Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Belgentier, jak wiele miasteczek na świecie ma swojego słynnego „syna”, którym może się chwalić. Tą słynną osobą był niejaki Nicolas – Claude Fabri de Peiresc, urodzony w 1580 roku. Zapewne nikt poza kilkoma ludźmi na świecie i mieszkańcami Belgentier i okolic nigdy o nim nie słyszał, ale pan Mikołaj Fabri jest wart uwagi. Po pierwsze przyjaźnił się z Galileuszem, po drugie sam Isaac Newton wykorzystał jego prace z zakresu optyki. A przede wszystkim odkrył Wielką Mgławicę Oriona, dzięki czemu czterysta lat później mogły powstać takie dzieła jak „Faceci w Czerni” („Men in black”).
Pan Fabri i jego odkrycia nie zostały upamiętnione w żaden widoczny sposób. Natomiast na muralu, z którego również słynie miasteczko, a który jest namalowany na tylnej ścianie kościoła przedstawione jest przybycie niejakiego Ludwika numer czternaście, aka Le Roi-Soleil (Król Słońce).
To chyba tyle historii. Jak na takie małe miasteczko jest jej ogromna ilość. Łazimy jeszcze chwilę, podziwiając stare mury i spokój tego miejsca. Francoise kupuje jeszcze bagietki w piekarni i idziemy podziwiać miasteczko z innej strony.
Miasteczko z innej strony jest zielone i cieniste, pachnące mokrymi liśćmi i świeżością. Płynie tamtędy rzeka Gapeau, niezbyt szeroka, niezbyt długa (ok. 42 km), za to czysta i zielona:
Rzeka Gapeau w Belgentier / River Gapeau, Belgentier
Otoczeni wieczornym chłodem i zapachem fermentujących fig wracamy do domu naszych gospodarzy. Zostajemy jeszcze chwilę w ogrodzie, potem kolacyjka i spać. Jutro w drogę, ponad 1700 kilometrów.
U naszych Francuzów, czyli w maleńkim miasteczku w Prowansji, ukrytym wśród lesistych wzgórz departamentu Var. Miasteczko nazywa się Belgentier i mieszkają w nim Francoise i Christian, wraz ze swoimi dwoma psami. Zaraz po przyjeździe Christian zrobił mi egzamin ze znajomości prawidłowego wymawiania nazwy „Belgentier”. Okazało się, że wymawiam to źle i musiałam kilka razy powtórzyć poprawną wersję, czyli „belżątie„. Ufff.
Uliczka w Belgentier / Narrow street in Belgentier
Było słoneczne południe, wyruszyliśmy z domu wąskimi, pustymi uliczkami, po starym bruku, pamietającym być może czasy średniowiecza. Przy ulicach rosną wielkie drzewa figowe i akurat we wrześniu owoce dojrzewają i spadają setkami na ziemię, tworząc lepkie plamy, na których żerują motyle, pszczoły i inne latające łasuchy.
Wesoły pan kierowca koniecznie chciał, żeby zrobić mu zdjęcie 🙂
Pniemy się lekko w górę drogą, która ma nas doprowadzić do centrum. Miasteczko ma niecałe dwa i pół tysiąca mieszkańców (po II Wojnie było ich zaledwie pięciuset), więc trudno nam sobie owo centrum wyobrazić.
Belgentier
Christian opowiada zalewa nas informacjami: mają szkołe podstawową, klub sportowy i wszystko, co jest potrzebne do życia – une boulangerie (piekarnię), une boucherie (sklep z mięsem), une supérette (mały sklep samoobsługowy), un coiffeur (fryzjer), une maison de la presse (redakcję gazety?), deux bar-tabacs (dwa bary, do jednego z nich nie chodzą), deux restaurants (dwie restauracje) et une pizzeria.
Belgentier
Budynki są coraz bardziej okazałe, czyli centrum blisko. Nadal jest pusto, większość okiennic pozamykana. To wielkie drzewo to ponoć sekwoja, a postać obok to oczywiście Przypadkowy Turysta, czyli Pan i Władca 🙂
Belgentier
Christian postanawia zaprowadzić nas do Merostwa, które jest miejscem jego pracy, i choć nie bardzo rozumiem, jaką pełni funkcję, to jest taki dumny z siebie, że z radością idziemy za nim i Francoise (widoczni na zdjęciu u góry po prawej). W cienistych uliczkach jest przyjemnie, wrześniowy upał dociera tylko do granicy cienia.
Streets of Belgentier / Uliczki Belgentier
W Merostwie, które o tej porze jest nieczynne, Christian z dumą pokazuje nam kilka pomieszczeń, jakby sam wybudował i urządził budynek. Tuż obok jest niewielki kościół Notre-Dame-de-l’Assomption.
Wejście do kościoła w Belgentier / Entrance to Belgentier’s church
Na niewielkim placu przed kościołem pomnik poległych w Wielkiej Wojnie. Takie pomniki stoją w każdym mieście i miasteczku we Francji i w Wielkiej Brytanii, być może nawet we wszystkich krajach Europy Zachodniej. Często w kościołach są tablice z nazwiskami poległych, którzy pochodzili z danej miejscowości,
Tak widział ją Paul Cezanne około sto lat temu. Jest to jeden z obrazów z cyklu „Góra Sainte-Victoire”. W 2001 jeden z obrazów z tej serii został sprzedany na aukcji w Nowym Jorku za 38 milionów dolarów. Moje zdjęcie góry jest dla was za darmo 🙂
Nabrzeże skończyło się przed ogrodzeniem Prefecture Maritime (Prefektura Morska). Wielki budynek, przed którym przystojni oficerowie francuskiej Marynarki paradują w swoich ślicznych mundurach – trudno nie rozpoznać jego przeznaczenia. Działa przed wejściem mają zapewne odstraszać sznury panien, co za mundurem.
Prefecture Maritima a Toulon
Prefecture Maritime a Toulon
My jednak skręcamy w prawo, nie zważając na to, że zaraz za budynkiem Prefektury jest Musee de la Marine (Muzeum Marynarki Wojennej), w którym można obejrzeć wiele modeli statków i okrętów, marynistyki i oczywiście dowodów na wielkość Tulonu i jego historii. (Muzeum mogą zwiedzać za darmo osoby poniżej 26 lat). Dalej można dojść do bazy Marynarki Wojennej i do Marsylii.
My jednak zagłębiamy się w cieniste uliczki miasta Toulon, które mają opowiedzieć fascynujące historie piratów, więzień i ekspedycji w odległe miejsca.
Toulon nie byłby francuskim miastem, gdyby nie można było iść na jeden z miejskich targów ze świeżymi produktami z okolicznych farm, z lokalnym jedzeniem i tysiącem prowansalskich przysmaków, odzieżowego badziewia i wątpliwych dzieł sztuki z Północnej Afryki. W Toulonie jest kilka takich miejsc, a my właśnie trafiliśmy na największy z nich, Le Marche du Cours Lafayette.
Le Marche du Cours Lafayette
Targ, jak to we Francji, jest otoczony kawiarniami, w których bardzo zapracowani ludzie spędzają mnóstwo czasu na gadaniu, rozgladaniu się dookoła, plotkami i ogólnie pojętym relaksowaniem się wraz z rodziną i znajomymi. Z empirii wiem, że przesiadywanie w kawiarnia, bistro i barach jest sportem narodowym i prawdę mówiąc jest to świetny rodzaj sportu.
La rue a Toulon
Francoise kupuje le cade i jakieś inne przysmaki z wózka na targu, pewnie chce mieć z głowy kolację po powrocie do domu i idziemy dalej, chłonąc zapach toulońskich uliczek. (łokieć na zdjęciu należy do Christiana)
Coraz częściej moje podróże, zamiast skupiać się na poznawaniu nowych miejsc i ludzi, skupiają się na… jedzeniu. Zamiast oglądać kolejny kościół, czy stację benzynową, ja sprawdzam okoliczne gastronomie, a ślina kapie mi z pyska.
Kuchnia prowansalska opiera się na trzech potężnych filarach, z których każdy, nawet osobno jest pyszny. Te filary to czosnek, oliwa i zioła… prowansalskie.
Zanim pójdę coś zjeść opowiem o najbardziej popularnych prowansalskich smakołykach, przyrządzanych od wieków w wiejskich domach, garkuchniach i eleganckich restauracjach:
Po pierwsze – AIOLI – sos, który mogę jeść do wszystkiego, albo do niczego. Robi się go jak majonez, ale najpierw trzeba utrzeć czosnek z solą na miękko, dodać zioła (zgadnijcie jakie), żółtko, a potem powoli dodawać oliwę (!), ucierając cały czas takim patykiem zakończonym kulką.
Po drugie – FOUGASSE – to fantastyczny chleb prowansalski z pszennej mąki, z dodatkiem tymianku, rozmarynu, koziego sera, oliwek, orzechów i innych cudów, chociaż może nie wszystkich naraz
Po trzecie – CADE – rodzaj placka z mąki grochowej. Podaje się go na ciepło, posypanego solą i pieprzem.
Cade
Po trzecie – CHICHI FREGI – przysmak pochądzący z Marsylii, sprzedawany na ulicach i wszędzie. Jest to rodzaj pączków z mąki pszennej i grochowej, do których dodaje się drożdże i aromat pomarańczowy, piecze się w tłuszczu wielkie placki 15 x 10 cm, a potem obtacza w cukrze – pudrze. Geneza nazwy jest ciekawa: w języku małych dzieci „zizi” oznacza siusiaka. W lokalnym narzeczu dorosłych nazwa ta brzmi „chichi”. I wierzcie mi, te wielkie słodycze bardzo czesto przypominają penisy.
Chichi fregi
Wybrałam formę bardziej kiełbaskową. Są smaczne, ale nie można ich zjeść za dużo z powodu tłustości.
Po czwarte i najsmaczniejsze – CAULISSONS. Jadłam już w życiu tysiące różnych słodkości, ale caulissons są jedyne w swoim rodzaju i przepyszne i mogłabym ich zjeść czterdzieści pięć za jednym posiedzeniem. Caulissons to małe ciasteczka – na spodzie opłatek, na tym śliczna warstwa masy migdałowej z kandyzowanymi owocami, a to wszystko polane warstwą czegoś z likierem pomarańczowym. Te najbardziej oryginalne pochodzą z Aix-en-Provence.
Prowansalskie przysmaki
Jak widzicie zeżarłam już prawie całe pudło, ale zanim zeżarłam, to sfotografowałam je w towarzystwie soli z Camargue (z tymiankiem), galaretki z fig (jeszcze nie otworzyłam) i miodu lawendowego, który nie pachnie lawendą i jest mdły. A teraz idę posmarować kromę masłem orzechowym i dżemem.
Miasteczko Baux-de-Provence ma tylko 22 stałych mieszkańców! Trudno w to uwierzyć, dopóki nie podejdzie się bliżej i nie dostrzeże się z zaskoczeniem, że miasteczko składa się głównie z ruin…
Docieramy po kamiennych schodach zziajani z parkingu u stóp wzgórza, na którym dumnie prezentują się ruiny miasteczka, a wyżej ruiny zamku. Zamek posiada ogromne katapulty i inne bojowe sprzęty wojenne z czasów średniowiecza.
Near entrance
Na zdjęciu powyżej mury obronne twierdzy, budowanej od XI do XIII wieku przez władcę tych ziem, którego ród według rodu, pochodził od biblijnego Baltazara. Budowane jakąś tania siłą roboczą, ale o tym historia niechętnie wspomina. Oczywiście dzieje twierdzy są równie burzliwe, jak historia wszystkich innych twierdz w średniowieczu.
Near entrance
Przez Baux przewija się 1,5 miliona zwiedzających rocznie, co widać na załączonym obrazku. 22 mieszkańców kontra turyści…
Beaux-de-Provence – street
W czasach „ancien regime”, czyli w czasach Ludwików o różnych numerach Baux trafiło do korony francuskiej, wcześniej przechodząc z rąk do rąk między władcami królestw włoskich. W połowie XVII wieku miasteczko i okoliczne ziemie zostały podarowane Księstwu Monako, co dało Grimaldim prawo do tytułu Markiza Baux.
Beaux de Provence- Merostwo
Dziedziniec, który prowadzi do Merostwa jest również w ruinie tzw. kontrolowanej, czyli raczej nie powinno się nic nikomu zwalić na głowę. Jest uroczy, a detale ujawniają minioną urodę i znaczenie tego miejsca w dawnych czasach:
Beaux-de-Provence
Na początku XIX wieku w okolicy odkryto złoża boksytów, eksploatowane jeszcze w XX wieku. Obecnie ekonomia opiera się głównie na turystyce i trochę na produkcji oliwy, a jeszcze bardziej trochę na małych warsztatach rzemieślniczych. W każdym razie dochód roczny na domostwo wynosił trochę ponad 22 tysiące euro. Hm.
Beaux-de-Provence – street view
Co by wam jeszcze powiedzieć o Baux? Produkuje się tu wino czerwone i różowe, sklasyfikowane w 1956 roku jako Coteaux-d’aix-en-provence i robią go około 6.000 hektolitrów rocznie. To raczej nie są wielkie ilości, natomiast wiatr mistral wieje tu silnie przez 100 dni w roku, a przez 83 dni słabo.
Beaux-de-Provence – street view
Poza tym Baux należy do stowarzyszenia Najpiękniejszych Miasteczek Francji (Les Plus Beaux Villages de France), co jest przynależnością bardzo prestiżową. A, nie napisałam jeszcze, że nazwa Baux w języku okcytańskim (prowansalskim) znaczy „klif”, „skalista skarpa”.
Beaux-de-Provence – view from the bailey
Widok z murów obronnych. Poniżej jest pionowa skała nie do zdobycia przez średniowiecznego rycerza. Ani nikogo, oprócz himalaistów – desperatów. W okolicznych jaskiniach mieszkali kiedyś ludzie… co ja mówię, kiedyś. Nadal mieszkają, co widać na obrazku poniżej. Tylko teraz mają drzwi, okna i internet.
Beaux-de-Provence – view from the bailey
INFO: Zamek, czyli Chateau jest otwarty latem od 9 do 20:30. W kwietniu, maju, czerwcu i wrześniu od 9.00 do 19.15, od listopada do lutego od 10.00 do 17.00.
Parkingi koszują 5 Euro, a wejście na zamek od kwietnia do września to koszt 10 E (ulgowy 8,-), od października do marca 8,- E, ale wtedy jest bez rycerzy i strzelania z kuszy.
CIEKAWOSTKA: w gminie Baux w 1998 był kręcony jeden z moich ulubionych filmów – RONIN Johna Frankenheimera
W sercu Val d’Enfer (Doliny Piekła), w departamencie Bouches-du-Rhone, niedaleko miasteczka Beaux-de-Provence (dojazd drogą 27) jest miejsce, zwane Carrières de Lumieres (Kamieniołomy Światła). Ukryte wsród wapiennych skał, często wyrzeźbionych przez wiatr na kształt potworów, trolli i ich maczug przypomina wielkie katedry stworzone przez maszyny budowlane. Natomiast wejście zostało zaprojektowane przez budowniczych świątyń w Egipcie jakieś 3.000 lat p.n.e. I maszyny budowlane.
Carrieres de Lumieres
Kamieniołomy powstały w średniowieczu, kiedy budowano zamek w Beaux-de-Provence. W latach 30-tych ubiegłego wieku (dwudziestego) kamieniołomy zamknięto z powodów ekonomicznych, a w 1959 Jean Cocteau, zauroczony miejscem postanowił nakręcić tu swój awangardowy film „Testament Orfeusza”.
Upłynęło 16 lat. Miejsce wpadło pod administrację niejakiego Alberta Plècy, który postanowił zorganizować pokaz obrazów wyświetlanych wprost na gigantycznie wysokie skały i nazwał ten spektakl i miejsce Katedrą Obrazów. Tematyka jest zmieniana corocznie – od Picassa w 2009 roku (250 000 odwiedzających) poprzez impresjonistów, Klimta i innych malarzy wiedeńskich i wielu innych. Obrazy są niesamowite, ich wielkość sprawia, że czujemy się otoczeni przez kolory i dźwięki, trochę przytłoczeni przez gigantyczne postaci. Wpiszcie w wyszukiwarkę http://www.carrieres-lumieres.com albo tylko carrieres de lumieres i obejrzyjcie obrazy. Warto.
My trafiliśmy na spektakl Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Rafael. Obrazy z tego okresu są ciemne, więc i wnętrza były bardzo ciemne. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie posadzki, na które wyświetlano zdjęcia posadzek watykańskich.
Province – Carrieres de Lumieres
Kiedy się kroczy po takich watykańskich pięknościach, przepięknych mozaikach i marmurowych wzorach, wydaje się, że przestrzeń jest ruchoma i otacza nas jak tkanina (uwaga na zawroty głowy, serio).
Musiałam trzymać się ściany, wrażenie „płynięcia” przestrzeni wokół było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Obrazy zmieniają się często, są wyświetlane równocześnie na wszystkich ścianach „katedry” i wierzcie mi, tych ścian są dziesiątki. Mogłam więc widzieć setki ohydnych, tłustych aniołków Rafaela, ale reszta była wspaniała.
INFO: Spektakl trwa około 40 minut, ale wcale nie trzeba wychodzić po zakończeniu, można tam spędzić cały dzień. Później można obejrzeć (w innej katedrze) rzeczony film Jean’a Cocteau. Cena biletu dla dorosłego to 10,50 euro, dzieci poniżej 7 lat i dziennikarze wchodzą za darmo! Spektakl o malarstwie renesansu potrwa do 3 stycznia 2016. Następny zacznie się 4 marca, a tematym będzie Marc Chagall i Alicja w krainie czarów…
Jedziemy dziś do Saint – Rémy. Nie wiem gdzie to jest dokładnie, ale wiem, że na południe od Avignon. Nasi Francuzi opowiadają nam o wszystkim, co widać po drodze, a ja wypatruję pól lawendowych, które pewnie są … nie tutaj. Tutaj są pola kukurydzy, plantacje drzew owocowych i winorośli. Pytam Christiana o tutejsze wina, ale macha tylko lekceważąco ręką i jak to Francuz wydyma usta. No dobra, ale i tak chciałabym spróbować.
Saint Rémy to kolejne małe, urokliwe, prowansalskie miasteczko, w którym chciałoby się mieszkać, choć przez rok. Wydaje się, że w takich miasteczkach nie ma problemów, wszyscy są życzliwi, uprzejmi i szczęśliwi, a cały okrutny i brutalny świat jest gdzieś daleko, a zło nigdy nie przekroczy miejskich rogatek.
Saint-Remy de Provence
Saint-Remy de Provence
Saint-Remy-de-Provence
Po tych uliczkach chadzała księżniczka Karolina z Monako, która mieszkała tu przez kilka lat. Innym słynnym mieszkańcem Saint Rémy był niejaki Vincent van Gogh, który przez dwa lata był pensjonariuszem pobliskiego domu waria… przepraszam, szpitala psychiatrycznego (w klasztorze Saint-Paul de Mausole), ale on raczej się nie przechadzał.
Ale w Saint Rémy urodził się ktoś, kto przewyższył sławą van Gogha, a nawet księżniczkę Karolinę z Monako. Tym kimś był facet o ksywie Nostradamus.
Był rok 1503, kiedy się tu urodził. Nie wiem, czy kiedykolwiek przepowiedział coś w swoim domu, ale myślę, że nie zdążył, bo po 15 latach wyjechał na studia do Avignon, a po studiach włóczył się po Prowansji zbierając zioła… hm.
Sant-Remy de -Provence – Nostradamus House
(wybaczcie ten kawałek palucha). A, tak naprawdę nazywał się Michel de Nostredame, a na ścianie domu wisi tablica, która opowiada całą historię:
Opuszczamy Rue de Hoche, bo trzeba wrócić z renesansu do współczesności. Współczesność objawia się w sposób magiczny (sklepik „Koń na biegunach”):
Wiele małych sklepów sprzedaje nie tylko lawendę, która jest wszędzie i mydło marsylskie, które też jest wszędzie, ale przede wszystkim wspaniałości do jedzenia:
Saint-Remy de Provence – lovely shop
Co my tu mamy? Farandole prowansalskie, miód lawendowy, confit z zołami prowansalskimi, soki, bisquity o smakach różnych, tapenady z oliwek, czosnku, kaparów i anchois, musztardy z pastisem, konfitura z cytryn, musztarda a la truffe, karczochy z bazylią, konfitura z cebuli z miodem, miód kasztanowy…
Lovly shop a Saint Remy de Provence
… olej lawendowy, pasztet z oberżyny, syrop tymiankowy i kasztanowy, ocet truskawkowo-figowo-pieprzowy, makaroniki z miodem i lawendą, ratatuille, ogórki z miętą…
Zdarzyło wam się, żeby ktoś wyciskał dla was na śniadanie sok ze świeżych pomarańczy, a potem wiózł was wiele kilometrów, żeby pokazać wam kawałek swojej ojczyzny? Nasi Francuzi tak właśnie robili każdego dnia naszego u nich pobytu. Śniadania w w Prowansji to głównie brioszka z masłem / konfiturą, popijana mocną kawą. Na słodko. Mniam. Ale wolę więcej protein.
Po godzinie dotarliśmy do małego miasteczka otoczonego wysokimi, skalistymi zboczami gór Vaucluse, porośniętymi gdzieniegdzie zielonym czymś w dużych ilościach. To wszystko odbija się w rzeczce zwanej Sorgue
Fontaine de Vaucluse – la riviere Sorgue
Rzeka Sorgue jest tak intensywnie zielona, że nawet Chicago River nie jest tak zielona w Dzień św. Patryka. Te szare plamki to kaczki, grubiutkie i zadowolone. Idziemy w górę rzeki, jej prawym brzegiem. Restauracje, kawiarnie, sklepy i stragany z pamiątkami, mydłem marsylskim, oczywiście lawendą w setkach odsłon i figurkami do bożonarodzeniowej szopki, robionej tu przez wszystkich… na Boże Narodzenie.
Pod poziomem ulicy, tuż nad wodą, jeden za drugim, w długim korytarzu, przypominającym bunkier ciągnie się szereg trochę innych sklepów. Tym razem pojawiają się cukiernie z łakociami, jakich nie powstydziłby się sułtański dwór. Obok sklep z zabawkami i regionalne delikatesy, perfumerie, a wszystko to lokalne, swojskie, PROWANSALSKIE!
Na samym końcu niespodzianka – tradycyjna fabryka papieru. Tradycyjna, czyli stara, średniowieczna, robiąca papier czerpany, gruby, piękny.
Fontaine de Vaucluse – paper manufacture
To maszyna, która za pomocą tłoków (?) międli masę papierową w różnych fazach umiędlenia. Właściwie to tylko ta z lewej pracowała. Tam, skąd pada światło są wielkie koła napędzane przez wodę i te koła napędzają z kolei tę skomplikowaną maszynerię na dole.
Fontaine de Vacluse p papier manufacture
Dalej masa papierowa jest zabierana przez pracownika, wylewana na jakieś tace / sita, gładzona i urobiona na kształt karty papieru.
My też idziemy dalej, mijając takie widoczki:
Fontaine de Vaucluse – la riviere Sorgue
Wokół piętrzą się się jeszcze wyższe góry z jaskiniami, w których w neolicie mieszkali neardentalczycy. Podobno. Teraz pniemy się pod górę do miejsca, dla którego ludzie przyjeżdżają do tego miasteczka – do Żródła.
F ontaine de Vaucluse – La Source
La Source (Źródło) otoczone jest owalnie przez strome klify wysokie na 230 metrów. W starożytności było miejscem kultu, współcześnie jest obiektem badań naukowców. Do tej pory nie udało się dotrzeć do jego dna, robot zanurzył się na głębokość – 308 metrów. Jak głęboka jest La Source? Nie wiadomo i nie wiemy czy kiedykolwiek ujawni swoje sekrety. Wiadomo natomiast, że w porze topnienia śniegu woda płynie z prędkością 110 m3 na sekundę.
W tym roku, jak widać, stan wody jest bardzo niski. Najstarsi mieszkańcy nie pamiętają tak niskiego stanu wody, która w czasie deszczowych lat sięgała wysoko – na skałach po prawej stronie od wejścia widać znaczniki poziomu wody.
Fontaine de Vaucluse – cliff of La Source
Byłam dzielna i udałam się stromą ścieżką do źródła. Woda ciemnozielona, prawie czarna i zupełnie nieruchoma. Taka mała groza na słoneczne przedpołudnie.
Fontaine de Vaucluse – La Source
Zdyszana wróciłam na górę i poszliśmy zobaczyć inne atrakcje miasteczka
Kościół św. Verana, który żył w VI i jak większość katolickich świętych narozrabiał obrzydliwie. Zburzył pogańską świątynię poświęconą Źródłu, a na jej miejscu postawił świątynię poświęconą Dziewicy. Hm.
Zamek Biskupów de Cavaillon – górujące nad miasteczkiem ruiny.
CIEKAWOSTKA: w latach 1337 – 1353 w Fontaine de Vaucluse mieszkał Francesco Petrarka. Tam napisał najpiękniejsze sonety, po spotkaniu po raz pierwszy Laury de Noves w kościele św. Klary w Avignon (było to 6 kwietnia 1327 roku). Potem pojechał do Włoch, gdzie zmarł w mieście Arqua. Muzeum Petrarki jest w miasteczku.
INFO: Parkingi są nawet w centrum miasteczka. Najlepiej jechać tam poza sezonem. Cena: 4 EUR za samochód. Muzeum Petrarki otwarte od 10 do 12 i od 14 do 18, trochę inaczej w sezonie od czerwca do 1 października. Bilet kosztuj 3,50 EUR, ulgowy i dla grup – 1,50 EUR.
31 sierpnia zostawiliśmy psa pod opieką wielu wujków i wyruszyliśmy w drogę. Droga wlokła się ponad 1200 kilometrów w pierwszym dniu i resztę dnia drugiego. W sumie 1750 kilometrów ciągnących się w nieskończoność przez Brno, Wiedeń, Graz, potem drogą A4 z Wenecji do Padwy, na Weronę i Brescia, następnie prawie prosto na południe na Cremonę, w końcu drogą ciągnącą się południowym wybrzeżem Włoch i Francji, składającą się głównie z tuneli i wiaduktów nad przepaściami (to trzeba przeżyć, zwłaszcza kiedy ma się lęk wysokości), przez Monaco i Niceę. Około 20 km przed Tulonem skręciliśmy na północ i już…
Sama droga to osobna historia, oszałamiające widoki, zapierające dech wysokości, widok morza w tysiącach odcieni niebieskości w krótkich odcinkach drogi pomiędzy tunelami, zmęczenie i coraz większe pragnienie, żeby to się wreszcie skończyło.
Przyjechaliśmy do Belgentier późnym popołudniem i dosłownie wypadliśmy z samochodu na asfalt niewielkiego parkingu. Otoczyło nas słoneczne ciepło, pachnące ziołami i kurzem, cisza małego miasteczka w której gdzieś szemrała łagodnie woda.
Zadzwoniliśmy do Naszych Francuzów. Okazało się, że jesteśmy prawie naprzeciw bramy ich domu i wreszcie wpadliśmy w ich zadowolone (nie wiedzieć czemu) objęcia.
Poniżej: dom Naszych Francuzów, przepięknie położony w dolinie wśród wzgórz, na skraju miasteczka:
Przywitały nas również psy naszych gospodarzy, trochę mniej zadowolone (nie wiedzieć czemu) – Pani Shoubie i Pan Bouchon. Później się zaprzyjaźniliśmy, ale początki były trudne: