Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
U naszych Francuzów, czyli w maleńkim miasteczku w Prowansji, ukrytym wśród lesistych wzgórz departamentu Var. Miasteczko nazywa się Belgentier i mieszkają w nim Francoise i Christian, wraz ze swoimi dwoma psami. Zaraz po przyjeździe Christian zrobił mi egzamin ze znajomości prawidłowego wymawiania nazwy „Belgentier”. Okazało się, że wymawiam to źle i musiałam kilka razy powtórzyć poprawną wersję, czyli „belżątie„. Ufff.
Uliczka w Belgentier / Narrow street in Belgentier
Było słoneczne południe, wyruszyliśmy z domu wąskimi, pustymi uliczkami, po starym bruku, pamietającym być może czasy średniowiecza. Przy ulicach rosną wielkie drzewa figowe i akurat we wrześniu owoce dojrzewają i spadają setkami na ziemię, tworząc lepkie plamy, na których żerują motyle, pszczoły i inne latające łasuchy.
Wesoły pan kierowca koniecznie chciał, żeby zrobić mu zdjęcie 🙂
Pniemy się lekko w górę drogą, która ma nas doprowadzić do centrum. Miasteczko ma niecałe dwa i pół tysiąca mieszkańców (po II Wojnie było ich zaledwie pięciuset), więc trudno nam sobie owo centrum wyobrazić.
Belgentier
Christian opowiada zalewa nas informacjami: mają szkołe podstawową, klub sportowy i wszystko, co jest potrzebne do życia – une boulangerie (piekarnię), une boucherie (sklep z mięsem), une supérette (mały sklep samoobsługowy), un coiffeur (fryzjer), une maison de la presse (redakcję gazety?), deux bar-tabacs (dwa bary, do jednego z nich nie chodzą), deux restaurants (dwie restauracje) et une pizzeria.
Belgentier
Budynki są coraz bardziej okazałe, czyli centrum blisko. Nadal jest pusto, większość okiennic pozamykana. To wielkie drzewo to ponoć sekwoja, a postać obok to oczywiście Przypadkowy Turysta, czyli Pan i Władca 🙂
Belgentier
Christian postanawia zaprowadzić nas do Merostwa, które jest miejscem jego pracy, i choć nie bardzo rozumiem, jaką pełni funkcję, to jest taki dumny z siebie, że z radością idziemy za nim i Francoise (widoczni na zdjęciu u góry po prawej). W cienistych uliczkach jest przyjemnie, wrześniowy upał dociera tylko do granicy cienia.
Streets of Belgentier / Uliczki Belgentier
W Merostwie, które o tej porze jest nieczynne, Christian z dumą pokazuje nam kilka pomieszczeń, jakby sam wybudował i urządził budynek. Tuż obok jest niewielki kościół Notre-Dame-de-l’Assomption.
Wejście do kościoła w Belgentier / Entrance to Belgentier’s church
Na niewielkim placu przed kościołem pomnik poległych w Wielkiej Wojnie. Takie pomniki stoją w każdym mieście i miasteczku we Francji i w Wielkiej Brytanii, być może nawet we wszystkich krajach Europy Zachodniej. Często w kościołach są tablice z nazwiskami poległych, którzy pochodzili z danej miejscowości,
Nie mogę uwierzyć, że minął już rok od powrotu z Wielkiej Wyprawy. W międzyczasie było się tu i ówdzie, ale nic nie może się równać z przygodą życia. Muszę dokończyć opowieść, bo niedługo wyruszam do innej Czarodziejskiej Krainy i nie znoszę niedokończonych historii.
Był poniedziałek, 25 czerwca 2012 roku, słońce w pełnej krasie wstało o 5:17, a my siedemnaście minut przed nim. Kazano nam opuścić kabinę do 6 rano, więc musieliśmy się sprężać, żeby zdążyć zjeść ostatnie pyszne śniadanko na pokładzie Celebrity Constellation.
O 6:30 mieliśmy już nasze walizki (niesamowite jak sprawnie zorganizowali odbiór bagażu) i z drżeniem serca czekaliśmy na gościa, który gdzieś w jakiejś dziupli przechowywał nasz samochód. Nie czekaliśmy długo – po 30 minutach mieliśmy już kluczyki do pokrytego grubą warstwą kurzu i wieloma śladami ptasiej przemiany materii auta. Mogłam wtedy zacząć operację otwierania bagażnika z zawartością, która mogłaby wywołać epidemię nieznanej choroby na dużym obszarze (patrz: pierwszy wpis). Uchyliłam klapę i czekałam. Nic się nie stało, przelatujące ptaki nie padły w locie, a ja nie zemdlałam, więc odnalazłam torebkę, która była zagrożeniem epidemiologicznym i wyrzuciłam ją do kosza. (zawartości nie dało się rozpoznać, ale była czarna i mięciutka).
Sky above Amsterdam
O 7:30 już mknęliśmy autostradą A1 do domu. Dystans do pokonania: 1142 km.
Oprócz tego przebyliśmy:
Amsterdam do Leknes na Lofotach – 1017 mil morskich
Leknes do Longyearbyen (Spitsbergen) – 706 mil morskich
Longyearbyen do Honningsvag (Nord Cape) – 534 mil morskich
Włóczmy się bez celu po korytarzach siódmego pokładu, próbując odgadnąć na czym polega ten luksus, wart tysiąc dolców więcej niż nasza kajuta. Korytarz taki sam… Zazdroszczę im tylko, że mogą otworzyć okna, to chyba jedyna rzecz, jaka mi tu przeszkadza.
Zastanawiamy się, dlaczego ani razu nie kąpaliśmy się w żadnym z basenów… Nie, teraz już przepadło, ale powód jest jeden – nie chciało nam się. Może następnym razem, kiedy popłyniemy na Karaiby, albo chociaż na Maderę. Ale będziemy mieć na pamiątkę zwierzaczka, jednego z kilku gatunków, które żyją w okolicy basenu:
Celebrity Constellation – Animal near the pool
Jedzenie. To na „Celebrity Constellation” jedno z najwspanialszych doświadczeń i jedna z rzeczy, których będzie mi brakować jak nie wiem co. Nie wiem ile przytyłam, ale i tak warto było. Gdybym kiedyś miała kasę na rejs dookoła świata (od miesiąca do trzech miesięcy na statku!), to pewnie zanurzenie wzrosłoby o co najmniej kilka centymetrów. Zbig wprawdzie też jest zachwycony jedzeniem, ale po pierwsze on szybko się przyzwyczaja do luksusu, a po drugie i tak wszytko jest lepsze od tego co ja ugotuję.
Koniec – 22-ga. Idziemy spać, jutro kazali nam się wynieść o 6:30. Wyższe pokłady nie muszą zapewne się zrywać skoro świt, ale co tam. Trzeba wstać o piątej i zjeść ogromne śniadanie. Nie, chyba nie chcę do domu. Jutro musimy wrócić do rzeczywistości, a zacznie się od wielkiej niewiadomej w Amsterdamie – odzyskamy samochód, czy nie? A jeśli tak, to jaka forma życia czeka na nas w bagażniku, gdzie zostawiliśmy (no dobra, ja zostawiłam) kanapki, biały serek wiejski i jogurt?
„You’ve lived the life” – takie hasło ukazało się w dzisiejszej gazetce pokładowej. Może i tak. A poza tym kiwa. Tak Morze Północne wita strudzonych podróżników. Pewnie łapiemy jakieś boczne fale, na które nie działają stateczniki, bo nie jest stabilnie. Wielu ludzi narzeka, że nie mogli spać w nocy, bo czuli się „niepewnie”.
Ja też czuję się niepewnie, bo to ostatni dzień i wszystko minęło tak szybko i czuję niedosyt i popływałabym sobie jeszcze z miesiąc. Życie tu jest takie proste i nieskomplikowane. Póki co, idę pożegnać się z moim kumplem:
Celebrity Constellation – my dude
O 11-stej idziemy na ostatnią lekcję tańca – Latin line dance. Wiem, że Zbig nie chce, bo jego myśli już zajęła ponura rzeczywistość, z którą przyjdzie mu się zmierzyć już jutro. No i samochód, pozostawiony w rękach obcego człowieka w porcie Amsterdam… Czy jeszcze go zobaczymy? Czy będziemy mieli czym wrócić do domu? No i kanapki zostawione w bagażniku… Czy w mieście nie zapanowała jakaś epidemia?
Południe
Wykorzystujemy ostatnie pół dnia, żeby ostatni raz zwiedzić statek, oddać książkę do biblioteki, iść tam, gdzie jeszcze nie byliśmy, np. do kina, w którym codziennie można było zobaczyć dwa filmy.
Kino jest przytulne, na stole przy wejściu czekają porcje popcornu w tekturowych pudełeczkach. Postanowiłam trochę posiedzieć w tym spokojnym, mrocznym miejscu:
Celebrity Constellation – cinema
Zbig nieoczekiwanie postanowił odwiedzić pokład handlowy. Jakiś czas temu wypatrzył ciepłą bluzę z kapturem, która nie-została-wyprodukowana-w-Chinach i uznał, że taką właśnie chce mieć. Ja w moim skąpym sercu miałam nadzieję, że w ostatni dzień będą jakieś wyprzedaże, szalone obniżki cen pod hasłem „all must go”, ale nic takiego nie nastąpiło. Bluza jak kosztowała 45 dolców, tak kosztuje. Ale Zbig i tak jest zadowolony, a to jest bezcenne.
Wszelkie transakcje na statku odbywają się bezgotówkowo. Za wszystko płaci się kartą pokładową. Na koniec rejsu wszystko jest podliczane i ściągane z kart kredytowych, których numery trzeba było podać przy zaokrętowaniu. Fajne jest to, że wszystkie transakcje i ich bilans można w każdej chwili sprawdzić na ekranie telewizora. Dla mnie, skąpiradła, to prawdziwa ulga.
Po południu
Zbliża się straszny moment, kiedy trzeba się będzie pakować. Strasznie mi się nie chce, ale do 23-ciej wszystkie bagaże, oprócz podręcznych mają się znaleźć na korytarzu. Inni mają zapewne więcej obowiązków, bo trzeba: wymienić żetony z kasyna, zanim zostanie ono zamknięte, wykorzystać ostatnie minuty w internecie, bo przepadną jutro o 7 rano, zrobić sobie masaż, bo to redukuje opuchliznę w czasie długiego lotu do domu. Jak to dobrze, że nie musimy robić tego wszystkiego. Póki co, idziemy sobie zrobić zdjęcie z gościem z 3 pokładu, obok chińskiego biura plenarnego.
Nie wiem, kto to jest, ale zawsze stoi na trzecim pokładzie.
Fløibanen Funicular, czyli kolejka szynowa na górę Floien, jakieś 150 metrów od targu rybnego i nabrzeża Bryggen. Wagony wygladają jak normalne autobusy ( może to są normalne autobusy?), które wspinają się około 320 metrów nad poziom morza. Trwa to około 5-6 minut, ale widok ze szczytu jest wspaniały. Cena biletu w obie strony: 80,- NOK dla dorosłych, 40,- NOK dla dzieci. Dla 2 dorosłych z 2 dzieci: 200,- NOK. Wagony odjeżdżają co 15 minut.
W Bergen jest kilka muzeów:
Permanetan na ulicy Nordahl Bruns Gate to Muzeum Sztuk Dekoracyjnych (Zachodniej Norwegii). Możan zobaczyć tam ekspozycję m.in. dywanów, tkanin, wyrobów ze srebra, mebli, porcelany, tradycyjnych strojów i zabawek.
Miejskie Muzeum Sztuki – głównie malarstwo, w tym kilka prac Edwarda Muncha.
Sjøfartsmuseet / Muzeum Morskie i Muzeum Historyczne na południu miasta, na terenie Uniwersytetu. Posiada zabytki z ery brązu i ery Wikingów. Nic dodać nic ująć.
Co tam muzea. Na zdjęciu poniżej: sztukę można znaleźć wszędzie, nawet na wejściu do kanału:
Troldhaugen / Wzgórze Trola, około 10 kilometrów od Bergen. To dom kompozytora Edwarda Griega i jego żony Niny, bardzo przytulny i ładnie położony. Mieszkali w nim od 1885 do jego śmierci w 1907. Griegowi udało się zostać sławnym jeszcze za życia, więc dom-muzeum zawiera jego nagrody i trofea, a także fortepian Steinway. Hm.
Pora wracać do centrum. Poniżej: Zbig świetnie się wczuwa w luzacki rytm życia mieszkańców. Jeszcze nie wie, że za chwilę dostanie kataru:
Main street in Bergen
Kiedy już odwiedzimy te wszystkie muzea, atrakcje kulturalne, napatrzymy się na okoliczne fiordy i inne zwierzęta, nadchodzi czas na … zakupy!!! Najlepszym miejscem do tego celu jest Torgalmeiningen, wielka ulica zamknięta dla samochodów. Łatwo na nią trafić z targu rybnego – stojąc przodem do zatoki mamy ją dokładnie z lewej strony. Jest tam wszystko co w Norwegii można kupić, łącznie z lokalnymi wyrobami rękodzieła. Polecamy trolle, są zawsze miłym prezentem 😉
Szczerze mówiąc nie przyszlibyśmy na Torgalmeiningen, gdyby nie zwabiła nas muzyka instrumentów dętych. Okazało się, że na owych instrumentach gra śliczna orkiestra złożona z samych blondynek (skąd oni biorą te wszystkie blondynki?) ubranych w czerwone kubraczki. Wesołe dźwięki marszy, granych jeden po drugim sprawiły, że serca nam urosły. Na zdjęciu poniżej widać przeszłość i przyszłość tego wspaniałego kraju:
Powyżej: przeszłość i przyszłość Norwegii – surowi woje i śliczna orkiestra na ulicy Torgalmeningen w Bergen
Słońce: zajdzie dzisiaj, a właściwie jutro 52 minuty po północy.
Tempertaura: 8° C, ani śladu słońca.
Pozycja: droga do Molde
ok. 14:00
Kolejny dzień na morzu. Lubię dni na morzu, bo można nic nie robić i jeść cały dzień, w przerwach czytać albo poznawać nowych ludzi. Ciągle natykam się na kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widziałam, ale kiedy w jednym miejscu jest ponad 2000 osób, to prawdopodobieństwo spotkania kogoś nowego jest ogromne. Większość pasażerów już się wyluzowała, nawet Chińczycy zaczęli się uśmiechać i mówić „dzień dobry”.
Wielu ludzi przyjechało do Amsterdamu z odległych zakątków świata, żeby uczestniczyć w tym rejsie. Przyjechali specjalnie na ten rejs Australijczycy i Nowozelandczycy, Chińczycy i mieszkańcy Singapuru, RPA i para z Puerto Rico, nie wspominając o Jamajczykach, Amerykanach i silnej grupie Kanadyjczyków.
Załoga jest super i o ile nie są to drobne, wystraszone dziewczyny mające służbę w damskich toaletach, to każdy członek załogi jest zadowolony, kiedy może sobie pogadać i opowiedzieć swoją historię. A ja lubię słuchać…
Dzisiejszy brunch, czyli ściadanie z lunchem (breakfast+lunch).
Brunch at Celebrity Constellation
W każdym razie dziś „odbyło się” małe odstępstwo od rutyny: w największej statkowej restauracji San Marco organizowany był brunch. Spędziliśmy przy stole 4 godziny jedząc i gadając z japońsko-chińskim teamem z Singapuru i parą ze Szkocji o naszych krajach. Jeśli chodzi o moje wymagania, to Singapur zdecydowanie wygrał. Teraz już wiem, o co chodzi z tymi brunchami. Żarcie przerosło oczekiwania, wystrój sali, stołów, kelnerów był wspaniały, a towarzystwo… spokojnie wytrzymalibyśmy z nimi jeszcze ze 3 godziny.
ok. 16:00
Jak wiecie, przy każdej okazji wypatruję fontanny wody i wielkiego cielska. Siedziałam więc sobie na 10 pokładzie, penetrując wzrokiem powierzchnię morza i nagle wśród ciemnych fal zobaczyłam stado delfinów! Stado miało około 20 sztuk, były prawie czarne. Płynęły bardzo szybko z zachodu na wschód (oczywiście delfinem), wynurzały się tylko na chwilę, a potem było je widać przez moment tuż pod powierzchnią wody. Minęły statek od strony rufy, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, a wszystko to trwało kilkanaście sekund. Nie miałam pojęcia, że są tak szybkie, ale wiedziałam, że są piękne. Rzuciłam się do okna jęcząc z zachwytu, próbując wypatrzeć jakiegoś marudera, ale nie pojawiły się więcej.
Przekroczyliśmy 66 stopień szerokości geograficznej północnej, czyli krąg polarny. Wraca lato.
ok. 17:30
Nareszcie słońce! Powierzchnia morza lśni jak wielka płachta brokatu. Wokół pustka. Po kilku dniach nieobecności słońce wyglada właśnie tak:
Pierwsza po północy, na wysokości Trondheim. Łowcy zachodów słońca wylegli na pokład:
Sunset on Polar Ring
Właśnie zaszło słońce. Pierwszy raz od tygodnia. Wróciła noc.
Obudziło mnie kołysanie i skrzypienie statku. Przez zachlapany wodą bulaj/okno widać wielkie fale i chmury wody unoszone przez silny wiatr. Ale czy to już jest sztorm? Mój błędnik mówi, że tak, a rozum, że nie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to:
Way hay and up she rises, way hay and up she rises, way hay and up she rises early in the morning
What will we do with a drunken sailor, what will we do with the drunken sailor, what will we do with the drunken sailor early in the morning?
Shave is belly with the rusty razor, shave his belly with the rusty razor, shave his belly with the rusty razor early in the morning.
Way hay and up she rises, way hay and up she risies, way hay and up she rises early in the morning.
Put him in the bed with the capitain’s daugther, put him in the bed with the capitain’s daugther, put him in the bed with the capitain’s daughter early in the morning.
Way hay and up she risies, way hay and up she risies, way hay and up she rises early in the morning…
Zaraz trzeba wstawać i iść szorować pokład.
8:10
Fale mniejsze, o tak. Za to mgła jak mleko. Statek buczy basem co kilkanaście minut i mam wrażenie, że słyszą go nawet w Nuuk. Ale mam też nadzieję, że ta trasa nie jest zbyt uczęszczana.
Póki co trzeba się najeść. Dziadek mawiał, że najedzony człowiek przeżyje łatwiej niż głodny. Niewątpliwie miał rację.
Odkryłam jeszcze jedno miejsce do nażarcia się: dają tam gofry, pacakes i naleśniki, ale na szczęście! Na szczęście nie są fantastyczne! Można odpuścić i spokojnie zmieścić kolejnego croissant au chocolat.
Celebrity Constellation – jedna z rzeźb:
Celebrity Constellation – sculpture
ok. 12:00
Zaliczyliśmy lekcję salsy, ale nie jesteśmy usatysfakcjonowani. Chińczycy natomiast, którzy gremialnie i hurtowo uczą się klasycznych tańców są zawsze zadowoleni, mimo, że nie mają wyczucia rytmu. Nie to co my, sułtani merengue! Ponieważ jesteśmy zniechęceni do aktywności fizycznej, więc pora iść na 10 pokład i zobaczyć czy tak jak codziennie o tej porze będzie kuchnia azjatycka, pasty i pizze, oraz niewątpliwie rzecz jasna zupki, sałatki i kanapeczki jak marzenie.
ok. 21:20
Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi na Przylądek Północny. Temperatura około 5 stopni, wieje silny wiatr. Mgła się rozwiała, można zobaczyć horyzont. I walenie. Gdyby były.
Horyzont w drodze na Przylądek Północny:
Barents Sea
Kolacja dziś była „formal” i musiałam włożyć najbardziej rozciągliwą kieckę. To, co robią tu z żarciem przechodzi moje wyobrażenia o kulinarnych cudach. Dziś: krem z selera z karmelizowanym jabłkiem, canelloni z kozim serem i pistacjowe clafoutis z brzoskwiniami.
Zbig gra w ruletę, czy bakarata w kasynie:
Zaliczyliśmy też występy młodych ludzi w Teatrze Celebrity Constellation. Wolałabym w tym czasie pospacerować, ale Zbig zapałał ostatnio miłością do kultury tzw. wysokiej i nie za bardzo chce odpuścić codzienne przedstawienia. Niech będzie. Ja dziś byłam na lekcji składania serwetek i na wykładzie o nawigacji. O kompasie wiem wszystko, więc heya Norge!
wschód słońca: 3:59 zachód słońca: brak, słońce pozostaje nad horyzontem / Sunrise: 3:59 Sunset: None, sun remains above the horizon
Urodziny Zbiga / Zbig’s birthday
Ok. 10:00 / about 10:00 a.m.
Pozycja statku: na Morzu Norweskim, gdzieś na wschodzie Molde. Moja pozycja: biblioteka. / Ship’s position: In the Norwegian Sea, somewhere east of Molde. My position: library.
Morze jest niesamowicie gładkie, jakby powierzchnia pokryta była lodem. Na sterburcie ciągle widać wybrzeża Norwegii, a nad nimi białe chmury, które wyglądają jak góry lodowe i to potęguje wrażenie zimna. Nad statkiem znów latają ptaki, za to od wczoraj nie widziałam żadnych statków. Dziś wieczorem przepłyniemy za krąg polarny. I pierwsza noc bez zachodu słońca.
The sea is incredibly smooth, as if the surface were covered in ice. To starboard, the Norwegian coast is still visible, and above them, white clouds that look like icebergs, intensifying the feeling of cold. Birds are flying over the ship again, but I haven’t seen any ships since yesterday. Tonight we’ll sail beyond the Arctic Circle. And the first night without a sunset.
Spokojne Morze Norweskie:
Norway Sea
Teraz będzie o jedzeniu. Muszę o tym napisać, bo jedzenie to moja pasja, więc jeśli wam się nie podoba, to odpuśćcie sobie ten akapit. Śniadanie cudowne, czyli bez zmian. Niedługo przestanę się mieścić w jakiekolwiek ciuchy. Zostaną mi do chodzenia spodnie od piżamy na gumce. I tak nie jestem w stanie spróbować wszystkiego. Bufet podzielony jest na części: najpierw świeże owoce – arbuzy, winogrona, kilka rodzajów melonów, ananasy, grapefruity. Potem wędliny, łosoś wędzony, sery i twarożki. Tych ostatnich naliczyłam 6 rodzajów. Potem część zwana „american breakfast” – boczki, jajka w 4 postaciach i różne takie, warzywa do smażenia i kawał wiekiej szynki dopiero co wyjęty z piekarnika. Potem przedział z owsianką, kaszką manną i dodatkami: cukier trzcinowy, owoce leśne, brzoskwinie, śliwki, morele, coś, czego nie znam, ale spróbuję. Następnie święte miejsce: omlety smażone z wieloma dodatkami wedle życzenia. Potem jogurty, w końcu pieczywo – 10 koszy wypełnionych różnymi rodzajami chleba i bułek, łącznie z bajglami, które jadłam ostatnio z 15 lat temu w Montrealu (wiadomo, że montrealskie bajgle są najlepsze na świecie). No i wreszcie dział dla dzielnych ludzi ze Zjednoczonego Królestwa, czyli „english breakfast” z cała jego wspaniałością: kaszanką, fasolą, grzankami, kiełbaskami, bekonem, pieczarkami, placuszkami z ziemniaków i sama nie wiem z czym jeszcze. Kiedy mieszkałam w Anglii, takie śniadanko to była codzienna tradycja, ale tutaj… nie, raczej nie.
Now it’s about food. I have to write about it because food is my passion, so if you don’t like it, skip this paragraph. Breakfast is wonderful, meaning no changes. Soon I won’t be able to fit into any of my clothes. I’ll be stuck with pajama bottoms with elastic waistbands. I can’t try everything anyway. The buffet is divided into sections: first, fresh fruit – watermelon, grapes, several types of melon, pineapple, grapefruit. Then cold cuts, smoked salmon, cheeses, and cottage cheese. I counted six types of the latter. Then the „American breakfast” section – bacon, eggs in four different ways, and various other things, vegetables for frying, and a large piece of ham fresh out of the oven. Then a section with oatmeal, semolina, and toppings: cane sugar, forest fruits, peaches, plums, apricots, something I’m not familiar with, but will try. Next, the holy grail: fried omelets with a variety of toppings to choose from. Then yogurt, and finally, bread—10 baskets filled with various types of bread and rolls, including bagels, which I last ate about 15 years ago in Montreal (Montreal bagels are known to be the best in the world). And finally, the section for the brave folk from the United Kingdom: the „English breakfast,” with all its splendor: black pudding, beans, toast, sausages, bacon, mushrooms, potato pancakes, and who knows what else. When I lived in England, such a breakfast was a daily tradition, but here… no, not really.
Obsługa jest na każde zawołanie. Na bieżąco smażą omlety, opiekają warzywa i pieczywo, ładują na talerze wszystko, o co się poprosi. I jeszcze podają kawę do stolików, bo grubym leniom nie chce się ruszyć tyłków i przemieścić się na odległość 10 metrów.
The staff is always on call. They fry omelets, toast vegetables and bread, and pile everything you ask for onto plates. And they even serve coffee to the tables because the fat, lazy people can’t be bothered to move 10 meters.
Z jadalni można wyjść prosto na pokład rufowy. Tam zwykle jest zacisznie i można nostalgicznie obserwować kilwater, czyli „przypowierzchniową warstwę wody zaburzonej przez ruch jednostki nawodnej, a przede wszystkim przez obroty śrub okrętowych (mamy dwie) oraz turbulentny charakter opływu hydrodynamicznego kadłuba jednostki pływającej” (za Wikipedią). I po co tak sobie komplikować życie?
From the dining room, you can walk straight onto the aft deck. It’s usually quiet there, and you can nostalgically observe the wake, which is „the near-surface layer of water disturbed by the motion of the vessel, primarily by the rotation of the ship’s propellers (we have two) and the turbulent nature of the hydrodynamic flow around the vessel’s hull” (according to Wikipedia). And why complicate life so much?
ok. 12:00 / about noon
Został zbudowany w St.Nazaire we Francji i zwodowany w 2002 roku. Jest statkiem klasy Millenium obecnie zarejestrowanym w Valetta na Malcie. Ma długość 294 metry, tonaż 91.000 i osiąga prędkość 24 węzłów (ok. 44 km/h), co nie dziwi przy napędzie dwóch silników o mocy 19MW. Zabiera 1950 pasażerów i 999 osób załogi.
Built in St. Nazaire, France, and launched in 2002, she is a Millennium-class vessel currently registered in Valletta, Malta. She is 294 meters long, has a gross tonnage of 91,000, and can reach a speed of 24 knots (approximately 44 km/h), which is not surprising given her twin 19MW engines. She can accommodate 1,950 passengers and a crew of 999.
Ma 13 pokładów. Dwa najniższe, to bebechy statku, kabiny załogi, zapewne mesa i wszystko to, czego pasażerowie nie powinni oglądać. Pokład #2 zwany Continental to kabiny pasażerskie i „przychodnia” lekarska. Pokład #3, zwany Plaza to (od dziobu) wielki teatr, kabiny pasażerskie, w tym nasza na sterburcie, recepcja, Grand Foyer z wielkimi schodami otoczone statkowymi biurami, sale konferencyjne i kino. Pokład #4, zwany Promenade – balkony teatru, klub urządzony w stylu angielskim, w którym to klubie nigdy nie byliśmy. Potem jest galeria fotografii uczestników rejsu i zakład fotograficzny, gdzie zawsze napada na nas gość zwany przez nas Jabba the Hutt i chce nam zrobić zdjęcie. Chodzimy tędy na kolacje, więc spotkania są nieuniknione. Potem przechodzimy przez wielką „klubokawiarnię” zwaną Randez-Vous, by w końcu dojść do świątyni pożeraczy kolacji – pięknej restauracji „San Marco”. Kolejny pokład to Entertainment – jaskółka teatru, tutejsze centrum handlowe „The Emporium”, które z masą kiczowatych zegarków i biżuterii, sweterków z futerkiem, matrioszkami i ikonami, małą perfumerią i sklepem z alkoholem powinno się raczej nazywać „Małe centrum handlowe imienia krasnali ogrodowych”.
It has 13 decks. The lowest two are the ship’s innards, crew cabins, presumably the mess hall, and everything passengers shouldn’t see. Deck #2, called the Continental, contains passenger cabins and a medical „clinic.” Deck #3, called the Plaza, is (from the bow) a grand theater, passenger cabins, including ours on the starboard side, a reception desk, a Grand Foyer with a grand staircase surrounded by ship’s offices, conference rooms, and a cinema. Deck #4, called the Promenade, contains the theater’s balconies, and a club decorated in an English style, which we’ve never been to. Then there’s the cruise photo gallery and the photo studio, where a guy we call Jabba the Hutt always attacks us and wants to take our picture. We go this way for dinner, so meetings are inevitable. Then we pass through a large „club café” called Rendez-Vous, and finally reach the temple of the diners – the beautiful restaurant „San Marco.” Next up is the Entertainment area – a theater swallow, and the local shopping mall „The Emporium,” which, with its masses of kitschy watches and jewelry, fur-trimmed sweaters, matryoshka dolls and icons, a small perfume shop, and a liquor store, should more accurately be called „The Little Shopping Mall Named After Garden Gnomes.”
Następne 4 pokłady to wyłącznie kabiny pasażerskie, oprócz pokładu # 7 i 8. Tam w środkowej części mieści się śliczna biblioteka. Im wyżej, tym drożej, im drożej, tym większe kabiny z oknami i balkonami. To jedyna rzecz, jakiej zazdroszczę bogatym pasażerom – możliwości otwarcia okna. W kabinach dla biedaków powietrze jest przerażająco suche i czasem stęchłe i nic nie jest w stanie tego zmienić.
The next four decks are exclusively passenger cabins, except for decks 7 and 8. There, in the middle section, is a lovely library. The higher the deck, the more expensive it is; the more expensive, the larger the cabins with windows and balconies. The only thing I envy wealthy passengers is the ability to open a window. In the cabins for the poor, the air is terribly dry and sometimes musty, and nothing can change that.
Pokład #10 – mój ulubiony. I nie dlatego, że jest na nim klub fitness i spa i baseny i jacuzzi. Tam jest śniadanie i drugie śniadanie i trzecie śniadanie i brunch i lunch i obiadek i podwieczorek i wieczorna herbatka i midnight snack w razie potrzeby.
Deck 10 is my favorite. And not just because it has a health club and spa and pools and jacuzzis. It serves breakfast, second breakfast, third breakfast, brunch, lunch, dinner, afternoon tea, and evening tea, plus a midnight snack if needed.
Basen wewnętrzny na 10-tym pokładzie:
Celebrity Constellation – indoor swimmingpool
Na pokładzie 11 uczymy się tańczyć i chodzimy na spacery. Jest tam restauracja „Tuscan Grill”, do której nigdy nie pójdziemy i bary, zamknięte z uwagi na zimno. Ale przede wszystkim jest to miejsce do obserwacji bliższej i dalszej okolicy. Może uda nam się zobaczyć jak wygląda ten krąg polarny.
On deck 11, we learn to dance and go for walks. There’s a restaurant called the Tuscan Grill, which we’ll never go to, and bars that are closed due to the cold. But above all, it’s a place to observe the surroundings, both near and far. Maybe we’ll even get a glimpse of the Arctic Circle.
Taki jest nasz statek, który będzie naszym domem jeszcze przez kilkanaście dni. Nazywa się Constellation. Celebrity Constellation. / This is our ship, which will be our home for the next several days. It’s called Constellation. Celebrity Constellation.