Jeszcze dalej na południe

Był 27 października, Pan i Władca wieczorowa porą wrócił do hotelu i obwieścił koniec Bardzo Ważnej Konferencji i tym samym naszego pobytu w Loerrach. Obwieścił również, luzując krawat, że potrzebuje odpoczynku od szalonych obowiązków i co by było, gdybyśmy zamiast wracać zaraz do domu, pojechali jeszcze kawałeczek na południe, bliziutko, jakieś 1500 kilometrów i tam odpoczęli? W odpowiedzi zaczęłam szukać hotelu…

O dziesiątej rano następnego dnia gnaliśmy już przez Alzację, stare jak świat Wogezy, Franche -Comte i Rhone – Alpes, gdzie mieszkałam czas jakiś i gdzie mieszkańcy Doliny Rodanu produkują wiele odmian najlepszych win na świecie. O winach z doliny Rodanu mogłabym opowiadać godzinami, jako była próbowaczka, ale powiem tylko, że winorośl w tamtym regionie rośnie często na stromych zboczach nachylonych w stronę wielkiej rzeki, a główne odmiany to Syrah, Côtes du Rhône, Viognier, Châteauneuf-du-Pape, Roussanne, Marsanne, Costières de Nîmes, Vacqueyras, Crozes-Hermitage, Saint-Joseph, Gigondas, Condrieu, Hermitage, Rasteau, Tavel, Côte-Rôtie, Château Grillet Côtes du Rhône-Villages, Cornas …

Poniżej: Dolina Rodanu z autostrady.

O Rodanie i jego wielkiej delcie pisałam przy okazji wizyty w Camargue, ale muszę przyznać, że w tej części rzeka jest cudowna, płynąc szybko w szerokim korycie, wijącym się wśród gór.

Niespodziewanie znaleźliśmy sie w Prowansji, zrobiło się cieplej, choć wiało bardzo, jak to w Prowansji. O tym regionie już pisałam, więc pokażę tylko kilka przydrożnych zdjęć, bo i tak nie uda mi sie opisać zapachu powietrza i delikatnego ciepła jesiennego słońca:

Ale muszę jeszcze napisać o francuskich parkingach, które mnie zachwyciły, zwłaszcza w porównaniu z parkingami w innych krajach Europy. Jak wiecie, parkingi to niezbędny element każdej samochodowej wyprawy, a ja jako pogromczyni szos różnych mam już w tej kwestii tyle doświadczenia, że mogłabym napisać księgę pod tytułem „Kible Europy”. Pewnie kiedyś tak zrobię, ale zanim to nastąpi, wzniosę pean na cześć francuskich, parkingowych toalet. Są czyste, piękne, pachnące i gra w nich muzyka. Wszędzie jest wi-fi, stoliki, ławeczki, mnóstwo zieleni, psów i zrelaksowanych ludzi. Parkingi są często przy stacjach benzynowych, sklepach i restauracjach, ale i tam toalety są za darmo, a w częściach przeznaczonych do jedzenia są automaty z napojami i mikrofalówki, w których można podgrzać jedzenie. Obowiązuje też totalny reżim sanitarny i chyba nikt nie odważyłby się wejść w takie miejsce bez maseczki.

Zrobiło się ciemno, przejechaliśmy już 900 kilometrów. Za kilka chwil przekroczymy granicę Hiszpanii. Resztki światła zachodzącego słońca pochłonęła ogromna, podobna do demona chmura. Tak wita nas Katalonia. Jeszcze kilka kilometrów i będziemy w hotelu w miasteczku Vilabertran. A przynajmniej tak się nam wydaje…


Na południe

W połowie października, jak niegrzeczne urwisy znowu uciekliśmy do Krainy Deszczowców, chcąc udowodnić nie wiadomo komu, że jesteśmy młodzi duchem, spontaniczni i nieprzewidywalni. Ucieczka miała trwać przez tydzień, bo Pan i Władca 29-go miał Bardzo Ważny Kongres na południu Niemiec. Teraz już grzeczni i uładzeni wyruszyliśmy na południe, do miasta Loerrach. Pogoda była męcząca, a my jechaliśmy 880 kilometrów przez mglistą Dolną Saksonię, piękną, jesienną Hesję i pełną średniowięcznych miasteczek i zaczarowanych lasów Badenię Wirtembergię, na południe i dalej na południe.

LOERRACH

Loerrach to nie jest śliczne, średniowieczne miasteczko, tylko dobry przykład poprawnej, burżuazyjnej urbanizacji. Wokół są setki zakładów produkcyjnych różnej wielkości, a w środku są porządne kamienice, mnóstwo sklepów i restauracji i fabryka produkująca czekolady Milka i inna fabryka, tuż obok, produkująca pasty Elmex. Byłam w L. już z dwadzieścia razy, więc wiem.

Za to lokalizacja miasta jest niezywkła – leży na skrzyżowaniu trzech granic: niemieckiej, francuskiej i szwajcarskiej. Do Bazylei można pojechać tramwajem, a granica ze Szwajcarią nie jest nawet zaznaczona na chodniku – idziesz sobie, aż tu nagle jesteś w Szwajcarii!

Widok z okna hotelu, w którym spędziłam prawie samotnie prawie tydzień. Na pierwszym zdjęciu dworzec kolejowy, brzydki hotel „Park”, a za tym jasnym kominem jest już Szwajcaria. Drugie zdjęcie to widok na północ i na ruiny zamku, które w normalnych czasach były miejscem zawierania ślubów i pieszych wycieczek w niedzielne popołudnia.

Obecnie w Niemczech trzeba się wszędzie meldować z certyfikatem szczepień, lub z aktualnym testem. Nie masz szczepień – nie wejdziesz do restauracji, nie wpuszczą cię do hotelu, nie napijesz się piwa w barze. Uważam, że to słuszne i sprawiedliwe, a gdybm jeszcze potrafiła obsługiwać smartfona, to nawet by mnie to uszczęśliwiało.

Miasto ma około 50 tysięcy mieszkańców. Wielu z nich spędza czas na włóczeniu sie po ulicach, przesiadywaniem w parkach, skwerach i w kawiarniach nawet pod koniec października i łażeniu po sklepach, a potem włóczeniu się po ulicach.

Mają tam też kilka bardzo fajnych rzeźb, rozrzuconych strategicznie po mieście, ale o tym kiedyś, bo po kilku dniach nieróbstwa w hotelu muszę się pakować, bo wpadliśmy na pomysł, żeby jechać dalej na południe… c.d.n.

Chez nos Amis c.d.

Belgentier, jak wiele miasteczek na świecie ma swojego słynnego „syna”, którym może się chwalić. Tą słynną osobą był niejaki Nicolas – Claude Fabri de Peiresc, urodzony w 1580 roku. Zapewne nikt poza kilkoma ludźmi na świecie i mieszkańcami Belgentier i okolic nigdy o nim nie słyszał, ale pan Mikołaj Fabri jest wart uwagi. Po pierwsze przyjaźnił się z Galileuszem, po drugie sam Isaac Newton wykorzystał jego prace z zakresu optyki. A przede wszystkim odkrył Wielką Mgławicę Oriona, dzięki czemu czterysta lat później mogły powstać takie dzieła jak „Faceci w Czerni” („Men in black”).

Pan Fabri i jego odkrycia nie zostały upamiętnione w żaden widoczny sposób. Natomiast na muralu, z którego również słynie miasteczko, a który jest namalowany na tylnej ścianie kościoła przedstawione jest przybycie niejakiego Ludwika numer czternaście, aka Le Roi-Soleil (Król Słońce).

To chyba tyle historii. Jak na takie małe miasteczko jest jej ogromna ilość. Łazimy jeszcze chwilę, podziwiając stare mury i spokój tego miejsca. Francoise kupuje jeszcze bagietki w piekarni i idziemy podziwiać miasteczko z innej strony.

Miasteczko z innej strony jest zielone i cieniste, pachnące mokrymi liśćmi i świeżością. Płynie tamtędy rzeka Gapeau, niezbyt szeroka, niezbyt długa (ok. 42 km), za to czysta i zielona:

Otoczeni wieczornym chłodem i zapachem fermentujących fig wracamy do domu naszych gospodarzy. Zostajemy jeszcze chwilę w ogrodzie, potem kolacyjka i spać. Jutro w drogę, ponad 1700 kilometrów.

Chez nos Amis*

* U naszych Przyjaciół

U naszych Francuzów, czyli w maleńkim miasteczku w Prowansji, ukrytym wśród lesistych wzgórz departamentu Var. Miasteczko nazywa się Belgentier i mieszkają w nim Francoise i Christian, wraz ze swoimi dwoma psami. Zaraz po przyjeździe Christian zrobił mi egzamin ze znajomości prawidłowego wymawiania nazwy „Belgentier”. Okazało się, że wymawiam to źle i musiałam kilka razy powtórzyć poprawną wersję, czyli „belżątie„. Ufff.

Uliczka w Belgentier / Narrow street in Belgentier

Było słoneczne południe, wyruszyliśmy z domu wąskimi, pustymi uliczkami, po starym bruku, pamietającym być może czasy średniowiecza. Przy ulicach rosną wielkie drzewa figowe i akurat we wrześniu owoce dojrzewają i spadają setkami na ziemię, tworząc lepkie plamy, na których żerują motyle, pszczoły i inne latające łasuchy.

Wesoły pan kierowca koniecznie chciał, żeby zrobić mu zdjęcie 🙂

Pniemy się lekko w górę drogą, która ma nas doprowadzić do centrum. Miasteczko ma niecałe dwa i pół tysiąca mieszkańców (po II Wojnie było ich zaledwie pięciuset), więc trudno nam sobie owo centrum wyobrazić.

Christian opowiada zalewa nas informacjami: mają szkołe podstawową, klub sportowy i wszystko, co jest potrzebne do życia – une boulangerie (piekarnię), une boucherie (sklep z mięsem), une supérette (mały sklep samoobsługowy), un coiffeur (fryzjer), une maison de la presse (redakcję gazety?), deux bar-tabacs (dwa bary, do jednego z nich nie chodzą), deux restaurants (dwie restauracje) et une pizzeria.

Budynki są coraz bardziej okazałe, czyli centrum blisko. Nadal jest pusto, większość okiennic pozamykana. To wielkie drzewo to ponoć sekwoja, a postać obok to oczywiście Przypadkowy Turysta, czyli Pan i Władca 🙂

Christian postanawia zaprowadzić nas do Merostwa, które jest miejscem jego pracy, i choć nie bardzo rozumiem, jaką pełni funkcję, to jest taki dumny z siebie, że z radością idziemy za nim i Francoise (widoczni na zdjęciu u góry po prawej). W cienistych uliczkach jest przyjemnie, wrześniowy upał dociera tylko do granicy cienia.

W Merostwie, które o tej porze jest nieczynne, Christian z dumą pokazuje nam kilka pomieszczeń, jakby sam wybudował i urządził budynek. Tuż obok jest niewielki kościół Notre-Dame-de-l’Assomption.

Wejście do kościoła w Belgentier / Entrance to Belgentier’s church

Na niewielkim placu przed kościołem pomnik poległych w Wielkiej Wojnie. Takie pomniki stoją w każdym mieście i miasteczku we Francji i w Wielkiej Brytanii, być może nawet we wszystkich krajach Europy Zachodniej. Często w kościołach są tablice z nazwiskami poległych, którzy pochodzili z danej miejscowości,

C.D.N.

Au bord de la route*

*Na poboczu przy drodze

Wbrew pozorom to ta sama góra.

Tak widział ją Paul Cezanne około sto lat temu. Jest to jeden z obrazów z cyklu „Góra Sainte-Victoire”. W 2001 jeden z obrazów z tej serii został sprzedany na aukcji w Nowym Jorku za 38 milionów dolarów. Moje zdjęcie góry jest dla was za darmo 🙂

Mont Sainte Victoire by Paul Cezanne

Takie cuda przydrożne w tej Prowansji.

Toulon encore une fois*

*Toulon jeszcze raz

To miasto wielkości Bielska Białej ma przeraźliwie wielką liczbę muzeów, a prawie wszystkie skupione są na niewielkiej przestrzeni starego miasta. Jest oczywiście Muzeum Sztuki (Musee d’Art), w tym rejonie Francji nawet w małych wioskach można je spotkać, bo zawsze trafiał się jakiś wędrujący artysta, który upijał się absyntem w lokalnych, wioseczkowych oberżach. Jest wspomniane Muzeum Morskie (Musee de la Marine), jest Muzeum Starego Toulonu (Musee du Vieux Toulon), Muzeum Fotografii (Maison de la Photographie), Muzeum sztuki śródziemnomorskiej, zwane Hotel des Arts, Muzeum Historii Naturalnej (Museum d’Histoire Naturelle), Muzeum Sztuki Azjatyckiej ((Musee des Arts Asiatiques) i wreszcie Muzeum Memoriał Lądowania, zapewne Aliantów (Musee Memorial du Debarquement). Ufff. W przypadku zainteresowania służę adresami.

Zupełnie niespodziewanie dla nas, przy jednej ze spacerowych ulic w centrum miasta wyrosła niepozorna katedra. Niepozorna, bo oprócz Anglii, jak dotąd podziwialiśmy katedry w stylu strzelistego gotyku, a tu taka mała, przycupnięta budowla… Katedra jest pod wezwaniem Notre-Dame-de-la-Seds, ale znana jest także jako Katedra Sainte-Marie Majeure.

Cathédrale de Notre-Dame-de-la-Seds, Toulon

Zaczęto ją budować w XI wieku, ukończono w wieku XVIII, a od XV jest siedzibą lokalnych biskupów.

Jeszcze kilka zakrętów, kilka kilometrów i wracamy nad zatokę, tuż obok La Tour Royale – Fortu z XVI wieku, zbudowanego zaraz po przyłączeniu Prowansji do Francji przez Burbona Ludwika XII, a zaprojektowany przez włoskiego architekta Gian Antonio della Porta. Po różnych wojnach trzymano tam więźniów, w czasie wizyty Sulejmana Wielkiego w Toulonie w forcie mieścił sie arsenał (1543), a później mieli w nim schronienie protestanci, uciekający przez pogromami (1572). Kiedy Napoleon wyruszał ze swoja flotą na podbój Egiptu, Józefina pozyłała mu całuski, stojąc na tych murach (1798), a w czasie II wojny dyskretnie złożono w forcie rezerwy francuskiego złota… I tak dalej i tak dalej, aż do roku 2004, kiedy to utworzono tam muzeum, otwarte od 1 lipca do 31 października.

La Tour Royale – view. Source – Randojp.free.fr

Na moim zdjęciu widać tylko kawałeczek tortu, tfu, fortu, ale znowu za mundurem panny sznurem, a co dopiero za orkiestrą!

La Tour Royale and orchestra.

W parku otaczającym La Tour czeka na nas jeszcze jedna niespodzianka:

Bathyskaphe FNRS 3

Nie, tą niespodzianką nie jest Christian, ale słynny batyskaf FNRS 3, który pod dowództwem Georgesa Houota (pilota) i Pierre’a Willma (inżyniera) osiągnął rekord nurkowania na 4050 metrów 15 lutego 1954 roku. Film Jacquesa Ertauda „Głębokość 4 050” śledzi historię tego pierwszego nurkowania.

Niedługo zapadnie zmrok, spogladamy jeszcze na touloński port i powoli zmierzamy w stronę parkingu, skąd odjedziemy do misteczka, w którym mieszkają Nasi Francuzi, ale o tym następnym razem…

Port of Toulon
Port of Toulon

Toulon – pomiędzy morzem i górami

Nabrzeże skończyło się przed ogrodzeniem Prefecture Maritime (Prefektura Morska). Wielki budynek, przed którym przystojni oficerowie francuskiej Marynarki paradują w swoich ślicznych mundurach – trudno nie rozpoznać jego przeznaczenia. Działa przed wejściem mają zapewne odstraszać sznury panien, co za mundurem.

Prefecture Maritima a Toulon
Prefecture Maritime a Toulon

My jednak skręcamy w prawo, nie zważając na to, że zaraz za budynkiem Prefektury jest Musee de la Marine (Muzeum Marynarki Wojennej), w którym można obejrzeć wiele modeli statków i okrętów, marynistyki i oczywiście dowodów na wielkość Tulonu i jego historii. (Muzeum mogą zwiedzać za darmo osoby poniżej 26 lat). Dalej można dojść do bazy Marynarki Wojennej i do Marsylii.

My jednak zagłębiamy się w cieniste uliczki miasta Toulon, które mają opowiedzieć fascynujące historie piratów, więzień i ekspedycji w odległe miejsca.

Toulon nie byłby francuskim miastem, gdyby nie można było iść na jeden z miejskich targów ze świeżymi produktami z okolicznych farm, z lokalnym jedzeniem i tysiącem prowansalskich przysmaków, odzieżowego badziewia i wątpliwych dzieł sztuki z Północnej Afryki. W Toulonie jest kilka takich miejsc, a my właśnie trafiliśmy na największy z nich, Le Marche du Cours Lafayette.

Le Marche du Cours Lafayette

Targ, jak to we Francji, jest otoczony kawiarniami, w których bardzo zapracowani ludzie spędzają mnóstwo czasu na gadaniu, rozgladaniu się dookoła, plotkami i ogólnie pojętym relaksowaniem się wraz z rodziną i znajomymi. Z empirii wiem, że przesiadywanie w kawiarnia, bistro i barach jest sportem narodowym i prawdę mówiąc jest to świetny rodzaj sportu.

La rue a Toulon

Francoise kupuje le cade i jakieś inne przysmaki z wózka na targu, pewnie chce mieć z głowy kolację po powrocie do domu i idziemy dalej, chłonąc zapach toulońskich uliczek. (łokieć na zdjęciu należy do Christiana)

Le cade dans la rue

Port Toulon

Jak można się dowiedzieć z przeróżnych źródeł, Toulon to bardzo stare miasto, oczywiście sięgające czasów rzymskich i największy francuski port nad Morzem Śródziemnym. Jest stolicą Departamentu Var, mieszka w nim około 165 tysięcy ludzi, co czyni Toulon piętnastym największym miastem Francji.

Każdy z francuskich królów, począwszy od Karola VIII (XV wiek), aż po Napoleona II dokładał coś swojego do wielkości portu Toulon. W listopadzie 1942 roku odbyło się spektakularne samozatopienie floty francuskiej w porcie po to, by nie wpadła ona w ręce Niemców. Ale to już osobna historia.

Przez te wyczytane ciekawostki, spodziewałam się portu na miarę Hamburga, albo chociaż Aleksandrii, a znalazłam się w romantycznym miejscu, otoczonym malowniczo wzgórzami, wśród których prawie nieruchomo wyrastały setki masztów małych stateczków, żaglówek i jachtów, poprzetykane gdzieniegdzie nadbudówkami niewielkich kurtów. Z tyłu, nieśmiało czaiły się słynne okręty marynarki wojennej dumnej Francji.

Captain Zbig in Toulon’s Harbour

Trochę inaczej wyglądało to z góry. Mniej więcej „na dwunastej” widać sylwetkę flagowego okrętu wojennego Francji, pancernika (poprawka: lotniskowca z napędem atomowym, dziękuję Starszy Wajchowy) „Charles de Gaulle”. Nasi Francuzi mówią, że stoi w porcie od lat, jest ciągle zepsuty. Cóż, stara gwardia przegrywa, ale się nie poddaje…

Me and „Our French” in Port of Toulon.

Przechadzamy się po portowej promenadzie, która zdaje się ciągnąć długo i szeroko i wreszcie jest ciepło.

La promenade a Toulon

Nie jest to śliczne miejsce (zawsze i wszędzie sa dla mnie miejsca śliczne i nie-śliczne), ale ma swój urok. Czasem można „spotkać” koloryt lokalny i natknąć się na fragment życia mieszkańców:

Local fish store

I jeszcze kawałek portu, wraz z końcówką „Charles de Gaulle”:

Part of the port with final part of „Charles de Gaulle” flagship

Droga do Toulonu

Wyruszamy z Belgentier bez pośpiechu, rozleniwieni porannym śniadankiem i pogaduchami. Nasi Francuzi są przemili, grzeczni i są naszymi ulubionymi Francuzami. Najbardziej mnie wzrusza to, że Christian wstaje wcześnie rano, żeby zrobić nam sok ze świeżych pomarańczy.

Mamy do pokonania straszliwą odległość 30 kilometrów wąskimi drogami, wijącymi się wśród lasów na łagodnych zboczach południowych Alp. Jedziemy wolno, ledwo się mieszcząc na szosie z mijanymi samochodami. Po kilkunastu minutach wjeżdżamy na autostradę A57, a na przedmieściach miasta skręcamy na północ. Droga pnie się pod górę w najbardziej deprymujący sposób – z jednej strony skała, z drugiej przepaść.

Road above Toulon

I jeszcze bardziej w górę:

I tak całymi kilometrami. Jestem już bliska samobójstwa, kiedy zatrzymujemy się wreszcie i możemy podziwiać panoramę Toulonu.

Podziwiamy panoramę Toulonu, ja Francoise i Christian, Zbig robi zdjęcie. Na górze wieje zimny wiatr, jest pochmurno i właściwie nie tego oczekiwaliśmy na początku września w Prowansji. Ale miało być o Toulonie. Poniżej widok różnych częsci miasta od lewej do prawej, czyli od wschodu do zachodu:

Toulon from above
Toulon from above
Toulon from above
Toulon from above

Potem jeszcze zwiedzamy stary fort wojenny, ale nie pytajcie mnie o szczegóły. Pamiętam jaskinię, w której było więzienie i kaplica, stare koszary i poniewierającą się gdzieniegdzie broń w postaci czołgów i dział przeciwlotniczych.

Me and Sherman M4

Powyżej: ja, Sherman, Francoise i Christian. O wojnie jeszcze opowiem, na razie chciałabym coś zjeść. I żeby nie było tak zimno.

Oliwa, czosnek i zioła

Coraz częściej moje podróże, zamiast skupiać się na poznawaniu nowych miejsc i ludzi, skupiają się na… jedzeniu. Zamiast oglądać kolejny kościół, czy stację benzynową, ja sprawdzam okoliczne gastronomie, a ślina kapie mi z pyska.

Kuchnia prowansalska opiera się na trzech potężnych filarach, z których każdy, nawet osobno jest pyszny. Te filary to czosnek, oliwa i zioła… prowansalskie.

Zanim pójdę coś zjeść opowiem o najbardziej popularnych prowansalskich smakołykach, przyrządzanych od wieków w wiejskich domach, garkuchniach i eleganckich restauracjach:

Po pierwsze – AIOLI – sos, który mogę jeść do wszystkiego, albo do niczego. Robi się go jak majonez, ale najpierw trzeba utrzeć czosnek z solą na miękko, dodać zioła (zgadnijcie jakie), żółtko, a potem powoli dodawać oliwę (!), ucierając cały czas takim patykiem zakończonym kulką.

Po drugie – FOUGASSE – to fantastyczny chleb prowansalski z pszennej mąki, z dodatkiem tymianku, rozmarynu, koziego sera, oliwek, orzechów i innych cudów, chociaż może nie wszystkich naraz

Po trzecie – CADE – rodzaj placka z mąki grochowej. Podaje się go na ciepło, posypanego solą i pieprzem.

Cade

Po trzecie – CHICHI FREGI – przysmak pochądzący z Marsylii, sprzedawany na ulicach i wszędzie. Jest to rodzaj pączków z mąki pszennej i grochowej, do których dodaje się drożdże i aromat pomarańczowy, piecze się w tłuszczu wielkie placki 15 x 10 cm, a potem obtacza w cukrze – pudrze. Geneza nazwy jest ciekawa: w języku małych dzieci „zizi” oznacza siusiaka. W lokalnym narzeczu dorosłych nazwa ta brzmi „chichi”. I wierzcie mi, te wielkie słodycze bardzo czesto przypominają penisy.

Chichi fregi

Wybrałam formę bardziej kiełbaskową. Są smaczne, ale nie można ich zjeść za dużo z powodu tłustości.

Po czwarte i najsmaczniejsze – CAULISSONS. Jadłam już w życiu tysiące różnych słodkości, ale caulissons są jedyne w swoim rodzaju i przepyszne i mogłabym ich zjeść czterdzieści pięć za jednym posiedzeniem. Caulissons to małe ciasteczka – na spodzie opłatek, na tym śliczna warstwa masy migdałowej z kandyzowanymi owocami, a to wszystko polane warstwą czegoś z likierem pomarańczowym. Te najbardziej oryginalne pochodzą z Aix-en-Provence.

Prowansalskie przysmaki

Jak widzicie zeżarłam już prawie całe pudło, ale zanim zeżarłam, to sfotografowałam je w towarzystwie soli z Camargue (z tymiankiem), galaretki z fig (jeszcze nie otworzyłam) i miodu lawendowego, który nie pachnie lawendą i jest mdły. A teraz idę posmarować kromę masłem orzechowym i dżemem.