c.d.
Kilka kilometrów od Longyearbyen jest Basecamp Trapper’s Station. Jest to miejsce, gdzie można poczuć klimat czasów, w których dobry psi zaprzęg był kluczową sprawą dla przetrwania podróżnika, czy trapera.
Przyczepa do przewozu psów:

Można tam zobaczyć jak wyglądało życie myśliwych i ich psów. Psów mieszka tam ponoć 90, ale nie ma możliwości się z nimi zaprzyjaźnić. Rasy pierwotne nie łaszą się do obcych.
Jest tam kilka chatek, gdzie można spędzić na przykład miesiąc miodowy w towarzystwie martwych zwierząt, a właściwie ich skór. Nie jest to miejsce dla fundamentalistycznych estetów, bo wygląda to dosyć przaśnie, ale w noc polarną na pewno ma swój urok. Można też stamtąd wyruszyć na wyprawę psim zaprzęgiem, zimą na płozach, latem na kołach, na cały dzień (8 godzin), lub na pół dnia (4 godziny), ale też na trzy, lub siedem dni, na prawdziwą, arktyczną wyprawę. Ceny od 950,- NOK (ok. 530,- PLN) za pół dnia, do 29.900,- NOK (ok. 16.800 PLN) za 7-dniową wyprawę pod hasłem „Dead or the west coast”. Są to słowa legendarnego podróżnika Fridtjov Nansena, ale … hm… sama nie wiem. Nie ma jeszcze jakiejś innej alternatywy?
Ale trzeba wrócić do codzienności w Longyearbyen, a nie mam pojęcia jak wygląda codzienność żyjących tu ludzi. Dzieci wracają ze szkoły z plecakami, najczęściej na rowerach. Para na oko 40-letnia wraca ze sklepu z zakupami. Dwie kobiety rozmawiają przed sklepem, kilku młodzieńców siedzi przed pizzerią, jakiś młody człowiek grzebie w silniku swojego skutera śnieżnego. Właściwie tak jak w każdym małym miasteczku na świecie, no może poza tym, że pod koniec czerwca wszyscy mają na sobie zimowe kurtki (nie wiem w czym w takim razie chodzą w zimie) i tym skuterem śnieżnym…
Parking przed blokiem mieszkalnym:

Tak, problem zbyt rozdmuchanej motoryzacji nijak się ma do Longyearbyen. Przed „blokami” parkują głównie „snowmobiles”, niektóre z potężnymi silnikami. Samochody są, głównie SUV i wielkie pick-up, trochę osobowych, ale nie wygląda na to, żeby nie mieli gdzie zaparkować przed bankiem czy pocztą w centrum. Wiodąca marka to Toyota.
Parking przed blokami:

CIEKAWOSTKA: w Longyearbyen nie ma przestępstw!
Pora ruszać do Svalbard Museum. Jest to ogromny, brunatny budynek prawie nad brzegiem fiordu, w północnej części miasta. Jak to w muzeum – artefakty dotyczące kultury materialnej ludzi zamieszkujących Svalbard, historia wielorybnictwa i górnictwa, flora i fauna archipelagu, ta ostatnia w postaci wypchanej. To mnie zresztą odstraszyło skutecznie – przy wejściu na sale ekspozycyjne stoi wielka głowa morsa i patrzy z wyrzutem.
Fiord i Svalbard Museum:

Slalbard Museum z innej perspektywy i znak drogowy dot. skuterów śnieżnych:

Ale w hallu można się ogrzać, skorzystać z toalety (sic!), obejrzeć filmy o przyrodzie Svalbardu, kupić książki w różnych językach, mapy, plakaty, kubki, pocztówki, zdjęcia, skóry różnych biedaków, breloczki i inne rzeczy, które prawdziwy turysta kupić musi.
INFO: muzeum jest otwarte od 10:00 do 17:00. Cena biletu – 75,- NOK (ok. 12,50,- Euro). Akceptują wszystkie karty kredytowe, euro i dolary US.
W tym samym budynku mieści się Centrum Uniwersyteckie, Norweski Instytut Polarny i Środowiskowe Centrum Informacyjne.
Wracamy do domu, czyli na statek. Przynajmniej nie ma obawy, że zrobi się ciemno i nie trafimy z powrotem…
Po drodze dokonuję niespodziewanego odkrycia:

