Dzień piąty – szpanując na Sylt

Sylt jaki jest, każdy (każdy, kto kiedykolwiek interesował się choćby turystyką, o geografii Europy nie wspominając) widzi – podłużny, bogaty i bardzo piaszczysty z jednej strony. Jest miejscem szpanerskim, drogim i zawsze modnym, a wszyscy Niemcy, których znam chcieliby tam zamieszkać, oprócz 20 tys. które już tam mieszkają.

Na wyspę można się dostać tylko drogą powietrzną, promem albo pociągiem, który zabiera również samochody. My zostawiliśmy auto przed maleńkim dworcem:

Train station Niebull – on the road to Sylt

Bilet dla dwojga dorosłych plus wielki pies tam i z powrotem kosztował 25 euro (nie pies tam i z powrotem, tylko podróż), co jest kwotą ogromną, zwłaszcza za psa, który całą drogę leżał wystraszony pod ławką. Podróż trwała pół godziny i nie okazała się wstrząsająco interesująca. Wyskoczyliśmy na peron w Westerland. Cóż… ruchliwa ulica, taka nieciekawa. Taksówki, jakiś autobus, pies zaraz zrobił kupę na klombie przed budynkiem dworca.

Train station Westerland Sylt

To właśnie ten dworzec i TEN klombik, gdzie na szczęście były woreczki, co widać na załączonym powyżej obrazku. A na placu dworcowym – zielone ludziki:

Green People Westerland / Sylt

Zieloni turyści? Nie dowiedzieliśmy się, bo odkryliśmy drogę na plażę i plażę również:

Sea border Westerland / Sylt

Wstęp na plażę kosztuje 1,75 euro za osobę, pies się załapał za darmo. Nie wiem, czy ta cena obowiązuje również w latem. Dziś jest 12 marca, więc może załapaliśmy się na jakąś taniochę? Plaża jest wielka, morze piękne, ale to miasteczko jakoś tu nie pasuje. Wszystkie przepiękne domy, z których słynie Sylt są wszędzie, tylko nie w największym mieście wyspy. Tak wygląda Westerland od strony wysokich wydm:

Sylt / Westerland – view from the dunes

Od strony plaży wygląda to jeszcze bardziej nieodpowiednio. Hotele zupełnie nie pasują do klimatu wyspy i doprawdy nie wiem, czemu wszyscy chcą tu przyjechać:

Sylt / Westerland – hotels

Posiedzieliśmy na piasku, nawdychaliśmy się spalin ze spychaczy, ciężarówek i traktorów, które licznie nawiedzały dziś (?) plażę i postanowiliśmy wracać. Wracając nie mogliśmy ominąć szpanerskiej głównej ulicy, pełniącej rolę deptaku, promenady i w ogóle tutejszego Champs-Elisees. Hotele i restauracje, markowe sklepy i butiki, w bocznych uliczkach knajpki i niewielkie sklepy – wszystko to można znaleźć na tym niewielkim kawałku ziemi:

Sylt / Westerland

Wyobrażam sobie tłumy, które przewalają się tędy każdego dnia w „sezonie” i cieszę się, że zaliczyłam to przed sezonem i raz i wystarczy. A pomyśleć, że w 1804 żyło tu tylko ok. 430 mieszkańców. I komu to przeszkadzało?

Sylt / Westerland

Polonica: W latach 1951 – 1963 burmistrzem wyspy był zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth. Rząd RFN nigdy nie zgodził się na ekstradycję zbrodniarza, zamiast tego przyznając mu generalską rentę. Dopiero w 2014 roku na gmachu ratusza pojawiła się dwujęzyczna tablica o następującej treści:

Warszawa, 1 sierpnia 1944

Żołnierze  Polskiego  Państwa  podziemnego  przystępują  do  walki   przeciwko   niemieckiemu okupantowi

Powstanie zostaje stłumione przez reżim nazistowski

Ponad 150 000 osób zostaje zamordowanych, niezliczona jest liczba rannych i maltretowanych mężczyzn, kobiet i dzieci

Heinz Reinefarth, od 1951 do 1963 burmistrz Westerlandu, był jako dowódca grupy bojowej współodpowiedzialny za tę zbrodnię.

Zawstydzeni pochylamy się nad ofiarami z nadzieją na pojednanie.

W 70 rocznicę Powstania Warszawskiego

Dzień trzeci – szukając chałupy

Już jakiś czas temu postanowiliśmy, że na emeryturze zamieszkamy w jakimś miłym kraju, w którym panuje swoboda światopoglądowa, gdzie panuje ogólna laicyzacja i zdrowy rozsądek. Postanowiliśmy zacząć od Niemiec, bo czemu nie? 

Zaopatrzeni w adresy i numery agentów od nieruchomości, z którymi poumawialiśmy się już tydzień wcześniej, wyruszyliśmy rano. Na południe. Pięć domów na zachodzie, jeden nad Bałtykiem, zwanym tutaj Ostsee.

Pierwszy dom był cudny, biało-niebieski:

Little house

Po pierwsze – tuż przy torach. Po drugie – malutki, mniej niż 70 m2. Po trzecie – pleśń, która siedzi w ścianach. Odpada.

Potem jest ciągle gorzej. Dom z pleśnią, dom tuż przy drodze krajowej, tam dach przecieka, a inny za duży, z kilkoma przybudówkami w malutkim ogrodzie, a inny wymaga strasznego remontu, a w naszej lidze trzeba się liczyć z każdym euro/groszem.

Jedziemy do Oldenburga, na wschodzie landu. To ostatni dom dzisiaj, więc liczymy na mały cud, że może wreszcie będzie coś fajnego. Dom jest duży, ładny, na wielkiej, zarośniętej działce, ma piękne podłogi, śmierdzi pleśnią, dach przecieka, agentka jest nieuprzejma, w sąsiedztwie mieszkają konie i śmierdzi, ale do plaży jest około 3 kilometry. Jedziemy więc na plażę

Baltic seaside in Germany

Kolor nieba jest wstrząsający i zapach morza, wodorostów i wakacji.

Baltic seaside – Germany

Prawie bezludne wydmy ciągnące się kilometrami i biały piasek z milionami kamieni. Fajnie byłoby tu mieszkać i chociaż raz w tygodniu iść i iść…

Wracamy. Po drodze odwiedzamy miasto Schleswig, ale jest zaniedbane i senne. 

Schlezwig town

Dzień drugi – Morze pełne Wattów

Niedziela. Trudno się ruszyć z domku naszego zastępczego. Wieje i jest zimno, mokro i ponuro, choć świeci słońce. Nawet pies chętnie wrócił ze spaceru. Pewnie słyszał o szeryfach tutejszych, strażnikach przyrody czy jak ich nazwać, którzy mają prawo zastrzelić psa, który biega bez smyczy dalej niż 200 metrów od domu. Hm… urzędnicy nawiedzeni.

Nasza gospodyni wpadła na kawcię i przez pół dnia opowiadała o życiu w Północnej Fryzji (bo tu właśnie jesteśmy). Okazało się, że ona też nie stąd, tylko z miasteczka oddalonego o 60 km. na wschód. Dowiedzieliśmy się, że mieszkają tu (jej mąż i 2 synów) od 10 lat i dopiero ostatnio sąsiedzi zaczęli im mówić „dzień dobry”. Dotąd byli tu nowi, a tutejsi nie ufają obcym. Co kraj to obyczaj, w Polsce w niektórych rejonach jest jeszcze gorzej.

Nasze szlachetne dupy ruszyliśmy dopiero po południu. Wypędził nas głównie apetyt na coś innego niż chińskie zupki, ale wszystkie sklepy były już zamknięte w najbliższym miasteczku zwanym Niebull. Odkryliśmy tam knajpę otwartą, do której pies nie bardzo chciał wejść, a my go nie posłuchaliśmy… To, co podano nam do jedzenia zrobione było z mrożonek i sosów z torebek… Pies miał rację, choć to on zjadł większość mojej porcji. 

Nabrawszy sił mieliśmy do wyboru – wracać do domku, czy wreszcie sprawdzić, co to jest Morze Wattowe, które wcale morzem nie jest. W każdym razie morze, które morzem nie jest ma 450 km długości, od wyspy Texel w Holandii do wyspy Fanø w Danii. Jest to najprościej ujmując obszar wodno-błotny, czasem bardziej wodny, a czasem bardziej błotny, o szerokości od 10 do 30 kilometrów. Czyli takim płytkim błotem można iść od 10 do 30 kilometrów w stronę morza i dopiero po przejściu tego dystansu natknąć się na normalne morze, takie jakie znamy z powieści o morzu – taka wielka woda z falami, statkami, syrenami i wilkami morskimi.

Najpierw widać wysoki nasyp, na który trzeba się wspiąć, żeby zobaczyć to:

Wattermeer

 Tu na horyzoncie widać prawdziwe morze. Plaża zrobiona jest z trawy, a piasek widać gdzieniegdzie wśród wodorostów i błota. Podejrzewam, że latem chyba tu pachnie gnijącymi wodorostami? Faktem jest, że cały ten obszar od Holandii po Danię to trzy wielkie Parki Narodowe – po jednym na każdy kraj.

Wattermeer

Szukaliśmy jeszcze tych Wattów, ale pewnie z powodu zapadającego mroku żadnego nie znaleźliśmy. 

Dzień pierwszy – jadąc i nudząc się

Jedziemy, jedziemy, jedziemy… Monotonia przerywana postojami na parkingach, z których to postojów najbardziej cieszy się pies, bo nowe zapachy i jakiś snaczek i zaznaczanie terytorium i można rozprostować ogonek i resztę. Wieje zimnem, jak to w marcu, nie chce się nawet wysiadać z samochodu. Jedziemy na północny wschód, mijamy Berlin z lewej, na południu zostawiamy Hamburg, a potem to już blisko – kilka godzin i przekraczamy granicę krainy zwanej Schleswig-Holstein. Jej historia jest równie skomplikowana co inne historie innych krajów, ale nie czas o tym pisać. 

Teraz jedziemy drogą nr 7 na Flensburg. Im dalej na północ, tym więcej podmokłych pól, długowłosych krów z wielkimi rogami i prześlicznych domów krytych strzechą:

To dla takich domków chciałam tu przyjechać, oprócz oczywiście wielu innych powodów. W każdym z tych domów chciałabym mieszkać, każdy z nich chciałabym mieć, pod warunkiem, że będzie mały i przytulny.

Zrobiło się trochę cieplej i mimo że jest pochmurno i mroczno, to pięknie oświetlone wioski i miasteczka po drodze dają jakiś świąteczny nastrój. A może mi się zdaje.

W każdym razie nie myślcie, że są tu tylko stare chałupy kryte strzechą. Są też takie kryte dachówką, gdzieniegdzie pojawiają się nowoczesne budynki typu szkło/aluminium, ale jakoś tak nie pasują do tych krów i ogólnie panującego spokoju. 

Z Flensburga skręcamy na zachód i następnych kilka godzin później, już po zmroku docieramy do naszego „domu daleko od domu”:

Maleństwo. Ale psu się podoba. Wokół ciemność i cisza, nie widać żadnych świateł, jakby nic nie było wokół. I pewnie nie ma. Ale słychać dzikie kaczki. Jutro niedziela, mamy tyle do zobaczenia, więc szybko spać.

Na północny zachód!

Jutro jedziemy, hurrrrraaaaaa!. Od dawna marazm mnie dopadł, a taki wyjazd jest jak doping i lepszy niż nowe kolczyki, albo nawet nowy stanik. I w dodatku jeszcze nigdy tam nie byliśmy, ani nawet ja nie byłam, ani Zbig, chociaż mieszkał w Niemczech jakieś 200 lat. Ooops, wydało się, jedziemy do Niemiec, ale na sam czubeczek, na sam północno-wschodni kraniuszek, zaraz, tuż obok legendarnej wyspy Sylt. No i do Danii też jedziemy. 

Jedziemy zobaczyć Morze Watowe (słyszeliście o takim?) i sprawdzić, czy to jest ewentualne miejsce do życia. Pierwszy raz będziemy mieszkać w wynajętym domku niedaleko plaży, której właściwie nie ma. I tez musimy sprawdzić co jest kiedy nie ma plaży.

Napiszę kiedy będę coś wiedzieć.