Azory / Azores – São Miguel

Sao Miguel, Azores

Jesteśmy w Portugalii, około 1400 kilometrów na zachód od Lizbony i około 1900 kilometrów na południe od Nowej Funlandii. Niedaleko na zachód jest najmniejsza z wysp archipelagu – Corvo, z wielkim kraterem wulkanu zalanym wodą. Jest Flores, wyrzeźbiona wieloma dolinami i ostrymi zboczami. W środku jest Faial, z wielkim wulkanem Caldeira, wyspa Pico, z najwyższym szczytem w Portugalii (2351 m), Graciosa z czynnym wulkanem Furnas, São Jorge, „szczupła” wyspa powstała po wielkiej erupcji, Terceira, prawie okrągła z jednym z największych kraterów w regionie. I wreszcie na wschodzie jest Santa Maria, najstarsza w archipelagu, z plażami z brązowym piaskiem i  São Miguel, największa, z wieloma wystygłymi kraterami i polami małych stożków wulkanicznych.

We’re in Portugal, about 1,400 kilometers west of Lisbon and about 1,900 kilometers south of Newfoundland. Not far to the west is the smallest island in the archipelago, Corvo, with a large volcanic crater flooded by water. Flores is carved with numerous valleys and sharp slopes. In the center is Faial, with the massive Caldeira volcano; Pico Island, with the highest peak in Portugal (2,351 m); Graciosa with the active Furnas volcano; São Jorge, a „slim” island formed after a major eruption; Terceira, almost circular with one of the largest craters in the region. And finally, to the east is Santa Maria, the oldest in the archipelago, with brown sand beaches; and São Miguel, the largest, with many cooled craters and fields of small volcanic cones.

Sao Miguel, Azores

Przybyliśmy na Sao Miguel w pochmurny, wietrzny i deszczowy dzień. Stary Świat przywitał nas moją ulubioną pogodą, nareszcie! Można było wyjąć ciepłe ciuchy i nie musieć chronić się przed słońcem. Prawie jak w domu…

We arrived in São Miguel on a cloudy, windy, and rainy day. The Old World welcomed us with my favorite weather, finally! We could put on warm clothes and not have to protect ourselves from the sun. It felt almost like home…

Sao Miguel, Azores

Jeszcze dalej na południe

Był 27 października, Pan i Władca wieczorowa porą wrócił do hotelu i obwieścił koniec Bardzo Ważnej Konferencji i tym samym naszego pobytu w Loerrach. Obwieścił również, luzując krawat, że potrzebuje odpoczynku od szalonych obowiązków i co by było, gdybyśmy zamiast wracać zaraz do domu, pojechali jeszcze kawałeczek na południe, bliziutko, jakieś 1500 kilometrów i tam odpoczęli? W odpowiedzi zaczęłam szukać hotelu…

O dziesiątej rano następnego dnia gnaliśmy już przez Alzację, stare jak świat Wogezy, Franche -Comte i Rhone – Alpes, gdzie mieszkałam czas jakiś i gdzie mieszkańcy Doliny Rodanu produkują wiele odmian najlepszych win na świecie. O winach z doliny Rodanu mogłabym opowiadać godzinami, jako była próbowaczka, ale powiem tylko, że winorośl w tamtym regionie rośnie często na stromych zboczach nachylonych w stronę wielkiej rzeki, a główne odmiany to Syrah, Côtes du Rhône, Viognier, Châteauneuf-du-Pape, Roussanne, Marsanne, Costières de Nîmes, Vacqueyras, Crozes-Hermitage, Saint-Joseph, Gigondas, Condrieu, Hermitage, Rasteau, Tavel, Côte-Rôtie, Château Grillet Côtes du Rhône-Villages, Cornas …

Poniżej: Dolina Rodanu z autostrady.

O Rodanie i jego wielkiej delcie pisałam przy okazji wizyty w Camargue, ale muszę przyznać, że w tej części rzeka jest cudowna, płynąc szybko w szerokim korycie, wijącym się wśród gór.

Niespodziewanie znaleźliśmy sie w Prowansji, zrobiło się cieplej, choć wiało bardzo, jak to w Prowansji. O tym regionie już pisałam, więc pokażę tylko kilka przydrożnych zdjęć, bo i tak nie uda mi sie opisać zapachu powietrza i delikatnego ciepła jesiennego słońca:

Ale muszę jeszcze napisać o francuskich parkingach, które mnie zachwyciły, zwłaszcza w porównaniu z parkingami w innych krajach Europy. Jak wiecie, parkingi to niezbędny element każdej samochodowej wyprawy, a ja jako pogromczyni szos różnych mam już w tej kwestii tyle doświadczenia, że mogłabym napisać księgę pod tytułem „Kible Europy”. Pewnie kiedyś tak zrobię, ale zanim to nastąpi, wzniosę pean na cześć francuskich, parkingowych toalet. Są czyste, piękne, pachnące i gra w nich muzyka. Wszędzie jest wi-fi, stoliki, ławeczki, mnóstwo zieleni, psów i zrelaksowanych ludzi. Parkingi są często przy stacjach benzynowych, sklepach i restauracjach, ale i tam toalety są za darmo, a w częściach przeznaczonych do jedzenia są automaty z napojami i mikrofalówki, w których można podgrzać jedzenie. Obowiązuje też totalny reżim sanitarny i chyba nikt nie odważyłby się wejść w takie miejsce bez maseczki.

Zrobiło się ciemno, przejechaliśmy już 900 kilometrów. Za kilka chwil przekroczymy granicę Hiszpanii. Resztki światła zachodzącego słońca pochłonęła ogromna, podobna do demona chmura. Tak wita nas Katalonia. Jeszcze kilka kilometrów i będziemy w hotelu w miasteczku Vilabertran. A przynajmniej tak się nam wydaje…