Honnigsvag, czyli życie na 71 N

ok. 16:00

Mimo że jest cieplej niż na Spitsbergenie, to jest zimniej. To sprawka wilgoci, mglistej, zimnej i szarej. Ginie w niej zieleń stromych wzgórz okalających miasteczko.

Zbig podziwia cuda motoryzacji – ski-doo (jak mówią w Kanadzie) itd. Sklep nazywa się „Przygody na 71* północ”.

Honnigsvag

Szalupa przybiła do pomostu prawie przy głównej ulicy. Z bliska Honningswåg nie wygląda już tak uroczo. Jest smutne i szare, składa się z jednej ulicy w której są dziury jak na polskich drogach, a kolorowe domki okazują się nie takie znów kolorowe. Czepiam się, ale jeśli przypływa tu w sezonie te 1000 statków wypełnionych ludźmi i jeśli co piąty z nich zostawi równowartość chociaż 5-ciu euro, to w tej osadzie zostaje co najmniej 5 milionów euro. Mogliby za 10 % tej kasy naprawić tynki, załatać drogę i pomalować paskudne plamy na murach chociaż od strony ulic(y). W niektórych oknach wiszą ładne firanki, stoją jakieś kwiatki czy figurki, a inne są zakryte jakimiś starymi narzutami i innymi paskudnymi szmatami. Miasto mogłoby też zainwestować w jakąś roślinność, bo mieszkańcy hodują w ogródkach chwasty i śmieci różnego pochodzenia.

Główna ulica w Honnigsvag:

Main street in Honnigsvag

Wygląda na to, że większość mieszkańców ma w dupie estetykę i strasznie mnie to wkurza, bo to naprawdę mogłoby być śliczne miasteczko. Ale może jestem spaczona i rozpieszczona przez zapierającą dech urodę niemieckich cudeniek średniowiecznej architektury, gdzie każdy szczegół jest dopieszczony do granic możliwości. A w tej północnej wizytówce Norwegii niewiele jest rzeczy, które uznałabym za zachwycające.  

Widok ze wzgórz otaczających Honnigsvag:

Ale za to już w porcie mają tu Arctico Ice Bar, gdzie alkohol jest najdroższy na świecie, ale za to wszystko jest zrobione z lodu pochodzącego z jezior Sapmi: bar, rzeźby, ekran do filmów, krzesła przykryte skórami, stoliki, kieliszki… W cenę biletu wliczone jest: termiczne, czerwone ubranko w formie peleryny z kapturem i dwa drinki… bezalkoholowe, w tym jeden w szklance z lodu, której nawet nie można zabrać na pamiątkę.

INFO: Arctico Ice Bar jest otwarty: od 1 kwietnia do 15 maja w godz. 11 – 16. Między 16 a 31 maja: 10-19. Między 1 czerwca a 15 sierpnia: 10-21. Między 16 a 31 sierpnia: 10-19:30. Od 1 września do 10 października: 11-15. Cena biletu dla dorosłych to 130,- NOK.

Idziemy główną ulicą w prawo. Mijamy sklepy z niezbędnymi dla mieszkańców rzeczami, kilka restauracji i oczywiście sklepy z pamiątkami. Zbig nie cierpi łażenia po sklepach, ale ponieważ jest okropnie zimno, więc łaskawie towarzyszy mi i odkrywa przepiękny, ręcznie tkany koc w stylizowane renifery, ale cena…

„Centrum” kończy się szybciutko, ulica staje się węższa i bardziej dziurawa. Po lewej stronie stoi biały kościółek odbudowany po pożarze w czasie II wojny.

Kościółek w Honnigsvag

Little church in Honnigsvag

Na stromym stoku wzgórza dostrzegam stado siwobiałych stworzeń.

– Owce! – oznajmiam radośnie, bo cieszy mnie każde napotkane żywe zwierzę w naturalnych warunkach.

– Owce? – nie dowierza Zbig, podążając wzrokiem za moim palcem, skierowanym wysoko na wzgórze.

– Nie owce? – dopada mnie wątpliwość, ale zaraz synapsy w moim mózgu połączyły się z odpowiednim ośrodkiem. – O matko, renifery!

Reindeers in Honnigsvag

Zostawiamy kościółek i pasące się stado i idziemy kilometr dalej, aż na kraniec miasteczka. Widok na zatokę jest przepiękny, o ile nie zahacza się wzrokiem o przydomowe ogródki (patrz wyżej). Renifery wlazły na szczyt i wkrótce zniknęły, więc koniec atrakcji. Mijamy przystań i idziemy w drugą stronę. Po lewej mijamy port i dochodzimy na drugi kraniec miasta, gdzie jest bardziej dziko i niestety kończy się chodnik.

Honnigsvag

Ponieważ my nie chcemy skończyć pod kołami quadów i autobusów, idziemy do portu – miejsca największych atrakcji i niezapomnianych wrażeń. 

Honnigsvag i dom przy zatoce:

Honnigsvag and house by the bay.

Przede wszystkim muzeum, gdzie jest jedno stanowisko z komputerem. Ale co tam muzeum! Port roi się od trolli, które zapewne nie zdążyły się schować przed światłem dnia i zamieniły się w kamień. I tak sobie stoją w centrum wielu norweskich miasteczek, dając się fotografować turystom.

Troll, jeden z kilku w porcie Honnigsvag

Honnigsvag and Mr. Troll

No i jest pomnik legendy – bohaterskiego psa Bamse (1937 – 22 lipiec 1944).

Bernardyn Bamse, (norweski Misiek) został powołany do służby na statku Thorodd wraz ze swoim panem, kapitanem Hafto przed inwazją niemiecką na Norwegię. Thorodd był jednym z 13 statków norweskiej floty, które po klęsce Norwegii zwiały do Wielkiej Brytanii. Wojnę statek spędził w Dundee, pływając jako trałowiec. Dokonania Bamse są niebagatelne: uratowanie tonącego marynarza, obrona innego przed napastnikiem uzbrojonym w nóż. Miał zwyczaj rozdzielania walczących marynarzy (opierał się łapami na ich ramionach i czekał, aż się uspokoją, a potem prowadził ich z powrotem na statek), zabierał z knajp marynarzy, którzy mieli zacząć wachtę. Do odleglejszych miejsc jeździł miejskim autobusem i załoga musiała się złożyć na bilet miesięczny dla niego. Załoga zrobił mu również hełm, ponieważ w czasie rejsów przebywał najchętniej przy działach.

Bohaterski Bamse w czapce marynarskiej

Bamse the Hero

Bamse zmarł na atak serca w porcie Montrose w Szkocji. Na pogrzebie żegnało go z honorami setki norweskich marynarzy, żołnierze alianccy, mieszkańcy Dundee i Montrose. Jego zdjęcie w zrobionej specjalnie dla niego marynarskiej czapce Royal Norwegian Navy znalazło się na bożonarodzeniowych i wielkanocnych pocztówkach wysyłanych „ku pokrzepieniu serc”.

Bamse na pomniku w Honningsvag patrzy na południowy-zachód, gdzie jego postać na pomniku w Montrose spogląda na północny-wschód… 

Honnigsvag, czyli najpółnocniejsze miasto świata

Środa, 20 czerwca

Słońce: 24 godziny nad horyzontem

Temperatura: 5 st. C, duże zachmurzenie i mgła jak śmietana

Pozycja: port Honningsvag, Norwegia

11:00

Reda portu Honnigsvag:

Honnigsvag Harbour

Od 7:00 stoimy na redzie w porcie Honningsvag. Niestety, nie było miejsca przy nabrzeżu, bo nazjeżdżało się turystów zewsząd. Naliczyłam 4 wielkie statki pasażerskie i kilka mniejszych. Czyli znów czeka nas podróż szalupą. Byłoby super, gdyby tylko tak bardzo nie śmierdziało spalinami.

Miasto wygląda ładnie z daleka. Leży sobie malowniczo na stromych, skalistych zboczach. Nie ma drzew, za to porosty są w pełnym rozkwicie. To nadaje okolicznym wzgórzom ciemnozielony odcień, który sprawia, że wyglądają bardziej gościnnie, niż są w rzeczywistości.

Wzgórza wokół Honnigsvag:

Hills around Honnigsvag

Honningsvag stało się miastem w 1996 roku. Stało się miastem, choć nie powinno się nim stać. Norweskie prawo nakazuje, aby miasto liczyło co najmniej 5.000 mieszkańców. Honningsvag ma ich o połowę mniej. Być może chodzi tu o liczbę turystów, którzy co roku odwiedzają Nordkapp, a jest ich takie mnóstwo, że potrzebują ponoć 1.000 statków rocznie, żeby tu przybyć. To czyni miasto jednym z najgorętszych miejsc północnej Europy.

A zaczęło się w XVI wieku, kiedy Richard Chancellor, angielski kapitan statku „Edward Bonaventure” szukał północnej drogi do Chin. Sztorm zapędził go w to miejsce (1553). Nazwał je North Cape. W 1599 roku odwiedził to miejsce Christian IV, król Danii, w 1795 Ludwik Filip, król Francji, w 1873 Oskar II, król Szwecji, zaraz po nim był cesarz Wilhelm II i niedługo potem król Syjamu Rama. A w 2012 jesteśmy my.

Tajemnicza wyspa Mageroy:

Honningsvag leży na wyspie Mageroy, na tej samej szerokości geograficznej co Syberia i Alaska, ale klimat jest tu dużo łagodniejszy. Całe to wybrzeże ogrzewane jest potężnym prądem Golfstrom i dzięki temu przy ujściu fiordów można tu np. hodować renifery. Latem temperatura może dochodzić do 20 stopni!!! 

Ale nie dzisiaj. Dziś jest zimno, mgliście i ponuro. 

c.d.n.

Longyearbyen c.d.

Pieszo od Muzeum do portu idziemy około 15 minut. Trwałoby to krócej, ale muszę wszędzie zajrzeć. Poza widzianym już wcześniej bałaganem odkrywam sklep z rogami reniferów, pilnowany przez dwa psy, które na razie mnie olewają, ale nie wiadomo kiedy im podpadnę.

Węgiel i rogi reniferów – kwintesencja Spitsbergen:

Coal and reindeer horns – all we want from Spitsbergen

Jest ciepło, mimo że jest zimno. Ponieważ nie ma wiatru i słońce zdecydowało się przebić przez mgliste chmury, więc nie marzniemy, ale gdzieniegdzie błyszczy szron. Zwykle wyobrażamy sobie Północ tak, jak pisywał o niej Jack London (np. w powieści „Bellew Zawierucha” – kiedy ktoś splunął, ślina zamarzała z trzaskiem w powietrzu). Mimo tego, że Longyearbyen jest dalej na północ niż Klondike, to średnie temperatury nie są bardzo niskie: w styczniu to pomiędzy -13 a -20 stopni C. Nie sądzę, żeby w tych warunkach cokolwiek zamarzało w ciągu sekundy. Wiele lat mieszkałam w Kanadzie i zima była tam o wiele sroższa. Wprawdzie nie próbowałam pluć na mrozie, ale oczy czasem zamarzały…

Coś dla miłośników Formuły 1 – Pole Position:

Spitsbergen – Pole Position

Mimo, że nie można tu liczyć na ekstremalne temperatury jak na Yukonie, to na pewno warto tu przyjechać zimą, żeby posłuchać śpiewu zorzy polarnej. Aurora borealis (czyli zorza polarna północna, bo ta na południu nazywa się aurora australis) jest na mojej krótkiej liście „rzeczy, które trzeba zobaczyć przed śmiercią”. Oczywiście zorzę można zobaczyć dużo dalej na południe, ale tutaj, w tej osadzie, w czasie trwającej 24 godziny na dobę nocy na pewno ma to większy urok.

Już widać nasz statek, gdzie czeka na nas gorąca czekolada serwowana w każdym porcie jeszcze przed wejściem na trap/szalupę. Idziemy jeszcze na kraniec miasta, żeby zrobić sobie zdjęcie przed najsłynniejszym znakiem drogowym na świecie. 

Tu kończy się Longyearbyen, a zaczyna Północ:

Me and Zbig and the most famous road sign in the world

Motto Longyearbyen to: „unique, secure and creative”. Myślę, że bardzo trafione. Mimo całej brzydoty tego miejsca i trudnych warunków chciałabym pomieszkać tu trochę. To miasto lepiej wygląda w nocy…

ok. 20:00

Odpłynęliśmy o 19:00. Mgła znowu ogarnęła fiord. Teraz płyniemy na południe, na Przylądek Północny. Do przepłynięcia 534 mile morskie.

Żegnaj Longyearbyen:

Good by Longyearbyen

Tu kończy się Isfjorden, dalej tylko Morze Grenlandzkie.

Wypływamy z Isfjorden:

Isfjorden

Coraz dalej i dalej…

We are not alone

Żegnaj Svalbard:

Good by Svalbard

Żegnaj Longyearbyen. Żegnaj Spitsbergen. Żegnaj Arktyko. Przed nami Honningsvag.