Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Temperatura: nie wiem, ale jest ciepło. W południe ma być 23 stopnie. Jest słonecznie jak nie wiem.
Pozycja: port w Molde, 62°45′ N
Rano
Widok ze statku na Romsdalfjord:
Molde – Romsdalfjord
Tzw. panorama Molde – widok na Romsdalfjord:
Romsdalfjord from Molde
Cumy zostały rzucone:
Wpłynęliśmy do portu Molde – miasta, które jest norweskim centrum hodowli róż, co na tej szerokości geograficznej może budzić małe zdziwienie. Ale pozory mylą, bo Molde chroni przed surowymi zimami błogosławiony Golfstrom i okoliczne wzgórza pokryte lasami. Jest usytuowane wzdłuż jednego z najbardziej malowniczych fiordów Norwegii – Romsdalfjord. Ze wzgórz wznoszących się nad miastem można zobaczyć 87 szczytów łańcucha górskiego Romsdal (niektórzy twierdzą, że owych ośnieżonych szczytów jest 222) i jest to widok przecudny, zwłaszcza w dzień taki jak dziś.
Małe wyspy, na których wśród drzew kryją się domy i przystanie łodzi:
Na wodach fiordu są niezliczone wyspy i wysepki. Na tych większych wśród drzew stoją nieduże domy, a przy brzegach są przystanie na łodzie – jedyny środek komunikacji między wyspami i miastem. Na tych mniejszych wysepkach mieszkają ptaki, czasem widać hangar na łódź, zwalone pnie drzew w bagnistym gruncie.
Godziny szczytu na wodzie:
Traffic on the fjord water
Ruch na wodzie jest duży – niewielkie, biało niebieskie promy wyładowane samochodami, maszynami budowlanymi, ludźmi i kontenerami suną szybko wzdłuż naszej bakburty zmierzając na drugą stronę fiordu. Żaglówki snują się pozornie bez celu, a ich pasażerowie wyglądają jakby niczego, absolutnie niczego w życiu nie brakowało im do szczęścia. Małe motorówki śpieszą się bardzo, a z wysokości 10 pokładu wyglądają jak myszki próbujące zwiać przed kotem.
Odwiedziny mieszkańca Molde. Został nakarmiony chlebem:
Widok na miejski stadion:
Molde
Wśród tego całego drobiazgu nasz statek wygląda jak wielka maciora. Znów statek jest najwyższym budynkiem w mieście i zasłania widok. Na szczęście nikt się nie gniewa, a żeglarze i motorowodniacy machają do nas radośnie. Ale statek jest widokiem dla mieszkańców hotelu, który stoi przy nabrzeżu. Mieszkańcy wylegli na balkony, przyglądając się jak załoga wynosi czerwony dywan, kanapę i fotele – znów będzie gorąca czekolada dla powracających na pokład. Eh, sama sobie zazdroszczę…
Czerwony dywan – tu będzie gorąca czekolada po powrocie z miasta:
Celebrity Constellation w porcie Molde: – znów najwyższy budynek w mieście:
Temperatura: 5 st. C, duże zachmurzenie i mgła jak śmietana
Pozycja: port Honningsvag, Norwegia
11:00
Reda portu Honnigsvag:
Honnigsvag Harbour
Od 7:00 stoimy na redzie w porcie Honningsvag. Niestety, nie było miejsca przy nabrzeżu, bo nazjeżdżało się turystów zewsząd. Naliczyłam 4 wielkie statki pasażerskie i kilka mniejszych. Czyli znów czeka nas podróż szalupą. Byłoby super, gdyby tylko tak bardzo nie śmierdziało spalinami.
Miasto wygląda ładnie z daleka. Leży sobie malowniczo na stromych, skalistych zboczach. Nie ma drzew, za to porosty są w pełnym rozkwicie. To nadaje okolicznym wzgórzom ciemnozielony odcień, który sprawia, że wyglądają bardziej gościnnie, niż są w rzeczywistości.
Wzgórza wokół Honnigsvag:
Hills around Honnigsvag
Honningsvag stało się miastem w 1996 roku. Stało się miastem, choć nie powinno się nim stać. Norweskie prawo nakazuje, aby miasto liczyło co najmniej 5.000 mieszkańców. Honningsvag ma ich o połowę mniej. Być może chodzi tu o liczbę turystów, którzy co roku odwiedzają Nordkapp, a jest ich takie mnóstwo, że potrzebują ponoć 1.000 statków rocznie, żeby tu przybyć. To czyni miasto jednym z najgorętszych miejsc północnej Europy.
A zaczęło się w XVI wieku, kiedy Richard Chancellor, angielski kapitan statku „Edward Bonaventure” szukał północnej drogi do Chin. Sztorm zapędził go w to miejsce (1553). Nazwał je North Cape. W 1599 roku odwiedził to miejsce Christian IV, król Danii, w 1795 Ludwik Filip, król Francji, w 1873 Oskar II, król Szwecji, zaraz po nim był cesarz Wilhelm II i niedługo potem król Syjamu Rama. A w 2012 jesteśmy my.
Tajemnicza wyspa Mageroy:
Honningsvag leży na wyspie Mageroy, na tej samej szerokości geograficznej co Syberia i Alaska, ale klimat jest tu dużo łagodniejszy. Całe to wybrzeże ogrzewane jest potężnym prądem Golfstrom i dzięki temu przy ujściu fiordów można tu np. hodować renifery. Latem temperatura może dochodzić do 20 stopni!!!
Ale nie dzisiaj. Dziś jest zimno, mgliście i ponuro.
wschód słońca: hahaha, skoro nie zaszło, to jak ma wzejść?
temperatura: 12 stopni, słonecznie
Pozycja: Lofoty
ok. 8:00
Welcome to Lofoten:
Lofoten – Leknes
Witamy na Lofotach:
Lofoten
Obudził mnie głośny dźwięk łańcucha kotwicznego. Na czwartym pokładzie marynarze zaczęli spuszczać szalupy, którymi dotrzemy do portu. Szalupy, dotąd wiszące nad pokładem wydawały się małe, ale teraz, kiedy widzę jak wędrują w dół i kołyszą się niebezpiecznie nad pokładem, to widzę, jakie są wielkie. Dowiaduję się, że mogą zabrać do 120 osób i wydają mi się jeszcze większe.
Zdejmowanie szalupy z wieszaka:
Launch off
Szalupy welcome to – do portu Leknes
From ship to the harbour
Nie zdecydowaliśmy się na kupno wycieczki krajoznawczej. Za to wczoraj kupiliśmy bilety na autobus (7$ od osoby, mają jeździć co 20 minut, przystanek koło kościoła, możemy jeździć tyle razy, ile chcemy), który z portu ma nas zawieźć do Leknes – największego miasta archipelagu Lofotów, na wyspie Vestvagoy (nad „a” powinno być małe kółeczko, a „o” powinno być przekreślone). Trudno to sobie wyobrazić bo z pokładu widzę kilkanaście rozrzuconych domostw i coś, co wygląda na kościół albo remizę strażacką, a w tle niewielkie góry pokryte resztkami śniegu i rzadkimi lasami.
Lofoty są ponoć siedzibą wielu milionerów – ludzi, którzy dorobili się na hodowli łososi. Osiedlają się właśnie tu, ze względu na „balsamiczny” klimat, który niewątpliwie jest zasługą Golfstromu, czyli Prądu Zatokowego. Oczywiście tutejsza ekonomia oparta jest na rybołówstwie, zresztą po co zmieniać coś, co istnieje tutaj od setek, jeśli nie tysięcy lat?
ok. 11.00
Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy drugie śniadanie i rozleniwieni patrzymy na kursujące ze statku na ląd i z lądu na statek szalupy. Trzeba się zbierać, to pierwsze zejście na ten tajemniczy ląd, zamieszkany od pokoleń przez Wikingów („Norsemen” jest ponoć bardziej poprawne politycznie). I nie zapomnieć paszportów!
15:30
Z pokładu #1 wsiedliśmy do szalupy, która malowniczo okrążyła statek i po 10 minutach przycumowała w porcie.
Witamy w Leknes na Lofotach
Leknes Port – Lofoten
Port to drewniany pomost, przy którym nie zmieściłyby się trzy końskie furmanki, a co dopiero nasz statek. Port to także 3 budyneczki wielkości garaży, w których są głównie sklepy z pamiątkami. Tuż za portem jest mała górka, na którą nie wiadomo czemu wszyscy postanowili wejść. Trochę dalej małe domki przycupnięte na brzegu z niskimi drzewami owocowymi.
Okazuje się, że Leknes leży w głębi lądu, około 5 km. od portu, więc podróż trwa krótko. Mijamy przydrożne bagienka, w których brodzą mewy, kilkanaście domów z drewna, które raczej nie świadczą o zamożności ich mieszkańców.
Uliczka w Leknes:
Little street in Leknes
Miasteczko typu „knajpa/kościół”, choć knajp tu raczej niewiele. Kilka ładnych domów przy uliczkach ze żwirową nawierzchnią, kwitną tulipany, czyli wiosna wreszcie nadeszła. Główna ulica to kilkanaście sklepów z różnościami: chiński market, włóczki, suknie ślubne, bank, poczta, kwiaciarnia, optyk.
Lokalna autostrada i droga na Ostrołękę, tfu, na Narwik
Local highway – Lofoten
Dodge Viper przed domem towarowym i Zbig już chce tu zostać:
Zbig and Dodge Viper – Leknes
Na końcu miasteczka małe centrum handlowe z dwoma supermarketami (jeden to dyskont) i ładnie urządzonymi sklepami z wyposażeniem domów, trochę ciuchów, księgarnia, apteka. Za centrum, na parkingu kilka straganów z ciuchami i zabawkami, ale tandeta niesamowita. Zbig za to namierza największą dla niego atrakcję Lofotów: Dodge Viper, w dodatku pomarańczowy.
Wróciliśmy po dwóch godzinach. Naprawdę nie było już co oglądać.
LOKALNE KULINARIA:
Torrfisk – suszony na drewnianych półkach dorsz. Klippfisk – solona ryba, znana od XVII wieku, kiedy do rozsądnego poziomu spadły ceny soli. Fiskeboller – zawijasy z ryby, często podawane ze śmietaną. I najbardziej chyba znana norweska potrawa – lutefisk – suszony dorsz albo łupacz moczony i doprowadzony do fermentacji, najczęściej jedzony na Boże Narodzenie. Fiskepudding to puszysty pudding rybny.
Aquavit – do popicia tych wszystkich rybich delicji. Bardzo popularna w Skandynawii wódka, destylowana z ziemniaków, przechowywana w drewnianych beczkach, aromatyzowana kminkiem i koprem. Produkowana od XIV wieku.
WARTO ZWIEDZIĆ: Muzeum Wikingów – około 15 km na północny wschód od Leknes. Mieści się w największym budynku ery Wikingów odkrytym kiedykolwiek. Dzięki bogatym znaleziskom artefaktów, archeolodzy odtworzyli dom w pełnym wymiarze. Dzięki temu można wkroczyć prosto do świata ery brązu i zobaczyć, że nie byli to tylko barbarzyńscy brutale uganiający się z toporami. Ich społeczeństwo było wysoce zorganizowane, a największą wartością był honor. Królowie i inni przywódcy byli wybierani przez społeczność i to zwykli ludzie decydowali o prawach i zasadach.
INFO: W Laknes jest kilka kafejek internetowych. Informacja turystyczna znajduje się przy ulicy Storgata 31, w centrum handlowym.
SŁOWNICZEK: Tak – Ja; Nie – Nei; Dzień dobry – God Dag; Dziękuję bardzo – Tusen takk.
ok. 22:00
Kolacja jak marzenie. Musiałam oddać Zbigowi zupę kokosową, bo okazała się jak żyleta. No i znowu dostaliśmy specjalny deser po deserze – suflet czekoladowy z biała czekoladą z Grand Marnier. Cieszę się, że jesteśmy specjalnymi gośćmi, ale… Nie, żadne ale. Bardzo, bardzo warte grzechu.
Leknes pożegnaliśmy o 17:00. Teraz płyniemy prosto na północ, ale nadal wzdłuż wybrzeża. Widać ośnieżone, strome góry wyrastające prosto z morza. Następny port – Longyearbyen. Mamy do przepłynięcia 706 mil morskich.
Nasz statek przyczajony w fiordzie za skałką. Myśli, że go nie widać:
Our ship hidden in fjord – Lofoten
Lofoty, do widzenia:
Good by Lofoten!
RADA: Nie jestem pewna, czy warto płacić za zorganizowane wycieczki lądowe. Ta do Leknes kosztowała 169$ od osoby, trwała 3 godziny i obejmowała mały rejs na Vestfjord, lub wędrówkę po okolicznych muzeach i przejazd przez podwodny tunel do Flakstadoey. Sama nie wiem, ale tyle kasy za 3 godziny…