W drodze do Prowansji

31 sierpnia zostawiliśmy psa pod opieką wielu wujków i wyruszyliśmy w drogę. Droga wlokła się ponad 1200 kilometrów w pierwszym dniu i resztę dnia drugiego. W sumie 1750 kilometrów ciągnących się w nieskończoność przez Brno, Wiedeń, Graz, potem drogą A4 z Wenecji do Padwy, na Weronę i Brescia, następnie prawie prosto na południe na Cremonę, w końcu drogą ciągnącą się południowym wybrzeżem Włoch i Francji, składającą się głównie z tuneli i wiaduktów nad przepaściami (to trzeba przeżyć, zwłaszcza kiedy ma się lęk wysokości), przez Monaco i Niceę. Około 20 km przed Tulonem skręciliśmy na północ i już… 

Sama droga to osobna historia, oszałamiające widoki, zapierające dech wysokości, widok morza w tysiącach odcieni niebieskości w krótkich odcinkach drogi pomiędzy tunelami, zmęczenie i coraz większe pragnienie, żeby to się wreszcie skończyło.

Przyjechaliśmy do Belgentier późnym popołudniem i dosłownie wypadliśmy z samochodu na asfalt niewielkiego parkingu. Otoczyło nas słoneczne ciepło, pachnące ziołami i kurzem, cisza małego miasteczka w której gdzieś szemrała łagodnie woda. 

Zadzwoniliśmy do Naszych Francuzów. Okazało się, że jesteśmy prawie naprzeciw bramy ich domu i wreszcie wpadliśmy w ich zadowolone (nie wiedzieć czemu) objęcia.

Poniżej: dom Naszych Francuzów, przepięknie położony w dolinie wśród wzgórz, na skraju miasteczka:

Przywitały nas również psy naszych gospodarzy, trochę mniej zadowolone (nie wiedzieć czemu) – Pani Shoubie i Pan Bouchon. Później się zaprzyjaźniliśmy, ale początki były trudne:

Dogs of our hosts

Był 1 września 2015. I zaczęły się nasze wakacje.

Dzień piąty – szpanując na Sylt

Sylt jaki jest, każdy (każdy, kto kiedykolwiek interesował się choćby turystyką, o geografii Europy nie wspominając) widzi – podłużny, bogaty i bardzo piaszczysty z jednej strony. Jest miejscem szpanerskim, drogim i zawsze modnym, a wszyscy Niemcy, których znam chcieliby tam zamieszkać, oprócz 20 tys. które już tam mieszkają.

Na wyspę można się dostać tylko drogą powietrzną, promem albo pociągiem, który zabiera również samochody. My zostawiliśmy auto przed maleńkim dworcem:

Train station Niebull – on the road to Sylt

Bilet dla dwojga dorosłych plus wielki pies tam i z powrotem kosztował 25 euro (nie pies tam i z powrotem, tylko podróż), co jest kwotą ogromną, zwłaszcza za psa, który całą drogę leżał wystraszony pod ławką. Podróż trwała pół godziny i nie okazała się wstrząsająco interesująca. Wyskoczyliśmy na peron w Westerland. Cóż… ruchliwa ulica, taka nieciekawa. Taksówki, jakiś autobus, pies zaraz zrobił kupę na klombie przed budynkiem dworca.

Train station Westerland Sylt

To właśnie ten dworzec i TEN klombik, gdzie na szczęście były woreczki, co widać na załączonym powyżej obrazku. A na placu dworcowym – zielone ludziki:

Green People Westerland / Sylt

Zieloni turyści? Nie dowiedzieliśmy się, bo odkryliśmy drogę na plażę i plażę również:

Sea border Westerland / Sylt

Wstęp na plażę kosztuje 1,75 euro za osobę, pies się załapał za darmo. Nie wiem, czy ta cena obowiązuje również w latem. Dziś jest 12 marca, więc może załapaliśmy się na jakąś taniochę? Plaża jest wielka, morze piękne, ale to miasteczko jakoś tu nie pasuje. Wszystkie przepiękne domy, z których słynie Sylt są wszędzie, tylko nie w największym mieście wyspy. Tak wygląda Westerland od strony wysokich wydm:

Sylt / Westerland – view from the dunes

Od strony plaży wygląda to jeszcze bardziej nieodpowiednio. Hotele zupełnie nie pasują do klimatu wyspy i doprawdy nie wiem, czemu wszyscy chcą tu przyjechać:

Sylt / Westerland – hotels

Posiedzieliśmy na piasku, nawdychaliśmy się spalin ze spychaczy, ciężarówek i traktorów, które licznie nawiedzały dziś (?) plażę i postanowiliśmy wracać. Wracając nie mogliśmy ominąć szpanerskiej głównej ulicy, pełniącej rolę deptaku, promenady i w ogóle tutejszego Champs-Elisees. Hotele i restauracje, markowe sklepy i butiki, w bocznych uliczkach knajpki i niewielkie sklepy – wszystko to można znaleźć na tym niewielkim kawałku ziemi:

Sylt / Westerland

Wyobrażam sobie tłumy, które przewalają się tędy każdego dnia w „sezonie” i cieszę się, że zaliczyłam to przed sezonem i raz i wystarczy. A pomyśleć, że w 1804 żyło tu tylko ok. 430 mieszkańców. I komu to przeszkadzało?

Sylt / Westerland

Polonica: W latach 1951 – 1963 burmistrzem wyspy był zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth. Rząd RFN nigdy nie zgodził się na ekstradycję zbrodniarza, zamiast tego przyznając mu generalską rentę. Dopiero w 2014 roku na gmachu ratusza pojawiła się dwujęzyczna tablica o następującej treści:

Warszawa, 1 sierpnia 1944

Żołnierze  Polskiego  Państwa  podziemnego  przystępują  do  walki   przeciwko   niemieckiemu okupantowi

Powstanie zostaje stłumione przez reżim nazistowski

Ponad 150 000 osób zostaje zamordowanych, niezliczona jest liczba rannych i maltretowanych mężczyzn, kobiet i dzieci

Heinz Reinefarth, od 1951 do 1963 burmistrz Westerlandu, był jako dowódca grupy bojowej współodpowiedzialny za tę zbrodnię.

Zawstydzeni pochylamy się nad ofiarami z nadzieją na pojednanie.

W 70 rocznicę Powstania Warszawskiego

Dzień czwarty – zachwycając się Romo / Tatooine

Dziś jedziemy na północ, do Danii. Wielka wyprawa, całe 20 kilometrów, ale znalazłam kilka domów, które mnie zachwyciły, w których zakochałam się miłością czystą i niespełnioną zapewne. Miłość tak mnie skołowała, że nie zrobiłam żadnych zdjęć, ale jeśli lubicie stare (XVIII – XIX wiek) niewielkie domy kryte strzechą, z malutkimi okienkami na pięterku, z drewnianymi podłogami i prostymi meblami, przytulne, białe i słodkie, to zrozumiecie moje szaleństwo.

Pytamy znudzonego agenta jak daleko jest morze. Mówi, że 3 kilometry, ale prawdziwa plaża jest na wyspie Rømø, 20 kilometrów od domku. Jedziemy więc na wyspę. Prawie nie ma ruchu, niewiele zabudowań po drodze, ludzi wcale, chłodno, słonecznie i spokojnie. Przejeżdżamy przez dłuuuuuuuuugi most łączący Danię z wyspą, potem jeszcze kilka kilometrów na zachód, mijamy wydmy i wjeżdżamy na plażę. Tak, dosłownie wjeżdżamy na plażę:

Romo Island – Denmark

Otwiera się przed nami ogromna przestrzeń lśniąca złotem, bielą, żółcią i szarością. Największa połać piasku, jaką kiedykolwiek widziałam, no może poza kawałkiem Sahary. Daleko, daleko widać ciemną kreskę – tam zaczyna się morze:

Romo Island – Denmark

Niebo jest czyste, błękitne, a na tej wielkiej, świetlistej cudownej przestrzeni widać ludzi, samochody i latawce. I lśniące morze z białymi falami. I jest tak spokojnie…

Pamiętacie pustynną planetę Tatooine (tę, która ma dwa słońca, na której mieszkał Jabba the Hutt, na której wychowali się Anakin i Luke Skywalkerowie i gdzie przede wszystkim jest knajpa Mos Eisley,  w której Obi-Wan Kenobi i Luke spotkali Hana Solo i Chewbaccę)? Takie mam skojarzenie patrząc na tę … pustynną planetę:

Romo Island like Tatooine

No i jeszcze potomek gościa (boczna linia) zwanego Chewbacca:

Romo Island and Quattro

Zakochałam się w tej wyspie nie wiem po co. I tak trzeba wracać.

Romo Island – Denmark

Dzień trzeci – szukając chałupy

Już jakiś czas temu postanowiliśmy, że na emeryturze zamieszkamy w jakimś miłym kraju, w którym panuje swoboda światopoglądowa, gdzie panuje ogólna laicyzacja i zdrowy rozsądek. Postanowiliśmy zacząć od Niemiec, bo czemu nie? 

Zaopatrzeni w adresy i numery agentów od nieruchomości, z którymi poumawialiśmy się już tydzień wcześniej, wyruszyliśmy rano. Na południe. Pięć domów na zachodzie, jeden nad Bałtykiem, zwanym tutaj Ostsee.

Pierwszy dom był cudny, biało-niebieski:

Little house

Po pierwsze – tuż przy torach. Po drugie – malutki, mniej niż 70 m2. Po trzecie – pleśń, która siedzi w ścianach. Odpada.

Potem jest ciągle gorzej. Dom z pleśnią, dom tuż przy drodze krajowej, tam dach przecieka, a inny za duży, z kilkoma przybudówkami w malutkim ogrodzie, a inny wymaga strasznego remontu, a w naszej lidze trzeba się liczyć z każdym euro/groszem.

Jedziemy do Oldenburga, na wschodzie landu. To ostatni dom dzisiaj, więc liczymy na mały cud, że może wreszcie będzie coś fajnego. Dom jest duży, ładny, na wielkiej, zarośniętej działce, ma piękne podłogi, śmierdzi pleśnią, dach przecieka, agentka jest nieuprzejma, w sąsiedztwie mieszkają konie i śmierdzi, ale do plaży jest około 3 kilometry. Jedziemy więc na plażę

Baltic seaside in Germany

Kolor nieba jest wstrząsający i zapach morza, wodorostów i wakacji.

Baltic seaside – Germany

Prawie bezludne wydmy ciągnące się kilometrami i biały piasek z milionami kamieni. Fajnie byłoby tu mieszkać i chociaż raz w tygodniu iść i iść…

Wracamy. Po drodze odwiedzamy miasto Schleswig, ale jest zaniedbane i senne. 

Schlezwig town

Dzień drugi – Morze pełne Wattów

Niedziela. Trudno się ruszyć z domku naszego zastępczego. Wieje i jest zimno, mokro i ponuro, choć świeci słońce. Nawet pies chętnie wrócił ze spaceru. Pewnie słyszał o szeryfach tutejszych, strażnikach przyrody czy jak ich nazwać, którzy mają prawo zastrzelić psa, który biega bez smyczy dalej niż 200 metrów od domu. Hm… urzędnicy nawiedzeni.

Nasza gospodyni wpadła na kawcię i przez pół dnia opowiadała o życiu w Północnej Fryzji (bo tu właśnie jesteśmy). Okazało się, że ona też nie stąd, tylko z miasteczka oddalonego o 60 km. na wschód. Dowiedzieliśmy się, że mieszkają tu (jej mąż i 2 synów) od 10 lat i dopiero ostatnio sąsiedzi zaczęli im mówić „dzień dobry”. Dotąd byli tu nowi, a tutejsi nie ufają obcym. Co kraj to obyczaj, w Polsce w niektórych rejonach jest jeszcze gorzej.

Nasze szlachetne dupy ruszyliśmy dopiero po południu. Wypędził nas głównie apetyt na coś innego niż chińskie zupki, ale wszystkie sklepy były już zamknięte w najbliższym miasteczku zwanym Niebull. Odkryliśmy tam knajpę otwartą, do której pies nie bardzo chciał wejść, a my go nie posłuchaliśmy… To, co podano nam do jedzenia zrobione było z mrożonek i sosów z torebek… Pies miał rację, choć to on zjadł większość mojej porcji. 

Nabrawszy sił mieliśmy do wyboru – wracać do domku, czy wreszcie sprawdzić, co to jest Morze Wattowe, które wcale morzem nie jest. W każdym razie morze, które morzem nie jest ma 450 km długości, od wyspy Texel w Holandii do wyspy Fanø w Danii. Jest to najprościej ujmując obszar wodno-błotny, czasem bardziej wodny, a czasem bardziej błotny, o szerokości od 10 do 30 kilometrów. Czyli takim płytkim błotem można iść od 10 do 30 kilometrów w stronę morza i dopiero po przejściu tego dystansu natknąć się na normalne morze, takie jakie znamy z powieści o morzu – taka wielka woda z falami, statkami, syrenami i wilkami morskimi.

Najpierw widać wysoki nasyp, na który trzeba się wspiąć, żeby zobaczyć to:

Wattermeer

 Tu na horyzoncie widać prawdziwe morze. Plaża zrobiona jest z trawy, a piasek widać gdzieniegdzie wśród wodorostów i błota. Podejrzewam, że latem chyba tu pachnie gnijącymi wodorostami? Faktem jest, że cały ten obszar od Holandii po Danię to trzy wielkie Parki Narodowe – po jednym na każdy kraj.

Wattermeer

Szukaliśmy jeszcze tych Wattów, ale pewnie z powodu zapadającego mroku żadnego nie znaleźliśmy. 

Dzień pierwszy – jadąc i nudząc się

Jedziemy, jedziemy, jedziemy… Monotonia przerywana postojami na parkingach, z których to postojów najbardziej cieszy się pies, bo nowe zapachy i jakiś snaczek i zaznaczanie terytorium i można rozprostować ogonek i resztę. Wieje zimnem, jak to w marcu, nie chce się nawet wysiadać z samochodu. Jedziemy na północny wschód, mijamy Berlin z lewej, na południu zostawiamy Hamburg, a potem to już blisko – kilka godzin i przekraczamy granicę krainy zwanej Schleswig-Holstein. Jej historia jest równie skomplikowana co inne historie innych krajów, ale nie czas o tym pisać. 

Teraz jedziemy drogą nr 7 na Flensburg. Im dalej na północ, tym więcej podmokłych pól, długowłosych krów z wielkimi rogami i prześlicznych domów krytych strzechą:

To dla takich domków chciałam tu przyjechać, oprócz oczywiście wielu innych powodów. W każdym z tych domów chciałabym mieszkać, każdy z nich chciałabym mieć, pod warunkiem, że będzie mały i przytulny.

Zrobiło się trochę cieplej i mimo że jest pochmurno i mroczno, to pięknie oświetlone wioski i miasteczka po drodze dają jakiś świąteczny nastrój. A może mi się zdaje.

W każdym razie nie myślcie, że są tu tylko stare chałupy kryte strzechą. Są też takie kryte dachówką, gdzieniegdzie pojawiają się nowoczesne budynki typu szkło/aluminium, ale jakoś tak nie pasują do tych krów i ogólnie panującego spokoju. 

Z Flensburga skręcamy na zachód i następnych kilka godzin później, już po zmroku docieramy do naszego „domu daleko od domu”:

Maleństwo. Ale psu się podoba. Wokół ciemność i cisza, nie widać żadnych świateł, jakby nic nie było wokół. I pewnie nie ma. Ale słychać dzikie kaczki. Jutro niedziela, mamy tyle do zobaczenia, więc szybko spać.

Na północny zachód!

Jutro jedziemy, hurrrrraaaaaa!. Od dawna marazm mnie dopadł, a taki wyjazd jest jak doping i lepszy niż nowe kolczyki, albo nawet nowy stanik. I w dodatku jeszcze nigdy tam nie byliśmy, ani nawet ja nie byłam, ani Zbig, chociaż mieszkał w Niemczech jakieś 200 lat. Ooops, wydało się, jedziemy do Niemiec, ale na sam czubeczek, na sam północno-wschodni kraniuszek, zaraz, tuż obok legendarnej wyspy Sylt. No i do Danii też jedziemy. 

Jedziemy zobaczyć Morze Watowe (słyszeliście o takim?) i sprawdzić, czy to jest ewentualne miejsce do życia. Pierwszy raz będziemy mieszkać w wynajętym domku niedaleko plaży, której właściwie nie ma. I tez musimy sprawdzić co jest kiedy nie ma plaży.

Napiszę kiedy będę coś wiedzieć.

Sekretne życie blisko brzegu

W czasie odpływu ocean odkrywa swoje sekrety. W tej części świata Atlantyk może przypływać i odpływać nawet do wysokości 12 metrów, więc odpływ ukazujący dno oceanu sprawia, że możemy zobaczyć podwodne wspaniałości.

Low tide

Podwodne łąki pełne wodorostów, skorupiaków i pąkli. Pąkle to nadzwyczajne stworzenia – żyją przycupnięte nieruchomo na skałach, muszlach i wielorybach. Kiedy jest odpływ i jest sucho udają martwe, nie pozostawiając między swoją skorupą a podłożem żadnej szparki. Ale kiedy tylko poczują, że morze wraca podnoszą się, wpuszczając do środka wodę, z której filtrują pożywienie. 

Secret life of Ocean – Barnacles

Między pąklami leżą muszle skorupiaków wyglądających jak gałki oczne. Nie wiem, czy są zamieszkane, ale wolę nie sprawdzać, bo to nieuprzejme zaglądać do czyjegoś domu.

Secret life od Ocean – underwater landscape

Podwodna łąka i więcej oczu. Woda jest cudownie przezroczysta i nieruchoma. Mieszkańcy małego stawu w zagłębieniu skały czekają na powrót oceanu.

Secret life of Ocean

Wyglądają jak wielka kokarda z mniejszą kokardą. To czerwone to alga, która przywędrowała tu przed odpływem, a potem została na granitowej skale. Widać też kilka pąkli wtulonych w podłoże.

Secret life of Ocean – Bretagne

Algi to osobny rozdział przybrzeżnego życia tutaj. Wyglądają jak wstążki makaronu papardelle, jak małe, zielone krzaczki albo jak brązowe korale. Ten gość przybył z innej planety. Tak jak ten na dole:

Secret life of Ocean

Wiele rzeczy dziejących się tutaj jest dla mnie niewytłumaczalnych. Zapewne wyjaśnienie jest proste, ale nie spotkałam nikogo, kto umiałby wytłumaczyć powstanie takich śladów na piasku:

Secret life of Ocean – mistery of sand

Wiem, że te ślady zrobiła woda, malutkie falki zalewające leniwie gładki piasek i uciekające szybciutko do oceanu. Wiele kilometrów plaży miało takie wzorki. 

Sicret life of Ocean – sand’s spaghetti

Innego dnia na plaży pojawiło się takie zjawisko – piaskowe spaghetti. Pomyślałam najpierw, że to jakieś piaskowe dżdżownice, pojawiały się kiedy odpływała fala, wyłażąc długimi sznureczkami z piasku. Było ich tysiące, ciągle pojawiały się nowe na miejsce tych niszczonych przez fale. Rozgrzebałam obrzydlistwo paluchem, a to piasek! Nieznane formy życia istnieją i są śliczne.

Secret life of dunes – snail’s tree

Ślimakowe drzewo na wydmach. Takich drzew jest mnóstwo, a ślimaki-kwiaty są ich prawdziwą ozdobą. Nie udało nam się stwierdzić, czy ślimaki żyją, czy mają jakąś hierarchię, czy są to dla nich wieże obserwacyjne, czy rodzaj mieszkań komunalnych. Tyle pytań bez odpowiedzi 

Ile – Tudy

Powierzchnia 1,26 km2, populacja 691, nie licząc turystów. Maleńki cypelek z przylepionym do niego małym portem. 

Ile-Tudy – street

Małe domki stoją przy malutkich uliczkach. Wszystkie szlaki prowadzą nad morze. Tu widać kawałek portu od strony zachodniej. Po drugiej stronie widać stały ląd.

Street of Ile-Tudy

Z takich domeczków składa się całe miasteczko na wyspie, oprócz rynku, przy którym mieszczą się restauracje i hotel. Plac oblewa z dwóch stron słona woda, na której przy drewnianych pomostach cumują niewielkie jachty. Gdybyśmy poszli tą małą uliczką w prawo, wkrótce dotarlibyśmy na koniec miasteczka i znów wodę. 

Ile Tudy – Place with hotel and restaurant

Natomiast gdy pójdziemy prosto, to za kilka minut dojdziemy do kamiennego nabrzeża, chroniącego miasteczko przed sztormami i wielkimi falami.

Ile Tudy – lighthouse

Nie ma tu plaży, za to mieszka tu mnóstwo morskich ptaków i ludzi uprawiających kitesurfing. Do piaszczystej plaży trzeba iść w lewo, jakieś pół kilometra. Po drodze będziemy mijać kościół. Średniowieczny oczuwiście.

Typowo bretoński, granitowy kościół. Zbudowano go jednak w XVIII wieku, ale ten fakt jest starannie zakamuflowany – wygląda jakby pochodził z wieku XV, prawda?

Ile Tudy – church

Kościół – ciąg dalszy. Jak widać stoi „tyłkiem” do morza, zaraz za kościołem jest mały cmentarz.

Ile Tudy – church

Skręcamy w wąską uliczkę i odkrywamy to:

Ile Tudy – door detail

Mały detalik na drzwiach domu. Takie szczegóły też tworzą klimat miejsca, niestety niełatwo je zauważyć. Bardzo spodobało mi się też okno sklepu:

Ile-Tudy – shop window

INFO: Targ w Île-Tudy odbywa się w przez cały rok w poniedziałki rano na placu przed kościołem. Parkingi poza sezonem są bezpłatne. Trudno tu o zaopatrzenie, poza małym sklepikiem i kilkoma restauracjami nie ma niczego, gdzie możnaby kupić jedzenie. 

Pointe de la Torche

La Torche

To chyba najpiękniejsza plaża, na jakiej byłam. Biały piasek z maleńkimi kamyczkami, łagodnie zbiegający do oceanu. Plaża ciągnie się przez wiele kilometrów, można nią iść i iść. I ma jedną, niesamowitą cechę – po sezonie jest prawie pusta.

Pointe de la Torche

Od strony lądu osłaniają ją wysokie, piaszczyste wydmy, porośnięte trawami i niskimi, suchymi zaroślami. W okolicy nie ma wielu domów, ani hoteli. Obok parkingu jest kilka restauracji, głównie takich z naleśnikami. Przy parkingu jest też słynna szkoła surfingu „Twenty Nine”.

La Torche
La Torche – Dunes

Nie napisałam jeszcze, że cały ten raj należy do surferów. Na plaży obowiązuje absolutny zakaz kąpieli, bo można dostać dechą w głowę. Dozwolone są natomiast: surfing, windsurfing, kitesurfing i wszystkie inne formy tego sportu. Od 18 do 26 października 2014 (czyli już niedługo) na plaży La Torche odbędą się, jak co roku, Mistrzostwa Świata w windsurfingu. Jeszcze zdążycie!

La Torche – surfer

Wydmy przy plaży La Torche. Miejsce zwane Pointe de la Torche (bretońska nazwa: Beg an Dorchenn) to właściwie niewielki cypelek z granitowymi głazami i bunkrem z czasów wojny. Od tego miejsca w dwie strony rozciągają się te przepiękne plaże o kształcie półksiężyców. Jedna prowadzi do małej wioski (około 3 km), a druga, ciągnąca się jak Sahara, prowadzi gdzieś daleko, ale nie wiem gdzie.

La Torche & Quattro the Dog

Nasz samotny biały żagiel. Był bardzo szczęśliwy, bo mógł brodzić w płytkiej wodzie i uciekać przed falami. Widział małe rybki i próbował się bawić z każdym napotkanym psem, ale żaden nie chciał się z nim gadać. 

La Torche – Sun and Ocean

My też byliśmy szczęśliwi, bo szliśmy tą plażą i szliśmy i byliśmy szczęśliwi…