Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Kiedyś, nie tak dawno, Aigues Mortes leżały nad morzem. Ten fakt zdeterminował rolę miasta w tych nie tak dawnych czasach. Czasy były XIII wieczne, we Francji rządził król Ludwik IX, który jak większość ówczesnych władców, szlachty, chłopów, przedstawicieli zakonów, żebraków i mieszczan postanowił zniszczyć życie sobie i tysiącom innowierców, żyjących spokojnie w mieście Jerozolima i okolicach. W tym celu wybudował port / twierdzę, nazwał ją Aigues Mortes, zgromadził flotę i setki takich samych idiotów jak on i wyruszył do Ziemi Świętej na siódmą krucjatę w roku 1248.
Poniżej: w średniowieczu tu było już morze. W oddali widać góry soli.
W Ziemi Świetej nic nie zwojował, przez cztery lata siedział w egipskiej niewoli, ale niczego nie pojął i kilka lat później, w 1270 roku wyruszył na ósmą wyprawę krzyżową do Tunisu. Wtedy los już nie był łaskawy – Śmierć przyszedł po niego pod postacią dezynterii i tak skończyła się wielka wyprawa.
Ludwik, jak wielu innych morderców i dręczycieli został świętym kościoła katolickiego. Oprócz najeżdżania innych narodów, dodatkowym kryterium było zapewne jedenaścioro dzieci, które spłodził, ale to już zupełnie inna historia.
Zwróćcie uwagę na wieżę wznoszącą się wysoko nad murami obronnymi. Jest częścią frotyfikacji miasta, którą to fortyfikację uważano za jedną z najlepszych w Europie. Mury wieży mają 6 metrów grubości! Początkowo wieża służyła jako miejsce do konsekracji rycerzy zakonu Templariuszy, a później jako więzienie, zwłaszcza w okresie wojen religijnych jako miejsce uwięzienia hugonockich kobiet.
W XV wieku morze zupełnie „odsunęło się” od murów miasta. Port był dla Aigues Mortes sprawą życia i śmierci, więc miasto podupadło, ludność z 15 000 zmniejszyła się do 5 000. W XIX wieku w mieście mieszkało zaledwie 2 500 ludzi, obecnie stałych mieszkańców jest około 8 000.
Powyżej jeszcze jeden średniowieczny obiekt: kościół świętego Louis’a, tak naprawdę pod wezwaniem Notre Dame des Sablons.
W języku oksytańskim (u nas nazywanym prowansalskim, choć najberdziej przypomina kataloński) Aigues Mortes oznacza Martwe Wody, bo jak ma się nazywać mała, średniowieczna twierdza leżąca na skrzyżowaniu dwóch kanałów, wyrastająca w samym sercu bagien Camargue? W sezonie miasto napakowane jest turystami, którzy wiedzeni owczym pędem (niezależnie od narodowości) przechodzą z parkingów przez główną bramę:
Potem idą główną ulicą pełną sklepów różnej maści, choć głównie są to sklepy z pamiątkami, w których króluje lawenda w postaci mydeł, perfum, haftów, suszów, poduszeczek, wianuszków, świec, malunkach na wszystkim oraz lawendy par excellence. Poza tym mija się po drodze lodziarnie z (a jakze) lodami lawendowymi (Zbigowi smakowały, ja oddałam mu swoją porcję, bo dla mnie były łe), kaafejki, kilka sklepów z odzieżą dla turystów, bo normalny człowiek w tym badziewiu nie chodzi. Po drodze trzeba kupić kawał lokalnego nugatu:
Spacer zwykle kończy się na głównym placu w jednej z kilku restauracji z bardzo zwyczajnym jedzeniem. Restauracja z lewej strony:
Restauracja z prawej strony:
I środek placu, na którym ja, nasi Francuzi (Francoise i Christian) i oczywiście król (święty) Louis IX.
Ale o znienawidzonym przeze mnie królu i do tego świętym następnym razem.
P.S.Kunszt kulinarny regionu ukrywa się w bocznych uliczka i cienistych zaułkach.
Camargue to kraina pełna wody. Poprzecinana kanałami, większymi i mniejszymi dopływami Rodanu i jeszcze do tego wielkimi kawałami bagien pełna jest wodnych stworzeń. Jedziemy właśnie do Saintes-Maries-de la Mer mijając mieszkalne barki na jednym z kanałów:
Mieszkanie na barce jest na pewno bardzo romantyczne i wielu ludzi chciałoby mieć taki dom i zostać jednym z takich wodnych stworzeń. Koszty życia są na pewno niższe niż na stałym lądzie, ale gdzie uciec przed komarami?
Celem podróży jest Le Fangassier – jedyne miejsce we Francji, gdzie żyją i rozmnażają się (!) różowe flamingi:
Są najwyższymi ptakami brodzącymi w Camargue – mierzą od 1,40 do 1,60 m. Para składa tylko 1 jajo rocznie i jak łatwo policzyć ma tylko jedno dziecko.
Kolonie flamingów (różowych) powstały, kiedy ptaki przez tysiąclecia odlatujące na zimę do Afryki doszły do wniosku, że Afryka jest jednak daleko, a tu w tej krainie zwanej przez ludzi Camargue zima wcale nie jest taka zła. W słonawych wodach żyje mnóstwo alg, na których żerują małe, różowe kraby (Artemia salina), nie tylko pożywne i pyszne, ale jeszcze nadające flamingowym piórom różowy odcień. Więc po co wędrować dalej?
Niestety, bagna i laguny Camargue niszczeją. Długoletni brak opadów spowodował, że poziom wód jest za niski i nie tylko ptaki, ale i inne stworzenia często nie znajdują odpowiedniej ilości jedzenia, bądż ich siedliska nie są już tak bezpieczne. Wprawdzie cały obszar Camargue to wielki park prawnie chroniony, ale mimo że ludzie tym razem nie wnoszą wielu zmian w tamtejszy ekosystem, to zmiany klimatyczne na pewno nie będą łaskawe dla tej cudownej krainy.
Spotkaliśmy jeszcze jedno wodne zwierzę zamieszkujące ten obszar. Nie mamy pewności kim jest ten duży gryzoń, ale myślimy, że to Pani Nutria. Kto wie, niech powie.
Jak już wiecie, dopłynęliśmy do brzegu, na którym czekali na nas „menadierzy” – jeźdźcy na białych koniach.
White horse from Camargue
Konie i jeźdźcy stoją spokojnie, czekając aż przejdziemy kilkaset metrów przez błotniste kałuże i dotrzemy na pastwisko.
White horses from Camargue
Ich zadaniem jest wyodrębnić ze stada przywódcę, odseparować go i zagonić w odpowiednie miejsce. Reszta byków podąża za przywódcą, który dla nas wyróżnia się tylko dzwonkiem na szyi, zwanym „simbeu”.
Camargue bulls
Byk jaki jest każdy widzi, ale te są zupełnie inne, niż hiszpańskie, które ważą od 500 do 700 kilogramów i mają rogi skierowane ku dołowi. Te, które widzimy ważą od 30 do 400 kilogramów, a ich rogi celują w górę, układając się na kształt liry.
Byki z Camargue są szczęściarzami. Ich biedni kuzyni z Hiszpanii widzą arenę tylko raz, zanim umrą (dlaczego Hiszpanie nie chcą zrezygnować z tej obrzydliwej, okrutnej i barbarzyńskiej „tradycji”?). Tutejsze byki są całkowicie bezpieczne i chyba mają dużo zabawy w czasie bezkrwawego „course camarguaise”.
Byki, które widzimy mają od 2 do 13 lat, dożywają do 16. Zdarza się, że przez całe życie nie widzą ani jednej krowy. W ten sposób dba się o ich spokój i odstresowanie, bo nie walczą o samice, nie ranią się i nie tracą energii na jakieś tam bycze życie rodzinne (ciekawe kto im podaje piwo?). Przez cały rok żyją na pastwiskach, w stadach, w których skupiają się byczy faceci z różnych manad.
Kiedy kończą rok biorą udział w „ferrade”. Dostają imię i oznakowanie z lewej strony grzbietu, a potem są pozostawione w spokoju, aż skończą 3 lata. Wtedy to „manadier” (ranczer) zaczyna testować ich agresję. Jeśli byk potrafi się zachować na arenie, czyli jest wystarczająco wkurzony, kiedy na nią wpada, oznacza to, że nadaje się do tradycyjnej gonitwy, zwanej „course à la cocarde”.
W tej tradycyjnej, starej gonitwie byk staje naprzeciw 15 młodym ludziom, „raseteurs”, ubranym na biało i uzbrojonym w niewielkie grabki, którymi muszą, w ciągu 15 minut zgarnąć trofeum umieszczone pomiędzy byczymi rogami. Zwykle są to czerwone kokardy, stąd nazwa całej zabawy.
Horse and bulls
Trwa to od Wielkanocy do września, a poszczególne byki biorą w tym udział najwyżej raz na miesiąc, ponieważ bardzo ekscytują sie przebywaniem na arenie.
Bulls from Camargue
Byki kończą swoją karierę w wieku 10-12 lat. Wracają wtedy do spokojnego życia na pastwiskach. Te, które nigdy nie zostały wybrane do „courses a la cocarde” biorą udział w corocznej gonitwie, odbywającej się w każdej wiosce. Rano odbywa się „abrivado”, kiedy byki są eskortowane przez uliczki przez białe konie i jeźdźcow z rancza i zapędzone na arenę. Wieczorem odbywa się „bandido” – byki – szefowie, te najszybsze, z dzwonkamu u szyj biegną na początku, za nimi podąża stado. Między nimi, z niesamowitą zręcznością poruszają się białe konie, które utrzymuja porządek wśród biegnących byków. I wszyscy wracają na pastwiska.
Konie z Camargue są dla mnie stworzeniami mistycznymi, jak jednorożce. Przechowałam pamięć o nich od dzieciństwa aż do teraz. I wreszcie są – białe, spokojne, śliczne.
White horses in Camargue
Białe konie żyją w delcie Rodanu od tysięcy lat. Ludzie z Camargue używają ich do pasania stad byków, których na szczęście nie zabijają jak Hiszpanie, tylko wykorzystują je do uświetniania uroczystości religijnych, parad i miasteczkowych uroczystości. Mijamy wiele koni pasących się nad wodą kanałów. W zaroślach widać ich białe grzbiety i tyłki, niektóre, te należące do którejś z manad pasą się w niewielkich stadach. Nie zwracają uwagi na otoczenie, mają własne, koniowe sprawy.
White horses in Camargue
Trudno uwierzyć, że to półdzikie konie, które puszczane są wolno i pasą się na bagnach, nie bojąc się komarów ani złej pogody. Trudno uwierzyć, jakie są silne. Potrafią poruszać się w bagnie, które sięga im do brzucha. Są niewielkie, wysokość w kłębie to około 1,4 m. ale jest to odpowiednia wysokość, aby jeździec mógł się łatwo poruszać pośród stada byków (o których jeszcze muszę opowiedzieć). Tylko konie-mężczyźni są ujeżdżani i tylko oni pracują. Klacze pozostają na wolności, dzikie i swobodne, są przeznaczone do rodzenia źrebaczków, ale mam nadzieję, że w tej kwestii mają wybór.
I wreszcie trudno uwierzyć, że żaden z tych koni nie rodzi się biały! Ich ulubione kolory przy urodzeniu to czarny, szary, brązowy, kasztanowy…
Ich sierść zmienia się stopniowo, kiedy każdej wiosny zrzucają nadmiar sierści, by z nastaniem jesieni ubrać się w grubsze, z roku na rok coraz bielsze futro. Zima w Camargue jest ciężka: silne, północne wiatry i obfite deszcze nie są fajną pogodą dla źle ubranych zwierząt. Cały proces zmiany trwa około pięciu lat. Wtedy stają się całkiem białe.
White horses in Camargue
Zbliżamy się do jednej z manad. Czekają już na nas jeźdźcy, ubrani w tracycyjne stroje. Pokażą nam jak prosi się byki, żeby były grzeczne i poszły tam, gdzie chcą ludzie. Ale o tym w następnym odcinku
O Camargue czytałam gdzieś w dzieciństwie i tak mi utkwiła w głowie, że pamiętałam o niej całe życie. Wiadomości miałam niewiele, bo nikt tam nie był, a właściwie nikt nic nie słyszał, ale tak, tak, mówisz, że to we Francji…?
Około dziewiątej przekroczyliśmy granicę tajemniczej krainy, jadąc wąską dróżką wśród płaskich, podmokłych pól. Rozczarowanie, bo miało być jakoś bajecznie i przecudnie. Cóż, tak się koryguje wyobrażenia z dzieciństwa. Francoise mówi, że w Camargue nie wolno budować nowych domów, więc osiedlenie się tutaj jest właściwie niemożliwe. Hm, zaczyna być interesująco. Koło dziesiątej jesteśmy już na statku / barce, który opłynie z nami okoliczne kanały.
Cruise Camargue
Wypływamy z Aigues-Mortes (Martwe Wody), mijając przydrożne domy. Ciekawe, czy mają komary? Nieee, niemożliwe, w końcu to słona woda.
Cruise Camargue
Im dalej, tym domy okazalsze, a bryki parkujące przed domami też coraz lepsze. Mijamy fabrykę szkła, która produkowała butelki dla Perrier’a do 1917 roku, mając na miejscu mnóstwo piasku.
Cruise camargue
Coraz dalej i coraz bardziej dziko. Na obu brzegach widać ścieżki, którymi za pomocą zwierząt lub ludzi ciądnięte/pchane były statki, zanim wymyślono silniki. Mijamy krzyżujące się z naszą drogą wodną odnogi wielu kanałów.
Cruise Camargue
Wszystkie kanały łączą wody w wielkim Canal du Rhone. My płyniemy przez obszar tzw. Małej Camargue, płaskiego regionu wypełnionego słoną wodą i skromną roślinnością, przetykane czasem plamami bagien porośniętych trzciną, zwanych „Les roselieres”. Po środku tego wszystkiego nagle wyrasta wieża Carbonniere, równie stara co miasteczko Aigues-Mortes, z którego wypłynęliśmy a o którym jeszcze napiszę. Wieża w każdym razie miała przeznaczenie militarne i aż do Rewolucji Francuskiej pełniła funkcję składu celnego.
Cruise Camargue
Na zdjęciach nie widać, ale pośród wszystkich tych zarośli kryją się pola ryżowe, zakładane od czasów II wojny (słynny ryż z Camargue jest różowy) i niewielkie, suche wysepki, gdzie wśród wysokich zarośli kryją się ludzkie domostwa wraz z przyległościami, zwane manadami.
Cruise Camargue
Manady, które coraz częściej służą jako hotele i swoiste skanseny są domem wielu stworzeń, których nie ma nigdzie na świecie. To znaczy są, ale nie TAKIE. I to głównie dla tych stworzeń tłukłam się tu, do Camargue, skazując moich przyjaciół na chłód i wilgoć.
Miasteczko Baux-de-Provence ma tylko 22 stałych mieszkańców! Trudno w to uwierzyć, dopóki nie podejdzie się bliżej i nie dostrzeże się z zaskoczeniem, że miasteczko składa się głównie z ruin…
Docieramy po kamiennych schodach zziajani z parkingu u stóp wzgórza, na którym dumnie prezentują się ruiny miasteczka, a wyżej ruiny zamku. Zamek posiada ogromne katapulty i inne bojowe sprzęty wojenne z czasów średniowiecza.
Near entrance
Na zdjęciu powyżej mury obronne twierdzy, budowanej od XI do XIII wieku przez władcę tych ziem, którego ród według rodu, pochodził od biblijnego Baltazara. Budowane jakąś tania siłą roboczą, ale o tym historia niechętnie wspomina. Oczywiście dzieje twierdzy są równie burzliwe, jak historia wszystkich innych twierdz w średniowieczu.
Near entrance
Przez Baux przewija się 1,5 miliona zwiedzających rocznie, co widać na załączonym obrazku. 22 mieszkańców kontra turyści…
Beaux-de-Provence – street
W czasach „ancien regime”, czyli w czasach Ludwików o różnych numerach Baux trafiło do korony francuskiej, wcześniej przechodząc z rąk do rąk między władcami królestw włoskich. W połowie XVII wieku miasteczko i okoliczne ziemie zostały podarowane Księstwu Monako, co dało Grimaldim prawo do tytułu Markiza Baux.
Beaux de Provence- Merostwo
Dziedziniec, który prowadzi do Merostwa jest również w ruinie tzw. kontrolowanej, czyli raczej nie powinno się nic nikomu zwalić na głowę. Jest uroczy, a detale ujawniają minioną urodę i znaczenie tego miejsca w dawnych czasach:
Beaux-de-Provence
Na początku XIX wieku w okolicy odkryto złoża boksytów, eksploatowane jeszcze w XX wieku. Obecnie ekonomia opiera się głównie na turystyce i trochę na produkcji oliwy, a jeszcze bardziej trochę na małych warsztatach rzemieślniczych. W każdym razie dochód roczny na domostwo wynosił trochę ponad 22 tysiące euro. Hm.
Beaux-de-Provence – street view
Co by wam jeszcze powiedzieć o Baux? Produkuje się tu wino czerwone i różowe, sklasyfikowane w 1956 roku jako Coteaux-d’aix-en-provence i robią go około 6.000 hektolitrów rocznie. To raczej nie są wielkie ilości, natomiast wiatr mistral wieje tu silnie przez 100 dni w roku, a przez 83 dni słabo.
Beaux-de-Provence – street view
Poza tym Baux należy do stowarzyszenia Najpiękniejszych Miasteczek Francji (Les Plus Beaux Villages de France), co jest przynależnością bardzo prestiżową. A, nie napisałam jeszcze, że nazwa Baux w języku okcytańskim (prowansalskim) znaczy „klif”, „skalista skarpa”.
Beaux-de-Provence – view from the bailey
Widok z murów obronnych. Poniżej jest pionowa skała nie do zdobycia przez średniowiecznego rycerza. Ani nikogo, oprócz himalaistów – desperatów. W okolicznych jaskiniach mieszkali kiedyś ludzie… co ja mówię, kiedyś. Nadal mieszkają, co widać na obrazku poniżej. Tylko teraz mają drzwi, okna i internet.
Beaux-de-Provence – view from the bailey
INFO: Zamek, czyli Chateau jest otwarty latem od 9 do 20:30. W kwietniu, maju, czerwcu i wrześniu od 9.00 do 19.15, od listopada do lutego od 10.00 do 17.00.
Parkingi koszują 5 Euro, a wejście na zamek od kwietnia do września to koszt 10 E (ulgowy 8,-), od października do marca 8,- E, ale wtedy jest bez rycerzy i strzelania z kuszy.
CIEKAWOSTKA: w gminie Baux w 1998 był kręcony jeden z moich ulubionych filmów – RONIN Johna Frankenheimera
W sercu Val d’Enfer (Doliny Piekła), w departamencie Bouches-du-Rhone, niedaleko miasteczka Beaux-de-Provence (dojazd drogą 27) jest miejsce, zwane Carrières de Lumieres (Kamieniołomy Światła). Ukryte wsród wapiennych skał, często wyrzeźbionych przez wiatr na kształt potworów, trolli i ich maczug przypomina wielkie katedry stworzone przez maszyny budowlane. Natomiast wejście zostało zaprojektowane przez budowniczych świątyń w Egipcie jakieś 3.000 lat p.n.e. I maszyny budowlane.
Carrieres de Lumieres
Kamieniołomy powstały w średniowieczu, kiedy budowano zamek w Beaux-de-Provence. W latach 30-tych ubiegłego wieku (dwudziestego) kamieniołomy zamknięto z powodów ekonomicznych, a w 1959 Jean Cocteau, zauroczony miejscem postanowił nakręcić tu swój awangardowy film „Testament Orfeusza”.
Upłynęło 16 lat. Miejsce wpadło pod administrację niejakiego Alberta Plècy, który postanowił zorganizować pokaz obrazów wyświetlanych wprost na gigantycznie wysokie skały i nazwał ten spektakl i miejsce Katedrą Obrazów. Tematyka jest zmieniana corocznie – od Picassa w 2009 roku (250 000 odwiedzających) poprzez impresjonistów, Klimta i innych malarzy wiedeńskich i wielu innych. Obrazy są niesamowite, ich wielkość sprawia, że czujemy się otoczeni przez kolory i dźwięki, trochę przytłoczeni przez gigantyczne postaci. Wpiszcie w wyszukiwarkę http://www.carrieres-lumieres.com albo tylko carrieres de lumieres i obejrzyjcie obrazy. Warto.
My trafiliśmy na spektakl Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Rafael. Obrazy z tego okresu są ciemne, więc i wnętrza były bardzo ciemne. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie posadzki, na które wyświetlano zdjęcia posadzek watykańskich.
Province – Carrieres de Lumieres
Kiedy się kroczy po takich watykańskich pięknościach, przepięknych mozaikach i marmurowych wzorach, wydaje się, że przestrzeń jest ruchoma i otacza nas jak tkanina (uwaga na zawroty głowy, serio).
Musiałam trzymać się ściany, wrażenie „płynięcia” przestrzeni wokół było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Obrazy zmieniają się często, są wyświetlane równocześnie na wszystkich ścianach „katedry” i wierzcie mi, tych ścian są dziesiątki. Mogłam więc widzieć setki ohydnych, tłustych aniołków Rafaela, ale reszta była wspaniała.
INFO: Spektakl trwa około 40 minut, ale wcale nie trzeba wychodzić po zakończeniu, można tam spędzić cały dzień. Później można obejrzeć (w innej katedrze) rzeczony film Jean’a Cocteau. Cena biletu dla dorosłego to 10,50 euro, dzieci poniżej 7 lat i dziennikarze wchodzą za darmo! Spektakl o malarstwie renesansu potrwa do 3 stycznia 2016. Następny zacznie się 4 marca, a tematym będzie Marc Chagall i Alicja w krainie czarów…
Jedziemy dziś do Saint – Rémy. Nie wiem gdzie to jest dokładnie, ale wiem, że na południe od Avignon. Nasi Francuzi opowiadają nam o wszystkim, co widać po drodze, a ja wypatruję pól lawendowych, które pewnie są … nie tutaj. Tutaj są pola kukurydzy, plantacje drzew owocowych i winorośli. Pytam Christiana o tutejsze wina, ale macha tylko lekceważąco ręką i jak to Francuz wydyma usta. No dobra, ale i tak chciałabym spróbować.
Saint Rémy to kolejne małe, urokliwe, prowansalskie miasteczko, w którym chciałoby się mieszkać, choć przez rok. Wydaje się, że w takich miasteczkach nie ma problemów, wszyscy są życzliwi, uprzejmi i szczęśliwi, a cały okrutny i brutalny świat jest gdzieś daleko, a zło nigdy nie przekroczy miejskich rogatek.
Saint-Remy de Provence
Saint-Remy de Provence
Saint-Remy-de-Provence
Po tych uliczkach chadzała księżniczka Karolina z Monako, która mieszkała tu przez kilka lat. Innym słynnym mieszkańcem Saint Rémy był niejaki Vincent van Gogh, który przez dwa lata był pensjonariuszem pobliskiego domu waria… przepraszam, szpitala psychiatrycznego (w klasztorze Saint-Paul de Mausole), ale on raczej się nie przechadzał.
Ale w Saint Rémy urodził się ktoś, kto przewyższył sławą van Gogha, a nawet księżniczkę Karolinę z Monako. Tym kimś był facet o ksywie Nostradamus.
Był rok 1503, kiedy się tu urodził. Nie wiem, czy kiedykolwiek przepowiedział coś w swoim domu, ale myślę, że nie zdążył, bo po 15 latach wyjechał na studia do Avignon, a po studiach włóczył się po Prowansji zbierając zioła… hm.
Sant-Remy de -Provence – Nostradamus House
(wybaczcie ten kawałek palucha). A, tak naprawdę nazywał się Michel de Nostredame, a na ścianie domu wisi tablica, która opowiada całą historię:
Opuszczamy Rue de Hoche, bo trzeba wrócić z renesansu do współczesności. Współczesność objawia się w sposób magiczny (sklepik „Koń na biegunach”):
Wiele małych sklepów sprzedaje nie tylko lawendę, która jest wszędzie i mydło marsylskie, które też jest wszędzie, ale przede wszystkim wspaniałości do jedzenia:
Saint-Remy de Provence – lovely shop
Co my tu mamy? Farandole prowansalskie, miód lawendowy, confit z zołami prowansalskimi, soki, bisquity o smakach różnych, tapenady z oliwek, czosnku, kaparów i anchois, musztardy z pastisem, konfitura z cytryn, musztarda a la truffe, karczochy z bazylią, konfitura z cebuli z miodem, miód kasztanowy…
Lovly shop a Saint Remy de Provence
… olej lawendowy, pasztet z oberżyny, syrop tymiankowy i kasztanowy, ocet truskawkowo-figowo-pieprzowy, makaroniki z miodem i lawendą, ratatuille, ogórki z miętą…
Zdarzyło wam się, żeby ktoś wyciskał dla was na śniadanie sok ze świeżych pomarańczy, a potem wiózł was wiele kilometrów, żeby pokazać wam kawałek swojej ojczyzny? Nasi Francuzi tak właśnie robili każdego dnia naszego u nich pobytu. Śniadania w w Prowansji to głównie brioszka z masłem / konfiturą, popijana mocną kawą. Na słodko. Mniam. Ale wolę więcej protein.
Po godzinie dotarliśmy do małego miasteczka otoczonego wysokimi, skalistymi zboczami gór Vaucluse, porośniętymi gdzieniegdzie zielonym czymś w dużych ilościach. To wszystko odbija się w rzeczce zwanej Sorgue
Fontaine de Vaucluse – la riviere Sorgue
Rzeka Sorgue jest tak intensywnie zielona, że nawet Chicago River nie jest tak zielona w Dzień św. Patryka. Te szare plamki to kaczki, grubiutkie i zadowolone. Idziemy w górę rzeki, jej prawym brzegiem. Restauracje, kawiarnie, sklepy i stragany z pamiątkami, mydłem marsylskim, oczywiście lawendą w setkach odsłon i figurkami do bożonarodzeniowej szopki, robionej tu przez wszystkich… na Boże Narodzenie.
Pod poziomem ulicy, tuż nad wodą, jeden za drugim, w długim korytarzu, przypominającym bunkier ciągnie się szereg trochę innych sklepów. Tym razem pojawiają się cukiernie z łakociami, jakich nie powstydziłby się sułtański dwór. Obok sklep z zabawkami i regionalne delikatesy, perfumerie, a wszystko to lokalne, swojskie, PROWANSALSKIE!
Na samym końcu niespodzianka – tradycyjna fabryka papieru. Tradycyjna, czyli stara, średniowieczna, robiąca papier czerpany, gruby, piękny.
Fontaine de Vaucluse – paper manufacture
To maszyna, która za pomocą tłoków (?) międli masę papierową w różnych fazach umiędlenia. Właściwie to tylko ta z lewej pracowała. Tam, skąd pada światło są wielkie koła napędzane przez wodę i te koła napędzają z kolei tę skomplikowaną maszynerię na dole.
Fontaine de Vacluse p papier manufacture
Dalej masa papierowa jest zabierana przez pracownika, wylewana na jakieś tace / sita, gładzona i urobiona na kształt karty papieru.
My też idziemy dalej, mijając takie widoczki:
Fontaine de Vaucluse – la riviere Sorgue
Wokół piętrzą się się jeszcze wyższe góry z jaskiniami, w których w neolicie mieszkali neardentalczycy. Podobno. Teraz pniemy się pod górę do miejsca, dla którego ludzie przyjeżdżają do tego miasteczka – do Żródła.
F ontaine de Vaucluse – La Source
La Source (Źródło) otoczone jest owalnie przez strome klify wysokie na 230 metrów. W starożytności było miejscem kultu, współcześnie jest obiektem badań naukowców. Do tej pory nie udało się dotrzeć do jego dna, robot zanurzył się na głębokość – 308 metrów. Jak głęboka jest La Source? Nie wiadomo i nie wiemy czy kiedykolwiek ujawni swoje sekrety. Wiadomo natomiast, że w porze topnienia śniegu woda płynie z prędkością 110 m3 na sekundę.
W tym roku, jak widać, stan wody jest bardzo niski. Najstarsi mieszkańcy nie pamiętają tak niskiego stanu wody, która w czasie deszczowych lat sięgała wysoko – na skałach po prawej stronie od wejścia widać znaczniki poziomu wody.
Fontaine de Vaucluse – cliff of La Source
Byłam dzielna i udałam się stromą ścieżką do źródła. Woda ciemnozielona, prawie czarna i zupełnie nieruchoma. Taka mała groza na słoneczne przedpołudnie.
Fontaine de Vaucluse – La Source
Zdyszana wróciłam na górę i poszliśmy zobaczyć inne atrakcje miasteczka
Kościół św. Verana, który żył w VI i jak większość katolickich świętych narozrabiał obrzydliwie. Zburzył pogańską świątynię poświęconą Źródłu, a na jej miejscu postawił świątynię poświęconą Dziewicy. Hm.
Zamek Biskupów de Cavaillon – górujące nad miasteczkiem ruiny.
CIEKAWOSTKA: w latach 1337 – 1353 w Fontaine de Vaucluse mieszkał Francesco Petrarka. Tam napisał najpiękniejsze sonety, po spotkaniu po raz pierwszy Laury de Noves w kościele św. Klary w Avignon (było to 6 kwietnia 1327 roku). Potem pojechał do Włoch, gdzie zmarł w mieście Arqua. Muzeum Petrarki jest w miasteczku.
INFO: Parkingi są nawet w centrum miasteczka. Najlepiej jechać tam poza sezonem. Cena: 4 EUR za samochód. Muzeum Petrarki otwarte od 10 do 12 i od 14 do 18, trochę inaczej w sezonie od czerwca do 1 października. Bilet kosztuj 3,50 EUR, ulgowy i dla grup – 1,50 EUR.