Nadchodzi noc, czyli żegnaj Arktyko

Czwartek, 21 czerwca

Słońce: zajdzie dzisiaj, a właściwie jutro 52 minuty po północy.

Tempertaura: 8° C, ani śladu słońca.

Pozycja: droga do Molde

ok. 14:00

Kolejny dzień na morzu. Lubię dni na morzu, bo można nic nie robić i jeść cały dzień, w przerwach czytać albo poznawać nowych ludzi. Ciągle natykam się na kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widziałam, ale kiedy w jednym miejscu jest ponad 2000 osób, to prawdopodobieństwo spotkania kogoś nowego jest ogromne. Większość pasażerów już się wyluzowała, nawet Chińczycy zaczęli się uśmiechać i mówić „dzień dobry”. 

Wielu ludzi przyjechało do Amsterdamu z odległych zakątków świata, żeby uczestniczyć w tym rejsie. Przyjechali specjalnie na ten rejs Australijczycy i Nowozelandczycy, Chińczycy i mieszkańcy Singapuru, RPA i para z Puerto Rico, nie wspominając o Jamajczykach, Amerykanach i silnej grupie Kanadyjczyków.

Załoga jest super i o ile nie są to drobne, wystraszone dziewczyny mające służbę w damskich toaletach, to każdy członek załogi jest zadowolony, kiedy może sobie pogadać i opowiedzieć swoją historię. A ja lubię słuchać…

Dzisiejszy brunch, czyli ściadanie z lunchem (breakfast+lunch).

Brunch at Celebrity Constellation

W każdym razie dziś „odbyło się” małe odstępstwo od rutyny: w największej statkowej restauracji San Marco organizowany był brunch. Spędziliśmy przy stole 4 godziny jedząc i gadając z japońsko-chińskim teamem z Singapuru i parą ze Szkocji o naszych krajach. Jeśli chodzi o moje wymagania, to Singapur zdecydowanie wygrał. Teraz już wiem, o co chodzi z tymi brunchami. Żarcie przerosło oczekiwania, wystrój sali, stołów, kelnerów był wspaniały, a towarzystwo… spokojnie wytrzymalibyśmy z nimi jeszcze ze 3 godziny.

ok. 16:00

Jak wiecie, przy każdej okazji wypatruję fontanny wody i wielkiego cielska. Siedziałam więc sobie na 10 pokładzie, penetrując wzrokiem powierzchnię morza i nagle wśród ciemnych fal zobaczyłam stado delfinów! Stado miało około 20 sztuk, były prawie czarne. Płynęły bardzo szybko z zachodu na wschód (oczywiście delfinem), wynurzały się tylko na chwilę, a potem było je widać przez moment tuż pod powierzchnią wody. Minęły statek od strony rufy, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, a wszystko to trwało kilkanaście sekund. Nie miałam pojęcia, że są tak szybkie, ale wiedziałam, że są piękne. Rzuciłam się do okna jęcząc z zachwytu, próbując wypatrzeć jakiegoś marudera, ale nie pojawiły się więcej. 

Przekroczyliśmy 66 stopień szerokości geograficznej północnej, czyli krąg polarny. Wraca lato.

ok. 17:30

Nareszcie słońce! Powierzchnia morza lśni jak wielka płachta brokatu. Wokół pustka. Po kilku dniach nieobecności słońce wyglada właśnie tak:

Pierwsza po północy, na wysokości Trondheim. Łowcy zachodów słońca wylegli na pokład:

Sunset on Polar Ring

Właśnie zaszło słońce. Pierwszy raz od tygodnia. Wróciła noc.

Sunset on Polar Ring

I zaszło:

Sunset on Polar Ring

Tajemnica szyfru, czyli dlaczego nie było nas na Nordkapp

71 ° 10′ 21” – na tej szerokości geograficznej leży North Cape, Nordkapp, Przylądek Północny. To mniej więcej połowa drogi między Oslo a Biegunem Północnym. Jeśli ktoś miał chociaż tróję z geografii, to zapewne pamięta, że jest to najdalej na północ wysunięty punkt Europy… ale to nieprawda. O jeden kilometr dalej na północ leży przylądek Knivskjellodden, ale ponieważ nie miał siły przebicia i odpowiedniej reklamy, a w dodatku widok z niego nie jest tak spektakularny, więc się nie załapał na atrakcję turystyczną.

View from Honnigsvag

Przylądek Północny, na który wiedzie podmorski tunel jest umieszczony” na 300-metrowym klifie, z którego przy dobrej pogodzie widać kawał Morza Barentsa. Trzeba być szczęściarzem, żeby trafić na dobrą pogodę, bo zwykle można zobaczyć tam mgłę, szczelnie otulającą wszystko, łącznie ze słynnym monumentem „Dzieci Ziemi”, zaprojektowany przez siedmioro dzieci z siedmiu zakątków świata (z Japonii, Tanzanii, Brazylii, Tajlandii, Włoch, Związku Radzieckiego i USA). Pomnik został wzniesiony w 1988 roku i symbolizuje Nadzieję, Radość, Zgodę i Przyjaźń. Jeśli go widać we mgle, to wygląda wspaniale.

Jeśli ma się szczęście, można zobaczyć stada reniferów, które płyną około kilometra, pokonując cieśninę łączącą ląd stały z wyspą Mageroy. Każdej wiosny (czyli w maju) przybywa ich tu około 5 tysięcy, żeby paść się na skalistej wyspie pełnej porostów i dzikich kwiatów, a we wrześniu wrócić na stały ląd.

Nordcapp – pomnik i mgła:

Nordcapp

Na klifie jest Nordkapphallen, centrum turystyczne otwarte cały rok. Można kupić tam pamiątki, zjeść posiłek w restauracji na 250 osób), szczycącej się najpiękniejszym widokiem na Ocean Arktyczny, jest coffee house (nie mylić z coffee shop) i poczta.

Nordkapp jest w odległości około 16 kilometrów od Honningsvåg i to była to odległość, której nie udało nam się pokonać. Bohaterem historii jest Zbig, który w momencie zaokrętowania został szczęśliwym posiadaczem, a właściwie dzierżawcą kajutowego sejfu. Otwierał go sobie i zamykał kilka razy dziennie, klepiąc przy tym jak pacierz „nie pomylić kombinacji, zwłaszcza kiedy się zamyka”. I pomylił. Najpierw nie chciał się przyznać, stojąc cichutko przed sezamem, usiłując odgadnąć zaklęcie. Trwało to długo, podejrzanie długo, więc w końcu się przyznał, że usiłuje wklepać dwie ostatnie cyfry, które pomylił. 

– Może poproszę kogoś z obsługi, żeby otworzył? – spytałam nieśmiało.                                   No co ty, jak?                                                                                                                  

– No na nogach. Pójdę do recepcji i powiem, że nie możemy otworzyć sejfu. Myślisz, że tobie pierwszemu się to przydarzyło? – próbuję go pocieszyć.                                                        

– Nie, jeszcze spróbuję.

Minęło kolejne 10 minut, zaczął mnie nawet wciągać film w pokładowej TV. Słyszę coraz głośniejsze pomruki, Zbig wyłania się z szafy i sugeruje, żebym jednak spytała w recepcji.

Po pięciu minutach przyszedł oficer z naszywką śruby okrętowej na pagonach, znaczy techniczny. Kartą magnetyczną otworzył sejf w dwie sekundy, ale na autobus na Nordkapp już nie zdążyliśmy.

Lapoński sklep w Honnigsvag:

Lapp shop in Honningsvag

INFO: Informacja turystyczna jest po prawej stronie nabrzeża w Honningsvag. Niedaleko stamtąd jest poczta przy ulicy Storgata.

KULINARIA: Główną atrakcją kulinarną jest stockfish, czyli suszona, niesolona ryba, zwykle dorsz. Popularne są też „cloudberries” (nie znam polskiego odpowiednika), owoce, które przypominają wyglądem jeżynę i malinę, ale są pomarańczowe.

Do widzenia Honningsvag:

Goodbye Honigsvag

ZAKUPY: w sklepach z pamiątkami warto kupić wyroby z wełny, w tym swetry, choć te ostatnie nie były za ciekawe. Lokalni artyści wykonują paski, buty, portfele ze skóry, rzeźby w kości i kamieniu. Na pewno będą kramy prowadzone przez lapońskie kobiety w tradycyjnych strojach. Można u nich kupić głównie skóry fok i reniferów, rogi i inne pozostałości zwierząt, małe rzeźbione kamyczki i lalki w lapońskich strojach. Wiele sklepów ma tabliczki „tax free”, a przed odjazdem można dostać zwrot podatku VAT w biurach w porcie, albo na lotnisku. 

Do widzenia Mageroy:

Bye, bye Mageroy

Honnigsvag, czyli życie na 71 N

ok. 16:00

Mimo że jest cieplej niż na Spitsbergenie, to jest zimniej. To sprawka wilgoci, mglistej, zimnej i szarej. Ginie w niej zieleń stromych wzgórz okalających miasteczko.

Zbig podziwia cuda motoryzacji – ski-doo (jak mówią w Kanadzie) itd. Sklep nazywa się „Przygody na 71* północ”.

Honnigsvag

Szalupa przybiła do pomostu prawie przy głównej ulicy. Z bliska Honningswåg nie wygląda już tak uroczo. Jest smutne i szare, składa się z jednej ulicy w której są dziury jak na polskich drogach, a kolorowe domki okazują się nie takie znów kolorowe. Czepiam się, ale jeśli przypływa tu w sezonie te 1000 statków wypełnionych ludźmi i jeśli co piąty z nich zostawi równowartość chociaż 5-ciu euro, to w tej osadzie zostaje co najmniej 5 milionów euro. Mogliby za 10 % tej kasy naprawić tynki, załatać drogę i pomalować paskudne plamy na murach chociaż od strony ulic(y). W niektórych oknach wiszą ładne firanki, stoją jakieś kwiatki czy figurki, a inne są zakryte jakimiś starymi narzutami i innymi paskudnymi szmatami. Miasto mogłoby też zainwestować w jakąś roślinność, bo mieszkańcy hodują w ogródkach chwasty i śmieci różnego pochodzenia.

Główna ulica w Honnigsvag:

Main street in Honnigsvag

Wygląda na to, że większość mieszkańców ma w dupie estetykę i strasznie mnie to wkurza, bo to naprawdę mogłoby być śliczne miasteczko. Ale może jestem spaczona i rozpieszczona przez zapierającą dech urodę niemieckich cudeniek średniowiecznej architektury, gdzie każdy szczegół jest dopieszczony do granic możliwości. A w tej północnej wizytówce Norwegii niewiele jest rzeczy, które uznałabym za zachwycające.  

Widok ze wzgórz otaczających Honnigsvag:

Ale za to już w porcie mają tu Arctico Ice Bar, gdzie alkohol jest najdroższy na świecie, ale za to wszystko jest zrobione z lodu pochodzącego z jezior Sapmi: bar, rzeźby, ekran do filmów, krzesła przykryte skórami, stoliki, kieliszki… W cenę biletu wliczone jest: termiczne, czerwone ubranko w formie peleryny z kapturem i dwa drinki… bezalkoholowe, w tym jeden w szklance z lodu, której nawet nie można zabrać na pamiątkę.

INFO: Arctico Ice Bar jest otwarty: od 1 kwietnia do 15 maja w godz. 11 – 16. Między 16 a 31 maja: 10-19. Między 1 czerwca a 15 sierpnia: 10-21. Między 16 a 31 sierpnia: 10-19:30. Od 1 września do 10 października: 11-15. Cena biletu dla dorosłych to 130,- NOK.

Idziemy główną ulicą w prawo. Mijamy sklepy z niezbędnymi dla mieszkańców rzeczami, kilka restauracji i oczywiście sklepy z pamiątkami. Zbig nie cierpi łażenia po sklepach, ale ponieważ jest okropnie zimno, więc łaskawie towarzyszy mi i odkrywa przepiękny, ręcznie tkany koc w stylizowane renifery, ale cena…

„Centrum” kończy się szybciutko, ulica staje się węższa i bardziej dziurawa. Po lewej stronie stoi biały kościółek odbudowany po pożarze w czasie II wojny.

Kościółek w Honnigsvag

Little church in Honnigsvag

Na stromym stoku wzgórza dostrzegam stado siwobiałych stworzeń.

– Owce! – oznajmiam radośnie, bo cieszy mnie każde napotkane żywe zwierzę w naturalnych warunkach.

– Owce? – nie dowierza Zbig, podążając wzrokiem za moim palcem, skierowanym wysoko na wzgórze.

– Nie owce? – dopada mnie wątpliwość, ale zaraz synapsy w moim mózgu połączyły się z odpowiednim ośrodkiem. – O matko, renifery!

Reindeers in Honnigsvag

Zostawiamy kościółek i pasące się stado i idziemy kilometr dalej, aż na kraniec miasteczka. Widok na zatokę jest przepiękny, o ile nie zahacza się wzrokiem o przydomowe ogródki (patrz wyżej). Renifery wlazły na szczyt i wkrótce zniknęły, więc koniec atrakcji. Mijamy przystań i idziemy w drugą stronę. Po lewej mijamy port i dochodzimy na drugi kraniec miasta, gdzie jest bardziej dziko i niestety kończy się chodnik.

Honnigsvag

Ponieważ my nie chcemy skończyć pod kołami quadów i autobusów, idziemy do portu – miejsca największych atrakcji i niezapomnianych wrażeń. 

Honnigsvag i dom przy zatoce:

Honnigsvag and house by the bay.

Przede wszystkim muzeum, gdzie jest jedno stanowisko z komputerem. Ale co tam muzeum! Port roi się od trolli, które zapewne nie zdążyły się schować przed światłem dnia i zamieniły się w kamień. I tak sobie stoją w centrum wielu norweskich miasteczek, dając się fotografować turystom.

Troll, jeden z kilku w porcie Honnigsvag

Honnigsvag and Mr. Troll

No i jest pomnik legendy – bohaterskiego psa Bamse (1937 – 22 lipiec 1944).

Bernardyn Bamse, (norweski Misiek) został powołany do służby na statku Thorodd wraz ze swoim panem, kapitanem Hafto przed inwazją niemiecką na Norwegię. Thorodd był jednym z 13 statków norweskiej floty, które po klęsce Norwegii zwiały do Wielkiej Brytanii. Wojnę statek spędził w Dundee, pływając jako trałowiec. Dokonania Bamse są niebagatelne: uratowanie tonącego marynarza, obrona innego przed napastnikiem uzbrojonym w nóż. Miał zwyczaj rozdzielania walczących marynarzy (opierał się łapami na ich ramionach i czekał, aż się uspokoją, a potem prowadził ich z powrotem na statek), zabierał z knajp marynarzy, którzy mieli zacząć wachtę. Do odleglejszych miejsc jeździł miejskim autobusem i załoga musiała się złożyć na bilet miesięczny dla niego. Załoga zrobił mu również hełm, ponieważ w czasie rejsów przebywał najchętniej przy działach.

Bohaterski Bamse w czapce marynarskiej

Bamse the Hero

Bamse zmarł na atak serca w porcie Montrose w Szkocji. Na pogrzebie żegnało go z honorami setki norweskich marynarzy, żołnierze alianccy, mieszkańcy Dundee i Montrose. Jego zdjęcie w zrobionej specjalnie dla niego marynarskiej czapce Royal Norwegian Navy znalazło się na bożonarodzeniowych i wielkanocnych pocztówkach wysyłanych „ku pokrzepieniu serc”.

Bamse na pomniku w Honningsvag patrzy na południowy-zachód, gdzie jego postać na pomniku w Montrose spogląda na północny-wschód… 

Honnigsvag, czyli najpółnocniejsze miasto świata

Środa, 20 czerwca

Słońce: 24 godziny nad horyzontem

Temperatura: 5 st. C, duże zachmurzenie i mgła jak śmietana

Pozycja: port Honningsvag, Norwegia

11:00

Reda portu Honnigsvag:

Honnigsvag Harbour

Od 7:00 stoimy na redzie w porcie Honningsvag. Niestety, nie było miejsca przy nabrzeżu, bo nazjeżdżało się turystów zewsząd. Naliczyłam 4 wielkie statki pasażerskie i kilka mniejszych. Czyli znów czeka nas podróż szalupą. Byłoby super, gdyby tylko tak bardzo nie śmierdziało spalinami.

Miasto wygląda ładnie z daleka. Leży sobie malowniczo na stromych, skalistych zboczach. Nie ma drzew, za to porosty są w pełnym rozkwicie. To nadaje okolicznym wzgórzom ciemnozielony odcień, który sprawia, że wyglądają bardziej gościnnie, niż są w rzeczywistości.

Wzgórza wokół Honnigsvag:

Hills around Honnigsvag

Honningsvag stało się miastem w 1996 roku. Stało się miastem, choć nie powinno się nim stać. Norweskie prawo nakazuje, aby miasto liczyło co najmniej 5.000 mieszkańców. Honningsvag ma ich o połowę mniej. Być może chodzi tu o liczbę turystów, którzy co roku odwiedzają Nordkapp, a jest ich takie mnóstwo, że potrzebują ponoć 1.000 statków rocznie, żeby tu przybyć. To czyni miasto jednym z najgorętszych miejsc północnej Europy.

A zaczęło się w XVI wieku, kiedy Richard Chancellor, angielski kapitan statku „Edward Bonaventure” szukał północnej drogi do Chin. Sztorm zapędził go w to miejsce (1553). Nazwał je North Cape. W 1599 roku odwiedził to miejsce Christian IV, król Danii, w 1795 Ludwik Filip, król Francji, w 1873 Oskar II, król Szwecji, zaraz po nim był cesarz Wilhelm II i niedługo potem król Syjamu Rama. A w 2012 jesteśmy my.

Tajemnicza wyspa Mageroy:

Honningsvag leży na wyspie Mageroy, na tej samej szerokości geograficznej co Syberia i Alaska, ale klimat jest tu dużo łagodniejszy. Całe to wybrzeże ogrzewane jest potężnym prądem Golfstrom i dzięki temu przy ujściu fiordów można tu np. hodować renifery. Latem temperatura może dochodzić do 20 stopni!!! 

Ale nie dzisiaj. Dziś jest zimno, mgliście i ponuro. 

c.d.n.

Na południe, czyli Przylądek Północny

Wtorek, 19 czerwca

Słońce: nad horyzontem

Temperatura: zimno

Pozycja: Morze Barentsa

4:20

Obudziło mnie kołysanie i skrzypienie statku. Przez zachlapany wodą bulaj/okno widać wielkie fale i chmury wody unoszone przez silny wiatr. Ale czy to już jest sztorm? Mój błędnik mówi, że tak, a rozum, że nie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to:

Way hay and up she rises, way hay and up she rises, way hay and up she rises early in the morning 

What will we do with a drunken sailor, what will we do with the drunken sailor, what will we do with the drunken sailor early in the morning?

Shave is belly with the rusty razor, shave his belly with the rusty razor, shave his belly with the rusty razor early in the morning.

Way hay and up she rises, way hay and up she risies, way hay and up she rises early in the morning.

Put him in the bed with the capitain’s daugther, put him in the bed with the capitain’s daugther, put him in the bed with the capitain’s daughter early in the morning.

Way hay and up she risies, way hay and up she risies, way hay and up she rises early in the morning…

Zaraz trzeba wstawać i iść szorować pokład.

8:10

Fale mniejsze, o tak. Za to mgła jak mleko. Statek buczy basem co kilkanaście minut i mam wrażenie, że słyszą go nawet w Nuuk. Ale mam też nadzieję, że ta trasa nie jest zbyt uczęszczana.

Póki co trzeba się najeść. Dziadek mawiał, że najedzony człowiek przeżyje łatwiej niż głodny. Niewątpliwie miał rację. 

Odkryłam jeszcze jedno miejsce do nażarcia się: dają tam gofry, pacakes i naleśniki, ale na szczęście! Na szczęście nie są fantastyczne! Można odpuścić i spokojnie zmieścić kolejnego croissant au chocolat.

Celebrity Constellation – jedna z rzeźb:

Celebrity Constellation – sculpture

ok. 12:00

Zaliczyliśmy lekcję salsy, ale nie jesteśmy usatysfakcjonowani. Chińczycy natomiast, którzy gremialnie i hurtowo uczą się klasycznych tańców są zawsze zadowoleni, mimo, że nie mają wyczucia rytmu. Nie to co my, sułtani merengue! Ponieważ jesteśmy zniechęceni do aktywności fizycznej, więc pora iść na 10 pokład i zobaczyć czy tak jak codziennie o tej porze będzie kuchnia azjatycka, pasty i pizze, oraz niewątpliwie rzecz jasna zupki, sałatki i kanapeczki jak marzenie.

ok. 21:20

Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi na Przylądek Północny. Temperatura około 5 stopni, wieje silny wiatr. Mgła się rozwiała, można zobaczyć horyzont. I walenie. Gdyby były.

Horyzont w drodze na Przylądek Północny:

Barents Sea

Kolacja dziś była „formal” i musiałam włożyć najbardziej rozciągliwą kieckę. To, co robią tu z żarciem przechodzi moje wyobrażenia o kulinarnych cudach. Dziś: krem z selera z karmelizowanym jabłkiem, canelloni z kozim serem i pistacjowe clafoutis z brzoskwiniami. 

Zbig gra w ruletę, czy bakarata w kasynie:

Zaliczyliśmy też występy młodych ludzi w Teatrze Celebrity Constellation. Wolałabym w tym czasie pospacerować, ale Zbig zapałał ostatnio miłością do kultury tzw. wysokiej i nie za bardzo chce odpuścić codzienne przedstawienia. Niech będzie. Ja dziś byłam na lekcji składania serwetek i na wykładzie o nawigacji. O kompasie wiem wszystko, więc heya Norge!

Longyearbyen c.d.

Pieszo od Muzeum do portu idziemy około 15 minut. Trwałoby to krócej, ale muszę wszędzie zajrzeć. Poza widzianym już wcześniej bałaganem odkrywam sklep z rogami reniferów, pilnowany przez dwa psy, które na razie mnie olewają, ale nie wiadomo kiedy im podpadnę.

Węgiel i rogi reniferów – kwintesencja Spitsbergen:

Coal and reindeer horns – all we want from Spitsbergen

Jest ciepło, mimo że jest zimno. Ponieważ nie ma wiatru i słońce zdecydowało się przebić przez mgliste chmury, więc nie marzniemy, ale gdzieniegdzie błyszczy szron. Zwykle wyobrażamy sobie Północ tak, jak pisywał o niej Jack London (np. w powieści „Bellew Zawierucha” – kiedy ktoś splunął, ślina zamarzała z trzaskiem w powietrzu). Mimo tego, że Longyearbyen jest dalej na północ niż Klondike, to średnie temperatury nie są bardzo niskie: w styczniu to pomiędzy -13 a -20 stopni C. Nie sądzę, żeby w tych warunkach cokolwiek zamarzało w ciągu sekundy. Wiele lat mieszkałam w Kanadzie i zima była tam o wiele sroższa. Wprawdzie nie próbowałam pluć na mrozie, ale oczy czasem zamarzały…

Coś dla miłośników Formuły 1 – Pole Position:

Spitsbergen – Pole Position

Mimo, że nie można tu liczyć na ekstremalne temperatury jak na Yukonie, to na pewno warto tu przyjechać zimą, żeby posłuchać śpiewu zorzy polarnej. Aurora borealis (czyli zorza polarna północna, bo ta na południu nazywa się aurora australis) jest na mojej krótkiej liście „rzeczy, które trzeba zobaczyć przed śmiercią”. Oczywiście zorzę można zobaczyć dużo dalej na południe, ale tutaj, w tej osadzie, w czasie trwającej 24 godziny na dobę nocy na pewno ma to większy urok.

Już widać nasz statek, gdzie czeka na nas gorąca czekolada serwowana w każdym porcie jeszcze przed wejściem na trap/szalupę. Idziemy jeszcze na kraniec miasta, żeby zrobić sobie zdjęcie przed najsłynniejszym znakiem drogowym na świecie. 

Tu kończy się Longyearbyen, a zaczyna Północ:

Me and Zbig and the most famous road sign in the world

Motto Longyearbyen to: „unique, secure and creative”. Myślę, że bardzo trafione. Mimo całej brzydoty tego miejsca i trudnych warunków chciałabym pomieszkać tu trochę. To miasto lepiej wygląda w nocy…

ok. 20:00

Odpłynęliśmy o 19:00. Mgła znowu ogarnęła fiord. Teraz płyniemy na południe, na Przylądek Północny. Do przepłynięcia 534 mile morskie.

Żegnaj Longyearbyen:

Good by Longyearbyen

Tu kończy się Isfjorden, dalej tylko Morze Grenlandzkie.

Wypływamy z Isfjorden:

Isfjorden

Coraz dalej i dalej…

We are not alone

Żegnaj Svalbard:

Good by Svalbard

Żegnaj Longyearbyen. Żegnaj Spitsbergen. Żegnaj Arktyko. Przed nami Honningsvag.

Longyearbyen c.d.

c.d.

Kilka kilometrów od Longyearbyen jest Basecamp Trapper’s Station. Jest to miejsce, gdzie można poczuć klimat czasów, w których dobry psi zaprzęg był kluczową sprawą dla przetrwania podróżnika, czy trapera.

Przyczepa do przewozu psów:

Dog trailer in Spitsbergen

Można tam zobaczyć jak wyglądało życie myśliwych i ich psów. Psów mieszka tam ponoć 90, ale nie ma możliwości się z nimi zaprzyjaźnić. Rasy pierwotne nie łaszą się do obcych.

Jest tam kilka chatek, gdzie można spędzić na przykład miesiąc miodowy w towarzystwie martwych zwierząt, a właściwie ich skór. Nie jest to miejsce dla fundamentalistycznych estetów, bo wygląda to dosyć przaśnie, ale w noc polarną na pewno ma swój urok. Można też stamtąd wyruszyć na wyprawę psim zaprzęgiem, zimą na płozach, latem na kołach, na cały dzień (8 godzin), lub na pół dnia (4 godziny), ale też na trzy, lub siedem dni, na prawdziwą, arktyczną wyprawę. Ceny od 950,- NOK (ok. 530,- PLN) za pół dnia, do 29.900,- NOK (ok. 16.800 PLN) za 7-dniową wyprawę pod hasłem „Dead or the west coast”. Są to słowa legendarnego podróżnika Fridtjov Nansena, ale … hm… sama nie wiem. Nie ma jeszcze jakiejś innej alternatywy?

Ale trzeba wrócić do codzienności w Longyearbyen, a nie mam pojęcia jak wygląda codzienność żyjących tu ludzi. Dzieci wracają ze szkoły z plecakami, najczęściej na rowerach. Para na oko 40-letnia wraca ze sklepu z zakupami. Dwie kobiety rozmawiają przed sklepem, kilku młodzieńców siedzi przed pizzerią, jakiś młody człowiek grzebie w silniku swojego skutera śnieżnego. Właściwie tak jak w każdym małym miasteczku na świecie, no może poza tym, że pod koniec czerwca wszyscy mają na sobie zimowe kurtki (nie wiem w czym w takim razie chodzą w zimie) i tym skuterem śnieżnym…

Parking przed blokiem mieszkalnym:

Car/ ski-doo parkng

Tak, problem zbyt rozdmuchanej motoryzacji nijak się ma do Longyearbyen. Przed „blokami” parkują głównie „snowmobiles”, niektóre z potężnymi silnikami. Samochody są, głównie SUV i wielkie pick-up, trochę osobowych, ale nie wygląda na to, żeby nie mieli gdzie zaparkować przed bankiem czy pocztą w centrum. Wiodąca marka to Toyota.

Parking przed blokami:

Parking lots

CIEKAWOSTKA: w Longyearbyen nie ma przestępstw!

Pora ruszać do Svalbard Museum. Jest to ogromny, brunatny budynek prawie nad brzegiem fiordu, w północnej części miasta. Jak to w muzeum – artefakty dotyczące kultury materialnej ludzi zamieszkujących Svalbard, historia wielorybnictwa i górnictwa, flora i fauna archipelagu, ta ostatnia w postaci wypchanej. To mnie zresztą odstraszyło skutecznie – przy wejściu na sale ekspozycyjne stoi wielka głowa morsa i patrzy z wyrzutem.

Fiord i Svalbard Museum:

Fjord and Svalbard Museum

Slalbard Museum z innej perspektywy i znak drogowy dot. skuterów śnieżnych:

Svalbard Museum

Ale w hallu można się ogrzać, skorzystać z toalety (sic!), obejrzeć filmy o przyrodzie Svalbardu, kupić książki w różnych językach, mapy, plakaty, kubki, pocztówki, zdjęcia, skóry różnych biedaków, breloczki i inne rzeczy, które prawdziwy turysta kupić musi.

INFO: muzeum jest otwarte od 10:00 do 17:00. Cena biletu – 75,- NOK (ok. 12,50,- Euro). Akceptują wszystkie karty kredytowe, euro i dolary US.

W tym samym budynku mieści się Centrum Uniwersyteckie, Norweski Instytut Polarny i Środowiskowe Centrum Informacyjne.

Wracamy do domu, czyli na statek. Przynajmniej nie ma obawy, że zrobi się ciemno i nie trafimy z powrotem…

Po drodze dokonuję niespodziewanego odkrycia:

A flower in Spitsbergen

Longyearbyen c.d

18 czerwca, poniedziałek

W Longyearbyen żyją i pracują bardzo specyficzni ludzie, którzy przez pół roku żyją w ciemnościach polarnej nocy, rozświetlanej tylko księżycem i zorzami polarnymi, a przez pół roku w 24-godzinnym blasku słońca. Wiele okien w domach jest zasłoniętych folią odblaskową, taką jaką stosuje się na przednich szybach samochodów w obronie przed słońcem.

Prawie centrum Longyearbyen:

Longyearbyen center

Wracając do mieszkańców miasta… Ich liczba to około 2040 osób. 40% to Norwegowie, a około 16% to Tajlandczycy (lub Tajowie, niespodzianka), Szwedzi, Duńczycy, Niemcy i Rosjanie. Polaków naliczono 10-ciu (dane z 2010). 60% to mężczyźni, a przedział wiekowy to średnio 25 – 44 lat i prawie nie ma osób powyżej 66-go roku życia. Ciekawe jest to, że średnia długość pobytu w mieście to 4,3 roku dla obcokrajowców i 6,6 dla Norwegów. I kto tu jest Wikingiem?

Smutne jest to, że średnio w gospodarstwie domowym żyje 1,6 osoby. Muszą być nieźle samotni… Za to są bardzo wyedukowani – 54 procent z nich ma wyższe wykształcenie. Średnia kobiet to 40% z wyższym wykształceniem. 

Wszyscy ci samotni, mądrzy i młodzi ludzie mieszkają w dwupiętrowych domach-blokach, trochę przypominających baraki, lub w jednopiętrowych chatach. Niektóre są pomalowane na kolor bordowy, inne na niebiesko, jeszcze inne na zielono. Nie są radosnymi plamami rozświetlającymi krajobraz. Są ponure i czasem prawie ich nie widać na tle ciemnej ziemi. Zimą na pewno wyglądają lepiej, kiedy wokół jest jasno od śniegu i światła księżyca w pełni.

Domek jednorodzinny w Longyearbyen:

Typical house in Longyearbyen

Wszystkie domy stoją na palach. Nie takich jak w Wenecji, bo są krótsze i nie tak grube, ale nie da się tego ukryć  – stoją na palach. Te „fundamenty” są sprytnie osłonięte drewnianymi deskami, ale i tak można zobaczyć wodę, w której te pale stoją. Nie dziwię się – przy wielkich ilościach wody, jaka wiosną spływa z lodowców nie ma mowy o trzymaniu kompotu i ziemniaków w piwnicy.

Domy na palach:

Houses on stilts – Longyearbyen

INFO: hotele w Longyearbyen nie są tanie. Najtańszy pokój dwuosobowy to około 950 pln, na szczęście ze śniadaniem. Średnio trzeba zapłacić 1500 pln, ale droższe też się znajdą. Hotele są tak nieliczne, że nie muszą się obawiać konkurencji, ale też nie narzekają na brak gości, więc czasem lepiej rezerwować z wyprzedzeniem.

CIEKAWOSTKA: niedaleko Longyearbyen jest niesamowite miejsce: Svalbard Global Seed Vault, czyli Globalny Bank Nasion. W tunelu wydrążony w wiecznej zmarzlinie umieszczonych jest 20 milionów jadalnych nasion. Przechowywane są na wypadek globalnego kryzysu, choć jeśli kryzys byłby naprawdę globalny, to nikt do tych nasion nie dotrze, nie mówiąc już o ich posadzeniu. Budowa rozpoczęła się w czerwcu 2006 roku. Placówka została sfinansowana przez rząd Norwegii. Wiele państw wysyła tu „swoje” nasiona, a za ich przechowywanie nie pobiera się opłat. Ziarenka mogą w tych warunkach wytrzymać nawet tysiące lat.

c.d.n.

Dzika północ, czyli Longyearbyen

Pozycja: 78 stopni 13 minut nord

tempertura: 3 stopnie C

ok. 16:00

Z portu do miasta jest około 2 km. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo zaoszczędzilibyśmy 10 dolców. Ale dla kogoś, kto ma ciężką astmę przebycie tej drogi pieszo jest niewskazane – może zostać zabity przez kurz. Kurzy się zewsząd: ze skalistych, czarno-brunatnych zboczy, z poboczy wysypanych żwirem i małymi kawałkami węgla, z okolicznych „łąk”, które porastają suche trawki, którymi mogłyby się nakarmić tylko wielbłądy, bo co do reniferów nie jestem pewna. Wzdłuż drogi stoją dziesiątki piętrowych baraków o nieciekawej architekturze, która niestety dominuje w szaro-brązowym krajobrazie. W budynkach mieszczą się firmy, a przed budynkami panuje bałagan – porozrzucane drewniane belki drewniane, porzucone betonowe słupy, pojemniki na oleje i inne substancje płynne, jakieś beczki, kontenery na śmieci… Wiem, że tu się pracuje, ale naprawdę nikomu nie zależy?

Wiosenne łąki. To malutkie, białe to ptak:

Little, white bird on spring meadows – Longyearbyen

Docieramy do centrum Longyearbyen. Robi wrażenie, choć nie mogę się zdecydować jakie to wrażenie. Po pierwsze brak zieleni, nie licząc zieleni drewnianych domów. Skąd biorą drewno na budowę, skoro nie rośnie tu nic oprócz porostów? Chyba jednak wszystko muszą sprowadzać, oprócz skór reniferów, które leżą biedne na stołach i ławach przed sklepami. Myślę, że te sklepy z pamiątkami to pamiątki po reniferach.

Sklepy, sklepy na głównej ulicy w Longyearbyen

Main street in Longyearbyen

Przez miasteczko płynie strumień, zwany Longyearelva – teraz zamieniony w cienką stróżkę, w której walają się plastikowe odpadki, papiery, a obok biegną niczym nie osłonięte rury. Nie robi to dobrego wrażenia, chyba, że ktoś bardzo, bardzo lubi przemysłowe krajobrazy.  

Nie wiem co powiedzieć:

City center, Longyearbyen

Po drugiej stronie strumienia, w stronę portu, na niewielkim wzgórzu jest słynny kościół. Nie ma wspaniałych renesansowych malowideł czy rzeźb, nie ma wielkich organów i żaden wielki król nie został tu namaszczony. Jest skromny, surowy (można? można!) i od ponad 70 lat jest najbardziej wysuniętym kościołem na północ. I pewnie tak zostanie.

Centrum Longyearbyen. W oddali kościół:

Longyearbyen center with famous church in the distance

No i jest wielki niedźwiedź polarny, z którym każdy turysta robi sobie zdjęcie. Powiedziano nam, że w razie spotkania z prawdziwym niedźwiedziem raczej nie musimy uciekać – i tak nas dogoni i zabije. Wiele osób nosi broń, w tym długie karabiny z wąską lufą.

Napis w tutejszym supermarkecie:

In the local supermarket

Właściwie przestrzegają przed wychodzeniem z miasta bez broni odstraszającej niedźwiedzie i bez doświadczenia pozwalającego tej broni użyć. Zamierzam bardzo przestrzegać tych zaleceń.

Słodki miś, który gdyby był żywy, pożarłby mnie z kościami:

I kissed a bear. Polar bear

W sklepach są głównie pamiątki: oprócz skór i rogów można kupić wyroby z wełny, polarne kurtki, nie polarne piżamy, straszliwe drzeworyty z sylwetkami zwierząt i inne rzeczy niezbędne do ekspedycji na Biegun Północny. Ceny są kosmiczne, ale satysfakcja z kupienia czegoś na Spitsbergenie – bezcenna. W dodatku wszystko „made in Norway”.

INFO: sklepy z pamiątkami są otwarte od 10:00 do 17:00, w soboty od 10:00 do 14:00, ale mogą być otwarte np. tylko od 1 czerwca do 15 sierpnia. Jeden z największych sklepów, Svalbardbutikken jest otwarty od 10:00 do 20:00, w sobotę do 18:00, w niedzielę od 15:00 do 18:00 przez cały rok.

Na głównej ulicy, jak na każdej głównej ulicy mieszczą się najważniejsze instytucje konieczne do funkcjonowania miasteczka. Puby są na pewno, jest też kilka restauracji. W barze można zjeść najdalej wysuniętą na północ pizze albo kebab, w restauracji – norweską czarną gęś, lub pulpety z renifera. 

Jest też bank, biblioteka, przedszkole ze smutnymi słoneczkami wymalowanymi na szybach. Naprzeciwko remiza strażacka. Na wschodnim skraju jest wyciąg narciarski, latem nieczynny z wiadomych względów.

Przy głównej ulicy jest też pomnik górnika – nie jakiś monument, ale niewielka postać zmęczonego człowieka, który z kilofem w ręku wraca do domu. 

Pomnik górnika na głównej ulicy w Longyearbyen

Statue of coal miner – main street in Longyearbyen

c.d.n.

Bykaia, czyli wrota Spitsbergenu

Poniedziałek, 18 czerwca

Słońce nad horyzontem

Temperatura: zero

Pozycja: Adventfjorden, archipelag Svalbard ( czyli „zimne wybrzeże”), wyspa Spitsbergen

Ok. 6:30

Przed 5 rano wpłynęliśmy do do fiordu Isfjorden o długości 107 kilometrów, co czyni go drugim co do wielkości fiordem na wyspie Spitsbergen. Chmury wiszą tak nisko, że nie widać szczytów nagich, stromych, czarnych gór. Powierzchnia wody jest gładka, czyli nie ma wiatru. Nawet ptaki się jeszcze nie obudziły, bo nie ma ani jednego. Chyba, że mają jakieś obfitsze poranne pastwiska.

Ponure wody Isfjorden. Jest około 5 rano, wszyscy jeszcze śpią, ale na mostku ktoś czuwa?

5 a.m., Isfjorden.

Strome zbocza Spitsbergenu:

Spitsbergen and it’s steep hills

Mijamy małe przystanie kutrów i coś, co wygląda na manufaktury do przetwarzania ryb i małe doki. Jest bardzo cicho, jakbyśmy płynęli przez martwe wody.

Trawlers in Adventfjorden

Zbliżamy się do portu Bykaia, Adventfjorden:

Port Bykaia, the gate of Spitsbergen

Ciekawe jaką pogodę miał John Munroe Longyear, kiedy latem 1901 roku przybył jako turysta na Spitsbergen, gdzie właśnie odkryto pokłady węgla. John wraz z przyjacielem Frederickiem Ayer (teść gen. Pattona, notabene) kupili norweską firmę górniczą i w 1905 założyli Arctic Coal Company z siedzibą w Bostonie, Massachusetts. Górnicy pochodzący głównie z Norwegii i Szwecji, żyjąc w bardzo ciężkich warunkach wybudowali osadę, w której osiedliło się 500 osób. Potem osada, zwana Longyear City rozrosła się i dzisiaj jest centrum administracyjnym i handlowym z 2040 mieszkańcami, zatrudnionymi głównie w górnictwie węgla, w arktycznych ośrodkach akademickich i badawczych i przemyśle turystycznym. Teraz miasto nazywa się Longyearbyen i niedługo się w nim znajdziemy.

ok. 9:00

Właśnie przycumowaliśmy w porcie Bykaia w Adventfjorden. Byłam w wielu portach, ale ten jest jakiś… mały. I wydaje się… zabałaganiony. 

Na zboczu góry, przy której jest port widać słupy kolejki i wagoniki do transportu węgla. A swoją drogą… jeśli tu jest węgiel, to znaczy, że kiedyś musiały być tu wielkie drzewa i o wiele wyższe temperatury. Hm, czy ktoś na to już wpadł przede mną?

Mały kuter (?) ciągnie cumę naszego statku na brzeg:

Small ship is draging a rope for moor our ship

Port z bliska. Właśnie zacumowaliśmy:

Z okna na 10 pokładzie widzę też dwie budy dla psów. Kundelki leżą na dachach swoich domów i nie robi na nich wrażenia nasz okręt – znowu najwyższy budynek w mieście. Port wygląda na wymarły, czasem tylko podjeżdża jakaś furgonetka. Niedługo powinny pojawić się autokary, które mają nas zawieźć do centrum Longyearbyen. Cena biletu: 5$.

Zbig karmi fiordy, żeby mógł sie potem chwalić, że jadły mu z ręki:

Zbig and fjord

Przy okazji wypatrzyłam kogoś z załogi, kto wyprowadza małego, białego pieska na spacer. Już jakiś czas temu słyszałam szczekanie w części pokładu należącym do załogi, ale kiedy kogoś o to spytałam, to oczywiście zaprzeczył. Nie mówcie nic kapitanowi, a jeśli chodzi o mnie, to nie mam nic przeciwko zwierzętom na statku, pod warunkiem, że nie są to szczury.

10:00

Zbig nakarmił fiord i nie pozostaje nam nic innego, jak wyruszyć. Słońce zaczyna znajdować sobie małe otworki w chmurach. To będzie piękny dzień.

c.d.n