Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Myślę, że miejsca odwiedzane tłumnie przez turystów tracą urok. Na szczęście w miastach i miasteczkach, choćby były rozdeptywane przez rzesze ludzi zawsze znajdzie się jakaś uliczka albo zakątek, gdzie jest cicho, spokojnie i pusto. Ja zawsze szukam takich miejsc i zwykle znajduję, bo przecież nikt ich nie ukrywa. W maleńkich Martwych Wodach znalazłam na przykład:
Back street in Aigues Motrtes
Puściutko, widzicie? A kilka ulic dalej trzeba się przeciskać. Poniżej: kolejne puste miejsce, gdzie spotkałam piękne stworzenie:
Wracamy na główny plac, gdzie pod jedną ze ścian odkrywam to:
Tak, to defibrylator. Na ulicy. Przyrząd do ratowania życia dostępny powszechnie, dla każdego, kto padnie na ulicy i będzie potrzebował natychmiastowej pomocy. Bez czekania na karetkę. Zadziwiające i wspaniałe. Brawo Francuzi. (Potem widziałam defibrylatory w wielu miastach w UK i w Niemczech, tak jak ten stojące na ulicach, albo, jak w UK w nieużywanych budkach telefonicznych).
Na koniec zaglądamy jeszcze do raju dla łasuchów, gdzie ogladamy wszystko z dziecięcym zachwytem i kupujemy nugat i landrynki.
Kiedyś, nie tak dawno, Aigues Mortes leżały nad morzem. Ten fakt zdeterminował rolę miasta w tych nie tak dawnych czasach. Czasy były XIII wieczne, we Francji rządził król Ludwik IX, który jak większość ówczesnych władców, szlachty, chłopów, przedstawicieli zakonów, żebraków i mieszczan postanowił zniszczyć życie sobie i tysiącom innowierców, żyjących spokojnie w mieście Jerozolima i okolicach. W tym celu wybudował port / twierdzę, nazwał ją Aigues Mortes, zgromadził flotę i setki takich samych idiotów jak on i wyruszył do Ziemi Świętej na siódmą krucjatę w roku 1248.
Poniżej: w średniowieczu tu było już morze. W oddali widać góry soli.
W Ziemi Świetej nic nie zwojował, przez cztery lata siedział w egipskiej niewoli, ale niczego nie pojął i kilka lat później, w 1270 roku wyruszył na ósmą wyprawę krzyżową do Tunisu. Wtedy los już nie był łaskawy – Śmierć przyszedł po niego pod postacią dezynterii i tak skończyła się wielka wyprawa.
Ludwik, jak wielu innych morderców i dręczycieli został świętym kościoła katolickiego. Oprócz najeżdżania innych narodów, dodatkowym kryterium było zapewne jedenaścioro dzieci, które spłodził, ale to już zupełnie inna historia.
Zwróćcie uwagę na wieżę wznoszącą się wysoko nad murami obronnymi. Jest częścią frotyfikacji miasta, którą to fortyfikację uważano za jedną z najlepszych w Europie. Mury wieży mają 6 metrów grubości! Początkowo wieża służyła jako miejsce do konsekracji rycerzy zakonu Templariuszy, a później jako więzienie, zwłaszcza w okresie wojen religijnych jako miejsce uwięzienia hugonockich kobiet.
W XV wieku morze zupełnie „odsunęło się” od murów miasta. Port był dla Aigues Mortes sprawą życia i śmierci, więc miasto podupadło, ludność z 15 000 zmniejszyła się do 5 000. W XIX wieku w mieście mieszkało zaledwie 2 500 ludzi, obecnie stałych mieszkańców jest około 8 000.
Powyżej jeszcze jeden średniowieczny obiekt: kościół świętego Louis’a, tak naprawdę pod wezwaniem Notre Dame des Sablons.
W języku oksytańskim (u nas nazywanym prowansalskim, choć najberdziej przypomina kataloński) Aigues Mortes oznacza Martwe Wody, bo jak ma się nazywać mała, średniowieczna twierdza leżąca na skrzyżowaniu dwóch kanałów, wyrastająca w samym sercu bagien Camargue? W sezonie miasto napakowane jest turystami, którzy wiedzeni owczym pędem (niezależnie od narodowości) przechodzą z parkingów przez główną bramę:
Potem idą główną ulicą pełną sklepów różnej maści, choć głównie są to sklepy z pamiątkami, w których króluje lawenda w postaci mydeł, perfum, haftów, suszów, poduszeczek, wianuszków, świec, malunkach na wszystkim oraz lawendy par excellence. Poza tym mija się po drodze lodziarnie z (a jakze) lodami lawendowymi (Zbigowi smakowały, ja oddałam mu swoją porcję, bo dla mnie były łe), kaafejki, kilka sklepów z odzieżą dla turystów, bo normalny człowiek w tym badziewiu nie chodzi. Po drodze trzeba kupić kawał lokalnego nugatu:
Spacer zwykle kończy się na głównym placu w jednej z kilku restauracji z bardzo zwyczajnym jedzeniem. Restauracja z lewej strony:
Restauracja z prawej strony:
I środek placu, na którym ja, nasi Francuzi (Francoise i Christian) i oczywiście król (święty) Louis IX.
Ale o znienawidzonym przeze mnie królu i do tego świętym następnym razem.
P.S.Kunszt kulinarny regionu ukrywa się w bocznych uliczka i cienistych zaułkach.
Camargue to kraina pełna wody. Poprzecinana kanałami, większymi i mniejszymi dopływami Rodanu i jeszcze do tego wielkimi kawałami bagien pełna jest wodnych stworzeń. Jedziemy właśnie do Saintes-Maries-de la Mer mijając mieszkalne barki na jednym z kanałów:
Mieszkanie na barce jest na pewno bardzo romantyczne i wielu ludzi chciałoby mieć taki dom i zostać jednym z takich wodnych stworzeń. Koszty życia są na pewno niższe niż na stałym lądzie, ale gdzie uciec przed komarami?
Celem podróży jest Le Fangassier – jedyne miejsce we Francji, gdzie żyją i rozmnażają się (!) różowe flamingi:
Są najwyższymi ptakami brodzącymi w Camargue – mierzą od 1,40 do 1,60 m. Para składa tylko 1 jajo rocznie i jak łatwo policzyć ma tylko jedno dziecko.
Kolonie flamingów (różowych) powstały, kiedy ptaki przez tysiąclecia odlatujące na zimę do Afryki doszły do wniosku, że Afryka jest jednak daleko, a tu w tej krainie zwanej przez ludzi Camargue zima wcale nie jest taka zła. W słonawych wodach żyje mnóstwo alg, na których żerują małe, różowe kraby (Artemia salina), nie tylko pożywne i pyszne, ale jeszcze nadające flamingowym piórom różowy odcień. Więc po co wędrować dalej?
Niestety, bagna i laguny Camargue niszczeją. Długoletni brak opadów spowodował, że poziom wód jest za niski i nie tylko ptaki, ale i inne stworzenia często nie znajdują odpowiedniej ilości jedzenia, bądż ich siedliska nie są już tak bezpieczne. Wprawdzie cały obszar Camargue to wielki park prawnie chroniony, ale mimo że ludzie tym razem nie wnoszą wielu zmian w tamtejszy ekosystem, to zmiany klimatyczne na pewno nie będą łaskawe dla tej cudownej krainy.
Spotkaliśmy jeszcze jedno wodne zwierzę zamieszkujące ten obszar. Nie mamy pewności kim jest ten duży gryzoń, ale myślimy, że to Pani Nutria. Kto wie, niech powie.
Jak już wiecie, dopłynęliśmy do brzegu, na którym czekali na nas „menadierzy” – jeźdźcy na białych koniach.
White horse from Camargue
Konie i jeźdźcy stoją spokojnie, czekając aż przejdziemy kilkaset metrów przez błotniste kałuże i dotrzemy na pastwisko.
White horses from Camargue
Ich zadaniem jest wyodrębnić ze stada przywódcę, odseparować go i zagonić w odpowiednie miejsce. Reszta byków podąża za przywódcą, który dla nas wyróżnia się tylko dzwonkiem na szyi, zwanym „simbeu”.
Camargue bulls
Byk jaki jest każdy widzi, ale te są zupełnie inne, niż hiszpańskie, które ważą od 500 do 700 kilogramów i mają rogi skierowane ku dołowi. Te, które widzimy ważą od 30 do 400 kilogramów, a ich rogi celują w górę, układając się na kształt liry.
Byki z Camargue są szczęściarzami. Ich biedni kuzyni z Hiszpanii widzą arenę tylko raz, zanim umrą (dlaczego Hiszpanie nie chcą zrezygnować z tej obrzydliwej, okrutnej i barbarzyńskiej „tradycji”?). Tutejsze byki są całkowicie bezpieczne i chyba mają dużo zabawy w czasie bezkrwawego „course camarguaise”.
Byki, które widzimy mają od 2 do 13 lat, dożywają do 16. Zdarza się, że przez całe życie nie widzą ani jednej krowy. W ten sposób dba się o ich spokój i odstresowanie, bo nie walczą o samice, nie ranią się i nie tracą energii na jakieś tam bycze życie rodzinne (ciekawe kto im podaje piwo?). Przez cały rok żyją na pastwiskach, w stadach, w których skupiają się byczy faceci z różnych manad.
Kiedy kończą rok biorą udział w „ferrade”. Dostają imię i oznakowanie z lewej strony grzbietu, a potem są pozostawione w spokoju, aż skończą 3 lata. Wtedy to „manadier” (ranczer) zaczyna testować ich agresję. Jeśli byk potrafi się zachować na arenie, czyli jest wystarczająco wkurzony, kiedy na nią wpada, oznacza to, że nadaje się do tradycyjnej gonitwy, zwanej „course à la cocarde”.
W tej tradycyjnej, starej gonitwie byk staje naprzeciw 15 młodym ludziom, „raseteurs”, ubranym na biało i uzbrojonym w niewielkie grabki, którymi muszą, w ciągu 15 minut zgarnąć trofeum umieszczone pomiędzy byczymi rogami. Zwykle są to czerwone kokardy, stąd nazwa całej zabawy.
Horse and bulls
Trwa to od Wielkanocy do września, a poszczególne byki biorą w tym udział najwyżej raz na miesiąc, ponieważ bardzo ekscytują sie przebywaniem na arenie.
Bulls from Camargue
Byki kończą swoją karierę w wieku 10-12 lat. Wracają wtedy do spokojnego życia na pastwiskach. Te, które nigdy nie zostały wybrane do „courses a la cocarde” biorą udział w corocznej gonitwie, odbywającej się w każdej wiosce. Rano odbywa się „abrivado”, kiedy byki są eskortowane przez uliczki przez białe konie i jeźdźcow z rancza i zapędzone na arenę. Wieczorem odbywa się „bandido” – byki – szefowie, te najszybsze, z dzwonkamu u szyj biegną na początku, za nimi podąża stado. Między nimi, z niesamowitą zręcznością poruszają się białe konie, które utrzymuja porządek wśród biegnących byków. I wszyscy wracają na pastwiska.
Konie z Camargue są dla mnie stworzeniami mistycznymi, jak jednorożce. Przechowałam pamięć o nich od dzieciństwa aż do teraz. I wreszcie są – białe, spokojne, śliczne.
White horses in Camargue
Białe konie żyją w delcie Rodanu od tysięcy lat. Ludzie z Camargue używają ich do pasania stad byków, których na szczęście nie zabijają jak Hiszpanie, tylko wykorzystują je do uświetniania uroczystości religijnych, parad i miasteczkowych uroczystości. Mijamy wiele koni pasących się nad wodą kanałów. W zaroślach widać ich białe grzbiety i tyłki, niektóre, te należące do którejś z manad pasą się w niewielkich stadach. Nie zwracają uwagi na otoczenie, mają własne, koniowe sprawy.
White horses in Camargue
Trudno uwierzyć, że to półdzikie konie, które puszczane są wolno i pasą się na bagnach, nie bojąc się komarów ani złej pogody. Trudno uwierzyć, jakie są silne. Potrafią poruszać się w bagnie, które sięga im do brzucha. Są niewielkie, wysokość w kłębie to około 1,4 m. ale jest to odpowiednia wysokość, aby jeździec mógł się łatwo poruszać pośród stada byków (o których jeszcze muszę opowiedzieć). Tylko konie-mężczyźni są ujeżdżani i tylko oni pracują. Klacze pozostają na wolności, dzikie i swobodne, są przeznaczone do rodzenia źrebaczków, ale mam nadzieję, że w tej kwestii mają wybór.
I wreszcie trudno uwierzyć, że żaden z tych koni nie rodzi się biały! Ich ulubione kolory przy urodzeniu to czarny, szary, brązowy, kasztanowy…
Ich sierść zmienia się stopniowo, kiedy każdej wiosny zrzucają nadmiar sierści, by z nastaniem jesieni ubrać się w grubsze, z roku na rok coraz bielsze futro. Zima w Camargue jest ciężka: silne, północne wiatry i obfite deszcze nie są fajną pogodą dla źle ubranych zwierząt. Cały proces zmiany trwa około pięciu lat. Wtedy stają się całkiem białe.
White horses in Camargue
Zbliżamy się do jednej z manad. Czekają już na nas jeźdźcy, ubrani w tracycyjne stroje. Pokażą nam jak prosi się byki, żeby były grzeczne i poszły tam, gdzie chcą ludzie. Ale o tym w następnym odcinku
O Camargue czytałam gdzieś w dzieciństwie i tak mi utkwiła w głowie, że pamiętałam o niej całe życie. Wiadomości miałam niewiele, bo nikt tam nie był, a właściwie nikt nic nie słyszał, ale tak, tak, mówisz, że to we Francji…?
Około dziewiątej przekroczyliśmy granicę tajemniczej krainy, jadąc wąską dróżką wśród płaskich, podmokłych pól. Rozczarowanie, bo miało być jakoś bajecznie i przecudnie. Cóż, tak się koryguje wyobrażenia z dzieciństwa. Francoise mówi, że w Camargue nie wolno budować nowych domów, więc osiedlenie się tutaj jest właściwie niemożliwe. Hm, zaczyna być interesująco. Koło dziesiątej jesteśmy już na statku / barce, który opłynie z nami okoliczne kanały.
Cruise Camargue
Wypływamy z Aigues-Mortes (Martwe Wody), mijając przydrożne domy. Ciekawe, czy mają komary? Nieee, niemożliwe, w końcu to słona woda.
Cruise Camargue
Im dalej, tym domy okazalsze, a bryki parkujące przed domami też coraz lepsze. Mijamy fabrykę szkła, która produkowała butelki dla Perrier’a do 1917 roku, mając na miejscu mnóstwo piasku.
Cruise camargue
Coraz dalej i coraz bardziej dziko. Na obu brzegach widać ścieżki, którymi za pomocą zwierząt lub ludzi ciądnięte/pchane były statki, zanim wymyślono silniki. Mijamy krzyżujące się z naszą drogą wodną odnogi wielu kanałów.
Cruise Camargue
Wszystkie kanały łączą wody w wielkim Canal du Rhone. My płyniemy przez obszar tzw. Małej Camargue, płaskiego regionu wypełnionego słoną wodą i skromną roślinnością, przetykane czasem plamami bagien porośniętych trzciną, zwanych „Les roselieres”. Po środku tego wszystkiego nagle wyrasta wieża Carbonniere, równie stara co miasteczko Aigues-Mortes, z którego wypłynęliśmy a o którym jeszcze napiszę. Wieża w każdym razie miała przeznaczenie militarne i aż do Rewolucji Francuskiej pełniła funkcję składu celnego.
Cruise Camargue
Na zdjęciach nie widać, ale pośród wszystkich tych zarośli kryją się pola ryżowe, zakładane od czasów II wojny (słynny ryż z Camargue jest różowy) i niewielkie, suche wysepki, gdzie wśród wysokich zarośli kryją się ludzkie domostwa wraz z przyległościami, zwane manadami.
Cruise Camargue
Manady, które coraz częściej służą jako hotele i swoiste skanseny są domem wielu stworzeń, których nie ma nigdzie na świecie. To znaczy są, ale nie TAKIE. I to głównie dla tych stworzeń tłukłam się tu, do Camargue, skazując moich przyjaciół na chłód i wilgoć.