3 grudnia, temp. minus 2, pozycja: Hamburg
Hamburg przywitał nas lekkim mrozem i tłumem ludzi na dworcu głównym. Wydał mi się paskudny, z brzydkimi budynkami, śmieciami na ulicach i ćpunami palącymi krak w każdym możliwym miejscu. Odnaleźliśmy autobus, który miał nas zawieźć do portu i wreszcie odetchnęliśmy z ulgą, że się nie spóźnimy. Pominę opowieść o gigantycznej kolejce przed Altona Cruise Center, bo i tam daliśmy radę, choć zimno prawie zabiło w nas wiarę w to, że płyniemy do ciepłych krajów. O zmierzchu byliśmy po kolacji i zamierzaliśmy obserwować wypłynięcie z portu i wędrówkę do ujścia Łaby.
Zwykle statki płyną z Hamburga na Morze Północne około czterech godzin. Odpłynęliśmy z trzygodzinnym opóźnieniem i nawet nie widzieliśmy oświetlonych domków i miasteczek na brzegu, nawet nie pomachaliśmy naszemu domkowi – padliśmy zmęczeni po długim dniu. Mieliśmy do przepłynięcia 515 mil morskich (954 kilometry) do Portsmouth w południowej Anglii. A przynajmniej taki był plan.
Obudziło mnie trzeszczenie statku i walenie fal o burty. Była druga w nocy. Morze Północne na powitanie walnęło w nas sztormem, deszczem i kołysaniem już na samym początku, jak to Morze Północne. Resztę nocy spędziłam wędrując między koją a oknem, słuchając wycia wiatru i czekając na świt. Słońce miało wstać o 8:15.






