Jak można się dowiedzieć z przeróżnych źródeł, Toulon to bardzo stare miasto, oczywiście sięgające czasów rzymskich i największy francuski port nad Morzem Śródziemnym. Jest stolicą Departamentu Var, mieszka w nim około 165 tysięcy ludzi, co czyni Toulon piętnastym największym miastem Francji.
Każdy z francuskich królów, począwszy od Karola VIII (XV wiek), aż po Napoleona II dokładał coś swojego do wielkości portu Toulon. W listopadzie 1942 roku odbyło się spektakularne samozatopienie floty francuskiej w porcie po to, by nie wpadła ona w ręce Niemców. Ale to już osobna historia.
Przez te wyczytane ciekawostki, spodziewałam się portu na miarę Hamburga, albo chociaż Aleksandrii, a znalazłam się w romantycznym miejscu, otoczonym malowniczo wzgórzami, wśród których prawie nieruchomo wyrastały setki masztów małych stateczków, żaglówek i jachtów, poprzetykane gdzieniegdzie nadbudówkami niewielkich kurtów. Z tyłu, nieśmiało czaiły się słynne okręty marynarki wojennej dumnej Francji.

Trochę inaczej wyglądało to z góry. Mniej więcej „na dwunastej” widać sylwetkę flagowego okrętu wojennego Francji, pancernika (poprawka: lotniskowca z napędem atomowym, dziękuję Starszy Wajchowy) „Charles de Gaulle”. Nasi Francuzi mówią, że stoi w porcie od lat, jest ciągle zepsuty. Cóż, stara gwardia przegrywa, ale się nie poddaje…

Przechadzamy się po portowej promenadzie, która zdaje się ciągnąć długo i szeroko i wreszcie jest ciepło.

Nie jest to śliczne miejsce (zawsze i wszędzie sa dla mnie miejsca śliczne i nie-śliczne), ale ma swój urok. Czasem można „spotkać” koloryt lokalny i natknąć się na fragment życia mieszkańców:

I jeszcze kawałek portu, wraz z końcówką „Charles de Gaulle”:

