O Camargue czytałam gdzieś w dzieciństwie i tak mi utkwiła w głowie, że pamiętałam o niej całe życie. Wiadomości miałam niewiele, bo nikt tam nie był, a właściwie nikt nic nie słyszał, ale tak, tak, mówisz, że to we Francji…?
Około dziewiątej przekroczyliśmy granicę tajemniczej krainy, jadąc wąską dróżką wśród płaskich, podmokłych pól. Rozczarowanie, bo miało być jakoś bajecznie i przecudnie. Cóż, tak się koryguje wyobrażenia z dzieciństwa. Francoise mówi, że w Camargue nie wolno budować nowych domów, więc osiedlenie się tutaj jest właściwie niemożliwe. Hm, zaczyna być interesująco. Koło dziesiątej jesteśmy już na statku / barce, który opłynie z nami okoliczne kanały.

Wypływamy z Aigues-Mortes (Martwe Wody), mijając przydrożne domy. Ciekawe, czy mają komary? Nieee, niemożliwe, w końcu to słona woda.

Im dalej, tym domy okazalsze, a bryki parkujące przed domami też coraz lepsze. Mijamy fabrykę szkła, która produkowała butelki dla Perrier’a do 1917 roku, mając na miejscu mnóstwo piasku.

Coraz dalej i coraz bardziej dziko. Na obu brzegach widać ścieżki, którymi za pomocą zwierząt lub ludzi ciądnięte/pchane były statki, zanim wymyślono silniki. Mijamy krzyżujące się z naszą drogą wodną odnogi wielu kanałów.

Wszystkie kanały łączą wody w wielkim Canal du Rhone. My płyniemy przez obszar tzw. Małej Camargue, płaskiego regionu wypełnionego słoną wodą i skromną roślinnością, przetykane czasem plamami bagien porośniętych trzciną, zwanych „Les roselieres”. Po środku tego wszystkiego nagle wyrasta wieża Carbonniere, równie stara co miasteczko Aigues-Mortes, z którego wypłynęliśmy a o którym jeszcze napiszę. Wieża w każdym razie miała przeznaczenie militarne i aż do Rewolucji Francuskiej pełniła funkcję składu celnego.

Na zdjęciach nie widać, ale pośród wszystkich tych zarośli kryją się pola ryżowe, zakładane od czasów II wojny (słynny ryż z Camargue jest różowy) i niewielkie, suche wysepki, gdzie wśród wysokich zarośli kryją się ludzkie domostwa wraz z przyległościami, zwane manadami.

Manady, które coraz częściej służą jako hotele i swoiste skanseny są domem wielu stworzeń, których nie ma nigdzie na świecie. To znaczy są, ale nie TAKIE. I to głównie dla tych stworzeń tłukłam się tu, do Camargue, skazując moich przyjaciół na chłód i wilgoć.

Ale o tym następnym razem.
