Dzień drugi – Morze pełne Wattów

Niedziela. Trudno się ruszyć z domku naszego zastępczego. Wieje i jest zimno, mokro i ponuro, choć świeci słońce. Nawet pies chętnie wrócił ze spaceru. Pewnie słyszał o szeryfach tutejszych, strażnikach przyrody czy jak ich nazwać, którzy mają prawo zastrzelić psa, który biega bez smyczy dalej niż 200 metrów od domu. Hm… urzędnicy nawiedzeni.

Nasza gospodyni wpadła na kawcię i przez pół dnia opowiadała o życiu w Północnej Fryzji (bo tu właśnie jesteśmy). Okazało się, że ona też nie stąd, tylko z miasteczka oddalonego o 60 km. na wschód. Dowiedzieliśmy się, że mieszkają tu (jej mąż i 2 synów) od 10 lat i dopiero ostatnio sąsiedzi zaczęli im mówić „dzień dobry”. Dotąd byli tu nowi, a tutejsi nie ufają obcym. Co kraj to obyczaj, w Polsce w niektórych rejonach jest jeszcze gorzej.

Nasze szlachetne dupy ruszyliśmy dopiero po południu. Wypędził nas głównie apetyt na coś innego niż chińskie zupki, ale wszystkie sklepy były już zamknięte w najbliższym miasteczku zwanym Niebull. Odkryliśmy tam knajpę otwartą, do której pies nie bardzo chciał wejść, a my go nie posłuchaliśmy… To, co podano nam do jedzenia zrobione było z mrożonek i sosów z torebek… Pies miał rację, choć to on zjadł większość mojej porcji. 

Nabrawszy sił mieliśmy do wyboru – wracać do domku, czy wreszcie sprawdzić, co to jest Morze Wattowe, które wcale morzem nie jest. W każdym razie morze, które morzem nie jest ma 450 km długości, od wyspy Texel w Holandii do wyspy Fanø w Danii. Jest to najprościej ujmując obszar wodno-błotny, czasem bardziej wodny, a czasem bardziej błotny, o szerokości od 10 do 30 kilometrów. Czyli takim płytkim błotem można iść od 10 do 30 kilometrów w stronę morza i dopiero po przejściu tego dystansu natknąć się na normalne morze, takie jakie znamy z powieści o morzu – taka wielka woda z falami, statkami, syrenami i wilkami morskimi.

Najpierw widać wysoki nasyp, na który trzeba się wspiąć, żeby zobaczyć to:

Wattermeer

 Tu na horyzoncie widać prawdziwe morze. Plaża zrobiona jest z trawy, a piasek widać gdzieniegdzie wśród wodorostów i błota. Podejrzewam, że latem chyba tu pachnie gnijącymi wodorostami? Faktem jest, że cały ten obszar od Holandii po Danię to trzy wielkie Parki Narodowe – po jednym na każdy kraj.

Wattermeer

Szukaliśmy jeszcze tych Wattów, ale pewnie z powodu zapadającego mroku żadnego nie znaleźliśmy. 

Dodaj komentarz