Halk al-Wadi i Sidi Bou Said – Tunezja/ Halk al-Wadi and Sidi Bou Said – Tunisia

Tunisia from the sea (2026)

Port Halk al-Wadi to inaczej La Goulette – tunezyjski port, który kiedyś był hiszpański, później ottomański, przez jakiś czas był więzieniem, a potem był nazywany „Małą Sycylią” i mieszkała tu Claudia Cardinale. Nas przywitała eskotra kanonierek tunezyjskiej floty, kiedy nasz statek manewrował wśród wąskich kanałów pomiędzy liberyjskimi kontenerowcami. Kiedy w końcu zacumowaliśmy i przeszliśmy z nabrzeża za mury starego fortu było już straszliwie gorąco, a w oślepiającym słońcu trudno było dostrzec uroki tego miejsca. La Goulette po francusku znaczy „gardło rzeki”, ale leży nad jeziorem Tunis. Jedziemy do miejscowości Sidi Bou Said, która jest nazywana „Tunezyjskim Santorini”. Hmmm…

The port of Halk al-Wadi—also known as La Goulette—is a Tunisian port with a varied history: it was once Spanish, then Ottoman, and served as a prison for a time; later, it was dubbed „Little Sicily” and was home to Claudia Cardinale. We were greeted by an escort of Tunisian navy gunboats as our ship maneuvered through narrow channels amidst Liberian container ships. By the time we finally docked and made our way from the quayside past the walls of the old fort, the heat was intense, and the blinding sun made it difficult to appreciate the place’s charms. Although the name La Goulette means „river throat” in French, the town actually sits on the shores of the Lake of Tunis. We are heading to the village of Sidi Bou Said, known as the „Tunisian Santorini.” Hmm…

W przydrożnej kawiarni Ben Rahim wypiliśmy kawę, a ja z powodu upału nie miałam siły łazić po miasteczku, tym bardziej, że prawie nigdzie nie było cienia, co uważam za wielkie niedopatrzenie władz. Wlazłam tylko do jednego pobliskiego sklepu / galerii sztuki w poszukiwaniu malutkich, srebrnych kolczyków i zagadałam się z bardzo miłym właścicielem, który pochodził z Hiszpanii, ale ożenił się z Tunezyjką. Kolczyków nie kupiłam, ale obiecałam, że opowiem o tym miejscu. Co niniejszym czynię 🙂

We had coffee at the Ben Rahim roadside café; the heat left me with no energy to wander around the town—especially since there was hardly any shade, which I consider a major oversight by the authorities. I did pop into one nearby shop-cum-art gallery looking for tiny silver earrings and struck up a conversation with the very pleasant owner—a Spaniard married to a Tunisian woman. I didn’t buy any earrings, but I promised to tell people about the place. Which is exactly what I’m doing now 🙂

Czy Sidi Bou Said przypomina Santorini? Trochę tak, ale żeby to ustalić, trzeba iść nad morze, przejść się nadmorskimi, brukowanymi uliczkami i dotknąć stopami buałego piasku. Ale to już zostawiam dla was.

Does Sidi Bou Said resemble Santorini? A bit, perhaps—but to find out for sure, you have to head to the seaside, stroll along the cobbled coastal streets, and feel the white sand beneath your feet. But I’ll leave that part up to you.

La Bella Vita

Costa Fortuna in Izmir 2026

Tak reklamuje się firma Costa Cruises, której to liniami tym razem płyniemy. Cóż, będziemy teraz jakiś czas na morzu, płynąc na południowy zachód, więc pora poplotkować o statku. Zwykle nie narzekam na rejsach, bo mogłabym żyć na statku przez pół roku, ale tym razem…

That’s how Costa Cruises – the cruise line we’re sailing with this time—advertises itself. Well, we’ll be at sea for a while now, sailing southwest, so it’s time to dish a bit about the ship. I usually don’t complain on cruises – after all, I could happily live on a ship for six months a year – but this time…

STATEK I ZAŁOGA / SHIP and CREW

Statek jest w porządku, może nie najnowszy, może zbyt przeładowany ozdóbkami w różnych stylach, ale kajuty są wygodne, a nasz stewart, Vivek bardzo dba o czystość i nasz komfort. Załoga i personel, który pochodzi głównie z Egiptu i Indii jest super i absolutnie niczego nie możemy im zarzucić. Od kiedy wiedzą, że jestem tą pasażerką, która pyta o to skąd są, o ich rodziny i plany na przyszłość jestem traktowana z wielką atencją i nawet dostajemy czasem za darmo wodę do kolacji, a Mohammed, który pracuje w restauracji kiedy mnie widzi przywołuje swój najlepszy uśmiech i wyciąga telefon, żeby mi pokazać najnowsze zdjęcie swojego ukochanego wnuka. Szukran شكرًا لك , Mohhamed (Gdyby w Sèvres istniał wzorzec Egipcjanina, to byłby to posąg Mohammeda).

The ship is fine—perhaps not the newest, and maybe a bit overloaded with eclectic decorations—but the cabins are comfortable, and our steward, Vivek, takes great care to ensure cleanliness and our comfort. The crew and staff, hailing mainly from Egypt and India, are fantastic; we have absolutely no complaints about them. Ever since they learned I’m the passenger who asks where they’re from—inquiring about their families and future plans—I’ve been treated with great attentiveness; we even get complimentary water with dinner sometimes. And Mohammed, who works in the restaurant, flashes his best smile whenever he sees me and pulls out his phone to show me the latest photo of his beloved grandson. Shukran, Mohammed (If there were a standard reference model for an Egyptian kept at Sèvres, it would be a statue of Mohammed).

PASAŻEROWIE / PASSENGERS

Są z całego świata, dosłownie. Najwięcej jest Włochów i Hiszpanów, ale też ludzi z Ameryki Południowej i USA, grupka Rosjan (niestety), sporo Niemców i kilkoro Anglików i kilka par z Polski (pozdrawiamy Wrocław, Iserlohn i Brzeszcze). Poziom kultury na tym statku sporo odbiega od naszych doświadczeń z poprzednich rejsów. Niektórzy przepychają się po chamsku, walczą o leżaki, są nieuprzejmi… Przy sąsiednim stoliku przy kolacji siedzi kobieta, która wygląda jak udzielna księżna, a jedząc mlaszcze głośno. Kiedyś jakiś Amerykanin opowiadał z przejęciem, że był w miejscowości Corleone, gdzie „to wszystko się zdarzyło” i był przekonany że to nie była literacka i filmowa fikcja (odsyłam do „Ojca Chrzestnego”), a jakaś Rosjanka krzyczała na mnie, że muszę talerz z jedzeniem nieść koniecznie na tacy, bo tak jej kazali… Życie statkowe jest czasem bardzo zabawne.

They come from all over the world—literally. The largest groups are Italians and Spaniards, but there are also people from South America and the USA, a small group of Russians (unfortunately), quite a few Germans, a handful of English people, and a few couples from Poland (Hello to Wrocław and Brzeszcze). The level of decorum on this ship is a far cry from what we’ve experienced on previous cruises. Some people shove rudely, fight over sun loungers, and act impolitely… At the table next to us during dinner sits a woman who looks like a grand duchess, yet she smacks her lips loudly while eating. I once heard an American excitedly recounting his visit to the town of Corleone—where „it all happened”—convinced that it wasn’t just literary or cinematic fiction (think The Godfather), while a Russian woman shouted at me, insisting I had to carry my plate of food on a tray because that’s what she’d been told to do… Life on board can be quite amusing at times.

JEDZENIE / FOOD

O wiele gorsze niż na innych naszych rejsach. Szczerze mówiąc dla mnie to jest wielkie rozczarowanie. Często nie ma dla mnie niczego, co byłoby naprawdę dobre, bo jak wiecie nie jem mięsa i wybór mam naprawdę niewielki. Kiedy rezerwowaliśmy rejs, cieszyliśmy się, że będziemy mieć naszą ulubioną włoską kuchnię na codzień. Teraz już wiemy, że to niemożliwe. Poza tym prawie nigdy nie ma świeżych owoców (oprócz melonów i jabłek), co na innych rejsach było nie do pomyślenia, nawet kiedy przez długi czas nie zawijaliśmy do żadnego portu. Potrawy w bufecie nie są opisane, więc zawsze muszę pytać, czy to coś jest z mięsem, czy nie. Bezpłatne napoje są tylko do śniadania i obiadu, więc mogę zapomnieć o wieczornej herbacie. Za wodę trzeba płacić, a gdyby ktoś chciał mieć pełny pakiet napojów, to musiałby zapłacić dodatkowo ponad 500 euro…

It’s far worse than on our other cruises. Honestly, it’s a huge disappointment for me. Often, there’s nothing truly good for me to eat because, as you know, I don’t eat meat, so my options are very limited. When we booked the cruise, we were excited about having our favorite Italian cuisine every day. Now we know that’s not possible. On top of that, there’s almost never any fresh fruit—something unthinkable on other cruises, even when we hadn’t docked at a port for a long time. The dishes in the buffet aren’t labeled, so I always have to ask whether or not something contains meat. Charge free drinks are only provided with breakfast and lunch, so I can forget about having tea in the evening. You have to pay for water, and if you wanted a full drinks package, you’d have to pay an extra 500 euros or more…

ORGANIZACJA / ORGANIZATION

Nawet mi się nie chce o tym pisać, więc tylko powiem, że okropna. Brak wielu koniecznych informacji, nie mówiąc o próbach naciągania na większe koszty – na przykład w portach podstawiają swoje autokary dwa razy droższe, niż lokalne. Na statku jest strasznie głośno, nie ma właściwie miejsca, gdzie można uciec przed głośną muzyką z megafonów. Na innych statkach głośna muzyka była tylko w jednym miejscu, tu jest wszędzie słyszalna. Jedynym cichym miejscem jest statkowa kaplica, ale nie wiem, czy jako ateistka mogę tam siedzieć. W bibliotece statkowej była tylko jedna książka i był to Koran.

I don’t even feel like writing about it, so I’ll just say it was terrible. There was a lack of much essential information, not to mention attempts to upsell—for instance, in ports, they provided their own coaches that cost twice as much as local ones. It was incredibly noisy on the ship; there was practically nowhere to escape the loud music blaring from the loudspeakers. On other ships, loud music was confined to one area, but here it could be heard everywhere. The only quiet spot was the ship’s chapel, though I wasn’t sure if I, as an atheist, could sit there. The ship’s library contained only one book: Koran.

Costa Fortuna – kaplica / chapel

Tak więc nie bardzo bella vita. Ale płyniemy do następnego portu i dopóki nie dowodzi nami Kapitan Francesco Schettino*, to przeżyjemy.

So, not exactly la dolce vita. But we’re sailing to the next port, and as long as Captain Francesco Schettino* isn’t at the helm, we’ll survive.

* Costa Concordia to włoski statek wycieczkowy, który zatonął 13 stycznia 2012 roku w wyniku uderzenia o skały u wybrzeży wyspy Giglio na Morzu Śródziemnym. W katastrofie zginęły 32 osoby. Kapitan Francesco Schettino został skazany na 16 lat więzienia za doprowadzenie do katastrofy i opuszczenie tonącego okrętu przed pasażerami.

* The Costa Concordia was an Italian cruise ship that sank on January 13, 2012, after striking rocks off the coast of Giglio Island in the Mediterranean Sea. 32 people died in the disaster. Captain Francesco Schettino was sentenced to 16 years in prison for causing the disaster and abandoning the sinking ship before the passengers.

Ateny / Athens

Morze Egejskie / Eagan Sea

Do Pireusu przypłynęliśmy wcześnie rano, ale już było gorąco. Za gorąco dla mnie i obrzydliwie słonecznie. Już wcześniej postanowiłam, że nie pojadę do Aten, bo byłam tam czterdzieści lat temu i wystarczy. Widziałam wszystko, co chciałam zobaczyć, łącznie z wartą pełnioną przez Ewzonów i zaniedbanymi ulicami, choć najlepiej pamiętam inne wydarzenie – szłam ulicą, kiedy nagle wszystkie sklepy i knajpki zaczęły zamykać drzwi i okiennice, jeśli były. Nie miałam pojęcia co się dzieje i nagle zobaczyłam tłum co najmniej kilkuset facetów (niektórzy nieśli kije). Szybko szli środkiem ulicy krzycząc coś, strzelały race, a ja stałam przytulona do ściany budynku i nie miałam dokąd uciec… Byli to kibice, którzy wracali z meczu piłki nożnej. Ech, wspomnienia.

We arrived in Piraeus early in the morning, but it was already hot—too hot for me, and unpleasantly sunny. I had already decided not to go to Athens; I’d been there forty years ago, and that was enough. I had seen everything I wanted to see, including the Evzones on guard duty and the run-down streets, though what I remember best is a different incident: I was walking down the street when suddenly all the shops and cafes began closing their doors and shutters—wherever they had them. I had no idea what was happening, and then I saw a crowd of at least a few hundred men (some carrying big sticks). They were marching briskly down the middle of the street, shouting something, and flares were going off; I stood pressed against a building wall, with nowhere to run… They were football fans returning from a match. Ah, memories.

Do Aten został oddelegowany Pan i Władca i oto jego sprawozdanie: / The Lord and Master was dispatched to Athens, and here is his report:

Istambuł cz. 3/ Istanbul part 3

Wcześnie rano następnego dnia ulice nie są już takie zatłoczone, ale ciągle widać świąteczny nastrój. Najpierw idziemy wzdłuż bardzo ruchliwej ulicy, mijając Uniwersytet, mnóstwo hoteli i niewielkich meczetów i całe armie policji a potem skręcamy i zanurzamy się w stare, wąskie uliczki.

Early the next morning, the streets are no longer quite as crowded, yet the festive atmosphere is still palpable. We first walk along a very busy street—passing the university, numerous hotels, small mosques, and throngs of police—before turning off and plunging into the old, narrow lanes.

Byłam już w wielu wielkich miastach, ale w żadnym ludzie nie byli tak przyjaźni i uprzejmi jak tutaj. Wprawdzie ulice w wielu miejscach są rozkopane, chodniki nie są równe, ale jest czysto a policjantki z groźnymi minami odwzajemniają moje uśmiechy.

I have been to many big cities, but nowhere else have the people been as friendly and polite as they are here. Admittedly, the streets are torn up in many places and the sidewalks are uneven, but it is clean, and the stern-faced policewomen return my smiles.

No i zapach dobiegający z niezliczonych ilości restauracji, knajpek i kawiarń… Wspaniały. Postanawiamy spróbować lokalnego jedzenia, ale na razie skończyły nam się wąskie uliczki i znaleźliśmy się znów w zalanej słońcem wielkomiejskiej części dzielnicy Karaköy.

And then there are the aromas wafting from countless restaurants, eateries, and cafés… Simply wonderful. We decide to try some local food, but for the moment, the narrow streets have come to an end, and we find ourselves back in the sun-drenched, bustling urban area of ​​the Karaköy district.

Śpiew muezzina ogłasza wczesne popołudnie, zawracamy więc i szukamy jakiegoś zacienionego miejsca na spróbowanie tureckich pyszności, ale ponieważ nie mamy tureckich lir, więc musimy pytać, czy przyjmą euro. Zasiadamy za stołem, pan kelner na naszą prośbę wpisuje nam w smartfonach hasło do internetu, a siedzący przy sąsiednim stole młody człowiek pyta, czy nie będzie mi przeszkadzał dym z papierosa. W tym momencie postanawiam, że oficjalnie i z pełną odpowiedzialnością ogłaszam, że miasto Istambuł jest najfajniejszym miastem na świecie!

The muezzin’s call announces the early afternoon, so we turn back and look for a shady spot to sample some Turkish delicacies; however, since we don’t have any Turkish liras, we have to ask if they accept euros. We sit down at a table, the waiter enters the Wi-Fi password into our smartphones at our request, and a young man at the next table asks if his cigarette smoke would bother me. At that moment, I decide to officially—and with full conviction—declare that Istanbul is the coolest city in the world!

Postanawiam spróbować tureckiej herbaty, zamiast zwyczajowej kawy. Turecka pizza (pide) i herbata – niebo. Po ponad godzinie ruszamy dalej, obok wieży Galata, licznych butików, banków, sklepów z dywanami i galerii sztuki. Z wielu budynków śledzi nas wzrok niebieskookiego mężczyzny na gigantycznych portretach zawieszonych na fasadach budynków. W końcu pytam hotelowego pracownika: „Kim jest ten mężczyzna?” „To Mustafa Kemal Atatürk” * – odpowiada i już zaczyna mi o nim opowiadać, ale ja wiem doskonale kim był, tyle że nie wiedziałam, że tak wyglądał.

I decide to try Turkish tea instead of my usual coffee. Turkish pizza (pide) and tea—pure bliss. After more than an hour, we move on, passing the Galata Tower, numerous boutiques, banks, carpet shops, and art galleries. From many of the buildings, the gaze of a blue-eyed man follows us from giant portraits hanging on the facades. Finally, I ask a hotel employee, „Who is that man?” „That’s Mustafa Kemal Atatürk” * he replies, immediately starting to tell me about him—though I know perfectly well who he was; I just hadn’t realized that was what he looked like.

Muszę jeszcze wspomnieć o istambulskich kotach. Koty są wszędzie – wygrzewają się na ławkach, na chodnikach i schodach, mają mnóstwo jedzenia i picia, a małe i większe kocie hotele i domki są wszędzie. Podchodzą czasem do ludzi, kiedy chcą być głaskane i absolutnie nie są zaniedbane. Taka ciekawostka…

I also have to mention Istanbul’s cats. They are everywhere—basking on benches, sidewalks, and steps; they have plenty of food and water, and small cat hotels and shelters are scattered all over the place. Sometimes they approach people when they want to be petted, and they are certainly not neglected. Just an interesting detail…

Zbliżał się wieczór i przyszła pora opuścić to wspaniałe miasto. O 21:25, żegnani śpiewem muezzina popłynęliśmy przez Bosfor i dalej na południe ma Morze Marmara i lekko na zachód przez Cieśninę Dardanele na Morze Egejskie. Do następnego portu.

Evening was approaching, and the time had come to leave this magnificent city. At 9:25 PM, bid farewell by the singing of the muezzin, we sailed across the Bosphorus, then south into the Sea of ​​Marmara and slightly west through the Dardanelles Strait toward the Aegean Sea. On to the next port.

Istanbul 2026

* Mustafa Kemal Atatürk – był niesamowitym człowiekiem. Jego życiorys mógłby posłużyć za gotowy scenariusz filmowy, a jego osiągnięcia nie tylko dla Turcji, ale również dla świata XX wieku są bardzo znaczące, choć w Europie niewielu je zna. Nie będę was zanudzać opowieściami o nim, ale moge powiedzieć, że wprowadził Turcję w XX wiek. Jego najważniejsze osiągnięcia to: w 1923 roku proklamował powstanie Republiki Tureckiej i zainicjował gigantyczny program modernizacyjny (tzw. kemalizm). Rozdzielił religię od państwa, zlikwidował kalifat i zamknął sądy religijne. Zastąpił tradycyjne pismo arabskie zmodyfikowanym alfabetem łacińskim, co znacząco podniosło poziom alfabetyzacji. Przyznał kobietom pełne prawa wyborcze (w latach 1930–1934) oraz prawo do rozwodu i dziedziczenia. Zakazał noszenia tradycyjnych fezów i chust w urzędach, zachęcając do noszenia ubioru zachodniego. Wprowadził także kalendarz gregoriański. W 1934 roku parlament nadał mu nazwisko Atatürk, co oznacza „Ojciec Turków”.

* Mustafa Kemal Atatürk was an extraordinary man. His life story could serve as a ready-made screenplay, and his achievements—significant not only for Turkey but for the 20th-century world – remain little known in Europe. I won’t bore you with a long account of his life, but suffice it to say that he brought Turkey into the 20th century. His key achievements include proclaiming the Republic of Turkey in 1923 and launching a massive modernization program (known as Kemalism). He separated religion from the state, abolished the caliphate, and closed religious courts. He replaced the traditional Arabic script with a modified Latin alphabet, which significantly boosted literacy rates. He granted women full voting rights (between 1930 and 1934), as well as the right to divorce and inherit property. He banned the wearing of traditional fezzes and headscarves in government offices, encouraging Western-style attire instead. He also introduced the Gregorian calendar. In 1934, parliament bestowed upon him the surname Atatürk, meaning „Father of the Turks.”