Dzień 1 – prowadź mnie rzeko

3 grudnia, temp. minus 2, pozycja: Hamburg

Hamburg przywitał nas lekkim mrozem i tłumem ludzi na dworcu głównym. Wydał mi się paskudny, z brzydkimi budynkami, śmieciami na ulicach i ćpunami palącymi krak w każdym możliwym miejscu. Odnaleźliśmy autobus, który miał nas zawieźć do portu i wreszcie odetchnęliśmy z ulgą, że się nie spóźnimy. Pominę opowieść o gigantycznej kolejce przed Altona Cruise Center, bo i tam daliśmy radę, choć zimno prawie zabiło w nas wiarę w to, że płyniemy do ciepłych krajów. O zmierzchu byliśmy po kolacji i zamierzaliśmy obserwować wypłynięcie z portu i wędrówkę do ujścia Łaby.

Zwykle statki płyną z Hamburga na Morze Północne około czterech godzin. Odpłynęliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem i nawet nie widzieliśmy oświetlonych domków i miasteczek na brzegu, nawet nie pomachaliśmy naszemu domkowi – padliśmy zmęczeni po długim dniu. Mieliśmy do przepłynięcia 515 mil morskich (954 kilometry) do Portsmouth w południowej Anglii. A przynajmniej taki był plan.

Obudziło mnie trzeszczenie statku i walenie fal o burty. Była druga w nocy. Morze Północne na powitanie walnęło w nas sztormem, deszczem i kołysaniem już na samym początku, jak to Morze Północne. Resztę nocy spędziłam wędrując między koją a oknem, słuchając wycia wiatru i czekając na świt. Słońce miało wstać o 8:15.

Nareszcie nadszedł świt. 4 grudnia, Morze Północne

Zagubieni w Vilabetran

W listopadzie nawet tutaj na południu zmrok zapada wcześnie, ale kiedy wjechaliśmy do malutkiego miasteczka Vilabertan niedaleko Girony (Katalonia), noc już zdążyła zapaść na dobre. Nieliczne latarnie słabo oświetlały zupełnie puste uliczki wśród starych murów i zarośli. Nawigacja zamiast do hotelu, zaprowadziła nas w puste pole, gdzie stanęliśmy, zastanawiając się co dalej. Wokół żywej duszy, w oddali światła zapalone w kilku oknach.

Okrążyliśmy miasteczko jeszcze dwa razy, zgodnie z zaleceniami GPS, zawsze w końcu trafiając na to samo rondo prowadzące z powrotem do miasteczka, lub dalej w pola, po których hulał hiszpański, listopadowy wiatr.

Kiedy trafiliśmy na rondo po raz trzeci, minął nas samochód z niemiecką rejestracją. Po chwili zatrzymał się, jego kierowca podszedł do nas i zapytał… czy wiemy gdzie jest hotel, który my też próbowaliśmy znaleźć. I wtedy zdarzył się cud – przed niewielką kamienicą kilkaset metrów od nas zapaliło się światło i niewielka postać zawinięta w kraciastą chustę zaczęła machać w naszą stronę. Była to właścicielka hoteliku, który nie miał szyldu i stał wśród niewielkich domków w ciemnej uliczce. Strudzeni wędrowcy mogli wreszcie złożyć głowy na miękkich poduszkach.

Po śniadaniu już bez problemów zwiedziliśmy stację benzynową i trafiliśmy na autostradę E-15 i jechaliśmy ponad 600 kilometrów, mijając Barcelonę, potem jechaliśmy i jechaliśmy w stronę Terragony i Walencji.

I jechaliśmy

I jechaliśmy

Aż w końcu zobaczyliśmy ten drogowskaz:

I wreszcie byliśmy u celu.