napędem atomowym, dziękuję Starszy Wajchowy) „Charles de Gaulle”. Nasi Francuzi mówią, że stoi w porcie od lat, jest ciągle zepsuty. Cóż, stara gwardia przegrywa, ale się nie poddaje…

Me and „Our French” in Port of Toulon.

Przechadzamy się po portowej promenadzie, która zdaje się ciągnąć długo i szeroko i wreszcie jest ciepło.

La promenade a Toulon

Nie jest to śliczne miejsce (zawsze i wszędzie sa dla mnie miejsca śliczne i nie-śliczne), ale ma swój urok. Czasem można „spotkać” koloryt lokalny i natknąć się na fragment życia mieszkańców:

Local fish store

I jeszcze kawałek portu, wraz z końcówką „Charles de Gaulle”:

Part of the port with final part of „Charles de Gaulle” flagship

Droga do Toulonu

Wyruszamy z Belgentier bez pośpiechu, rozleniwieni porannym śniadankiem i pogaduchami. Nasi Francuzi są przemili, grzeczni i są naszymi ulubionymi Francuzami. Najbardziej mnie wzrusza to, że Christian wstaje wcześnie rano, żeby zrobić nam sok ze świeżych pomarańczy.

Mamy do pokonania straszliwą odległość 30 kilometrów wąskimi drogami, wijącymi się wśród lasów na łagodnych zboczach południowych Alp. Jedziemy wolno, ledwo się mieszcząc na szosie z mijanymi samochodami. Po kilkunastu minutach wjeżdżamy na autostradę A57, a na przedmieściach miasta skręcamy na północ. Droga pnie się pod górę w najbardziej deprymujący sposób – z jednej strony skała, z drugiej przepaść.

Road above Toulon

I jeszcze bardziej w górę:

I tak całymi kilometrami. Jestem już bliska samobójstwa, kiedy zatrzymujemy się wreszcie i możemy podziwiać panoramę Toulonu.

Podziwiamy panoramę Toulonu, ja Francoise i Christian, Zbig robi zdjęcie. Na górze wieje zimny wiatr, jest pochmurno i właściwie nie tego oczekiwaliśmy na początku września w Prowansji. Ale miało być o Toulonie. Poniżej widok różnych częsci miasta od lewej do prawej, czyli od wschodu do zachodu:

Toulon from above
Toulon from above
Toulon from above
Toulon from above

Potem jeszcze zwiedzamy stary fort wojenny, ale nie pytajcie mnie o szczegóły. Pamiętam jaskinię, w której było więzienie i kaplica, stare koszary i poniewierającą się gdzieniegdzie broń w postaci czołgów i dział przeciwlotniczych.

Me and Sherman M4

Powyżej: ja, Sherman, Francoise i Christian. O wojnie jeszcze opowiem, na razie chciałabym coś zjeść. I żeby nie było tak zimno.

Oliwa, czosnek i zioła

Coraz częściej moje podróże, zamiast skupiać się na poznawaniu nowych miejsc i ludzi, skupiają się na… jedzeniu. Zamiast oglądać kolejny kościół, czy stację benzynową, ja sprawdzam okoliczne gastronomie, a ślina kapie mi z pyska.

Kuchnia prowansalska opiera się na trzech potężnych filarach, z których każdy, nawet osobno jest pyszny. Te filary to czosnek, oliwa i zioła… prowansalskie.

Zanim pójdę coś zjeść opowiem o najbardziej popularnych prowansalskich smakołykach, przyrządzanych od wieków w wiejskich domach, garkuchniach i eleganckich restauracjach:

Po pierwsze – AIOLI – sos, który mogę jeść do wszystkiego, albo do niczego. Robi się go jak majonez, ale najpierw trzeba utrzeć czosnek z solą na miękko, dodać zioła (zgadnijcie jakie), żółtko, a potem powoli dodawać oliwę (!), ucierając cały czas takim patykiem zakończonym kulką.

Po drugie – FOUGASSE – to fantastyczny chleb prowansalski z pszennej mąki, z dodatkiem tymianku, rozmarynu, koziego sera, oliwek, orzechów i innych cudów, chociaż może nie wszystkich naraz

Po trzecie – CADE – rodzaj placka z mąki grochowej. Podaje się go na ciepło, posypanego solą i pieprzem.

Cade

Po trzecie – CHICHI FREGI – przysmak pochądzący z Marsylii, sprzedawany na ulicach i wszędzie. Jest to rodzaj pączków z mąki pszennej i grochowej, do których dodaje się drożdże i aromat pomarańczowy, piecze się w tłuszczu wielkie placki 15 x 10 cm, a potem obtacza w cukrze – pudrze. Geneza nazwy jest ciekawa: w języku małych dzieci „zizi” oznacza siusiaka. W lokalnym narzeczu dorosłych nazwa ta brzmi „chichi”. I wierzcie mi, te wielkie słodycze bardzo czesto przypominają penisy.

Chichi fregi

Wybrałam formę bardziej kiełbaskową. Są smaczne, ale nie można ich zjeść za dużo z powodu tłustości.

Po czwarte i najsmaczniejsze – CAULISSONS. Jadłam już w życiu tysiące różnych słodkości, ale caulissons są jedyne w swoim rodzaju i przepyszne i mogłabym ich zjeść czterdzieści pięć za jednym posiedzeniem. Caulissons to małe ciasteczka – na spodzie opłatek, na tym śliczna warstwa masy migdałowej z kandyzowanymi owocami, a to wszystko polane warstwą czegoś z likierem pomarańczowym. Te najbardziej oryginalne pochodzą z Aix-en-Provence.

Prowansalskie przysmaki

Jak widzicie zeżarłam już prawie całe pudło, ale zanim zeżarłam, to sfotografowałam je w towarzystwie soli z Camargue (z tymiankiem), galaretki z fig (jeszcze nie otworzyłam) i miodu lawendowego, który nie pachnie lawendą i jest mdły. A teraz idę posmarować kromę masłem orzechowym i dżemem.

Tajemnicza kraina Camargue – Aigues Mortes cz. 3

Myślę, że miejsca odwiedzane tłumnie przez turystów tracą urok. Na szczęście w miastach i miasteczkach, choćby były rozdeptywane przez rzesze ludzi zawsze znajdzie się jakaś uliczka albo zakątek, gdzie jest cicho, spokojnie i pusto. Ja zawsze szukam takich miejsc i zwykle znajduję, bo przecież nikt ich nie ukrywa. W maleńkich Martwych Wodach znalazłam na przykład:

Back street in Aigues Motrtes

Puściutko, widzicie? A kilka ulic dalej trzeba się przeciskać. Poniżej: kolejne puste miejsce, gdzie spotkałam piękne stworzenie:

Wracamy na główny plac, gdzie pod jedną ze ścian odkrywam to:

Tak, to defibrylator. Na ulicy. Przyrząd do ratowania życia dostępny powszechnie, dla każdego, kto padnie na ulicy i będzie potrzebował natychmiastowej pomocy. Bez czekania na karetkę. Zadziwiające i wspaniałe. Brawo Francuzi. (Potem widziałam defibrylatory w wielu miastach w UK i w Niemczech, tak jak ten stojące na ulicach, albo, jak w UK w nieużywanych budkach telefonicznych).

Na koniec zaglądamy jeszcze do raju dla łasuchów, gdzie ogladamy wszystko z dziecięcym zachwytem i kupujemy nugat i landrynki.


Sweets in Aigues Mortes

Słodko!

Tajemnicza kraina Camargue – Aigues Mortes cz.2

Kiedyś, nie tak dawno, Aigues Mortes leżały nad morzem. Ten fakt zdeterminował rolę miasta w tych nie tak dawnych czasach. Czasy były XIII wieczne, we Francji rządził król Ludwik IX, który jak większość ówczesnych władców, szlachty, chłopów, przedstawicieli zakonów, żebraków i mieszczan postanowił zniszczyć życie sobie i tysiącom innowierców, żyjących spokojnie w mieście Jerozolima i okolicach. W tym celu wybudował port / twierdzę, nazwał ją Aigues Mortes, zgromadził flotę i setki takich samych idiotów jak on i wyruszył do Ziemi Świętej na siódmą krucjatę w roku 1248.

Poniżej: w średniowieczu tu było już morze. W oddali widać góry soli.

W Ziemi Świetej nic nie zwojował, przez cztery lata siedział w egipskiej niewoli, ale niczego nie pojął i kilka lat później, w 1270 roku wyruszył na ósmą wyprawę krzyżową do Tunisu. Wtedy los już nie był łaskawy – Śmierć przyszedł po niego pod postacią dezynterii i tak skończyła się wielka wyprawa.

Ludwik, jak wielu innych morderców i dręczycieli został świętym kościoła katolickiego. Oprócz najeżdżania innych narodów, dodatkowym kryterium było zapewne jedenaścioro dzieci, które spłodził, ale to już zupełnie inna historia.

Zwróćcie uwagę na wieżę wznoszącą się wysoko nad murami obronnymi. Jest częścią frotyfikacji miasta, którą to fortyfikację uważano za jedną z najlepszych w Europie. Mury wieży mają 6 metrów grubości! Początkowo wieża służyła jako miejsce do konsekracji rycerzy zakonu Templariuszy, a później jako więzienie, zwłaszcza w okresie wojen religijnych jako miejsce uwięzienia hugonockich kobiet.

W XV wieku morze zupełnie „odsunęło się” od murów miasta. Port był dla Aigues Mortes sprawą życia i śmierci, więc miasto podupadło, ludność z 15 000 zmniejszyła się do 5 000. W XIX wieku w mieście mieszkało zaledwie 2 500 ludzi, obecnie stałych mieszkańców jest około 8 000.

Powyżej jeszcze jeden średniowieczny obiekt: kościół świętego Louis’a, tak naprawdę pod wezwaniem Notre Dame des Sablons.

Tajemnicza kraina Camargue – Aigues Mortes cz. 1

W języku oksytańskim (u nas nazywanym prowansalskim, choć najberdziej przypomina kataloński) Aigues Mortes oznacza Martwe Wody, bo jak ma się nazywać mała, średniowieczna twierdza leżąca na skrzyżowaniu dwóch kanałów, wyrastająca w samym sercu bagien Camargue? W sezonie miasto napakowane jest turystami, którzy wiedzeni owczym pędem (niezależnie od narodowości) przechodzą z parkingów przez główną bramę:

Potem idą główną ulicą pełną sklepów różnej maści, choć głównie są to sklepy z pamiątkami, w których króluje lawenda w postaci mydeł, perfum, haftów, suszów, poduszeczek, wianuszków, świec, malunkach na wszystkim oraz lawendy par excellence. Poza tym mija się po drodze lodziarnie z (a jakze) lodami lawendowymi (Zbigowi smakowały, ja oddałam mu swoją porcję, bo dla mnie były łe), kaafejki, kilka sklepów z odzieżą dla turystów, bo normalny człowiek w tym badziewiu nie chodzi. Po drodze trzeba kupić kawał lokalnego nugatu:

Spacer zwykle kończy się na głównym placu w jednej z kilku restauracji z bardzo zwyczajnym jedzeniem. Restauracja z lewej strony:

Restauracja z prawej strony:

I środek placu, na którym ja, nasi Francuzi (Francoise i Christian) i oczywiście król (święty) Louis IX.

Ale o znienawidzonym przeze mnie królu i do tego świętym następnym razem. 

P.S.Kunszt kulinarny regionu ukrywa się w bocznych uliczka i cienistych zaułkach. 

Tajemnicza kraina Camargue – flamingi i różne takie

Camargue to kraina pełna wody. Poprzecinana kanałami, większymi i mniejszymi dopływami Rodanu i jeszcze do tego wielkimi kawałami bagien pełna jest wodnych stworzeń. Jedziemy właśnie do Saintes-Maries-de la Mer mijając mieszkalne barki na jednym z kanałów:

Mieszkanie na barce jest na pewno bardzo romantyczne i wielu ludzi chciałoby mieć taki dom i zostać jednym z takich wodnych stworzeń. Koszty życia są na pewno niższe niż na stałym lądzie, ale gdzie uciec przed komarami? 

Celem podróży jest Le Fangassier – jedyne miejsce we Francji, gdzie żyją i rozmnażają się (!) różowe flamingi:

Są najwyższymi ptakami brodzącymi w Camargue – mierzą od 1,40 do 1,60 m. Para składa tylko 1 jajo rocznie i jak łatwo policzyć ma tylko jedno dziecko. 

Kolonie flamingów (różowych) powstały, kiedy ptaki przez tysiąclecia odlatujące na zimę do Afryki doszły do wniosku, że Afryka jest jednak daleko, a tu w tej krainie zwanej przez ludzi Camargue zima wcale nie jest taka zła. W słonawych wodach żyje mnóstwo alg, na których żerują małe, różowe kraby (Artemia salina), nie tylko pożywne i pyszne, ale jeszcze nadające flamingowym piórom różowy odcień. Więc po co wędrować dalej?

Niestety, bagna i laguny Camargue niszczeją. Długoletni brak opadów spowodował, że poziom wód jest za niski i nie tylko ptaki, ale i inne stworzenia często nie znajdują odpowiedniej ilości jedzenia, bądż ich siedliska nie są już tak bezpieczne. Wprawdzie cały obszar Camargue to wielki park prawnie chroniony, ale mimo że ludzie tym razem nie wnoszą wielu zmian w tamtejszy ekosystem, to zmiany klimatyczne na pewno nie będą łaskawe dla tej cudownej krainy.

Spotkaliśmy jeszcze jedno wodne zwierzę zamieszkujące ten obszar. Nie mamy pewności kim jest ten duży gryzoń, ale myślimy, że to Pani Nutria. Kto wie, niech powie.