Jedziemy, jedziemy, jedziemy… Monotonia przerywana postojami na parkingach, z których to postojów najbardziej cieszy się pies, bo nowe zapachy i jakiś snaczek i zaznaczanie terytorium i można rozprostować ogonek i resztę. Wieje zimnem, jak to w marcu, nie chce się nawet wysiadać z samochodu. Jedziemy na północny wschód, mijamy Berlin z lewej, na południu zostawiamy Hamburg, a potem to już blisko – kilka godzin i przekraczamy granicę krainy zwanej Schleswig-Holstein. Jej historia jest równie skomplikowana co inne historie innych krajów, ale nie czas o tym pisać.
Teraz jedziemy drogą nr 7 na Flensburg. Im dalej na północ, tym więcej podmokłych pól, długowłosych krów z wielkimi rogami i prześlicznych domów krytych strzechą:

To dla takich domków chciałam tu przyjechać, oprócz oczywiście wielu innych powodów. W każdym z tych domów chciałabym mieszkać, każdy z nich chciałabym mieć, pod warunkiem, że będzie mały i przytulny.
Zrobiło się trochę cieplej i mimo że jest pochmurno i mroczno, to pięknie oświetlone wioski i miasteczka po drodze dają jakiś świąteczny nastrój. A może mi się zdaje.
W każdym razie nie myślcie, że są tu tylko stare chałupy kryte strzechą. Są też takie kryte dachówką, gdzieniegdzie pojawiają się nowoczesne budynki typu szkło/aluminium, ale jakoś tak nie pasują do tych krów i ogólnie panującego spokoju.
Z Flensburga skręcamy na zachód i następnych kilka godzin później, już po zmroku docieramy do naszego „domu daleko od domu”:

Maleństwo. Ale psu się podoba. Wokół ciemność i cisza, nie widać żadnych świateł, jakby nic nie było wokół. I pewnie nie ma. Ale słychać dzikie kaczki. Jutro niedziela, mamy tyle do zobaczenia, więc szybko spać.
