Sylt jaki jest, każdy (każdy, kto kiedykolwiek interesował się choćby turystyką, o geografii Europy nie wspominając) widzi – podłużny, bogaty i bardzo piaszczysty z jednej strony. Jest miejscem szpanerskim, drogim i zawsze modnym, a wszyscy Niemcy, których znam chcieliby tam zamieszkać, oprócz 20 tys. które już tam mieszkają.
Na wyspę można się dostać tylko drogą powietrzną, promem albo pociągiem, który zabiera również samochody. My zostawiliśmy auto przed maleńkim dworcem:

Bilet dla dwojga dorosłych plus wielki pies tam i z powrotem kosztował 25 euro (nie pies tam i z powrotem, tylko podróż), co jest kwotą ogromną, zwłaszcza za psa, który całą drogę leżał wystraszony pod ławką. Podróż trwała pół godziny i nie okazała się wstrząsająco interesująca. Wyskoczyliśmy na peron w Westerland. Cóż… ruchliwa ulica, taka nieciekawa. Taksówki, jakiś autobus, pies zaraz zrobił kupę na klombie przed budynkiem dworca.

To właśnie ten dworzec i TEN klombik, gdzie na szczęście były woreczki, co widać na załączonym powyżej obrazku. A na placu dworcowym – zielone ludziki:

Zieloni turyści? Nie dowiedzieliśmy się, bo odkryliśmy drogę na plażę i plażę również:

Wstęp na plażę kosztuje 1,75 euro za osobę, pies się załapał za darmo. Nie wiem, czy ta cena obowiązuje również w latem. Dziś jest 12 marca, więc może załapaliśmy się na jakąś taniochę? Plaża jest wielka, morze piękne, ale to miasteczko jakoś tu nie pasuje. Wszystkie przepiękne domy, z których słynie Sylt są wszędzie, tylko nie w największym mieście wyspy. Tak wygląda Westerland od strony wysokich wydm:

Od strony plaży wygląda to jeszcze bardziej nieodpowiednio. Hotele zupełnie nie pasują do klimatu wyspy i doprawdy nie wiem, czemu wszyscy chcą tu przyjechać:

Posiedzieliśmy na piasku, nawdychaliśmy się spalin ze spychaczy, ciężarówek i traktorów, które licznie nawiedzały dziś (?) plażę i postanowiliśmy wracać. Wracając nie mogliśmy ominąć szpanerskiej głównej ulicy, pełniącej rolę deptaku, promenady i w ogóle tutejszego Champs-Elisees. Hotele i restauracje, markowe sklepy i butiki, w bocznych uliczkach knajpki i niewielkie sklepy – wszystko to można znaleźć na tym niewielkim kawałku ziemi:

Wyobrażam sobie tłumy, które przewalają się tędy każdego dnia w „sezonie” i cieszę się, że zaliczyłam to przed sezonem i raz i wystarczy. A pomyśleć, że w 1804 żyło tu tylko ok. 430 mieszkańców. I komu to przeszkadzało?

Polonica: W latach 1951 – 1963 burmistrzem wyspy był zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth. Rząd RFN nigdy nie zgodził się na ekstradycję zbrodniarza, zamiast tego przyznając mu generalską rentę. Dopiero w 2014 roku na gmachu ratusza pojawiła się dwujęzyczna tablica o następującej treści:
Warszawa, 1 sierpnia 1944
Żołnierze Polskiego Państwa podziemnego przystępują do walki przeciwko niemieckiemu okupantowi
Powstanie zostaje stłumione przez reżim nazistowski
Ponad 150 000 osób zostaje zamordowanych, niezliczona jest liczba rannych i maltretowanych mężczyzn, kobiet i dzieci
Heinz Reinefarth, od 1951 do 1963 burmistrz Westerlandu, był jako dowódca grupy bojowej współodpowiedzialny za tę zbrodnię.
Zawstydzeni pochylamy się nad ofiarami z nadzieją na pojednanie.
W 70 rocznicę Powstania Warszawskiego








