Longyearbyen c.d.

Pieszo od Muzeum do portu idziemy około 15 minut. Trwałoby to krócej, ale muszę wszędzie zajrzeć. Poza widzianym już wcześniej bałaganem odkrywam sklep z rogami reniferów, pilnowany przez dwa psy, które na razie mnie olewają, ale nie wiadomo kiedy im podpadnę.

Węgiel i rogi reniferów – kwintesencja Spitsbergen:

Coal and reindeer horns – all we want from Spitsbergen

Jest ciepło, mimo że jest zimno. Ponieważ nie ma wiatru i słońce zdecydowało się przebić przez mgliste chmury, więc nie marzniemy, ale gdzieniegdzie błyszczy szron. Zwykle wyobrażamy sobie Północ tak, jak pisywał o niej Jack London (np. w powieści „Bellew Zawierucha” – kiedy ktoś splunął, ślina zamarzała z trzaskiem w powietrzu). Mimo tego, że Longyearbyen jest dalej na północ niż Klondike, to średnie temperatury nie są bardzo niskie: w styczniu to pomiędzy -13 a -20 stopni C. Nie sądzę, żeby w tych warunkach cokolwiek zamarzało w ciągu sekundy. Wiele lat mieszkałam w Kanadzie i zima była tam o wiele sroższa. Wprawdzie nie próbowałam pluć na mrozie, ale oczy czasem zamarzały…

Coś dla miłośników Formuły 1 – Pole Position:

Spitsbergen – Pole Position

Mimo, że nie można tu liczyć na ekstremalne temperatury jak na Yukonie, to na pewno warto tu przyjechać zimą, żeby posłuchać śpiewu zorzy polarnej. Aurora borealis (czyli zorza polarna północna, bo ta na południu nazywa się aurora australis) jest na mojej krótkiej liście „rzeczy, które trzeba zobaczyć przed śmiercią”. Oczywiście zorzę można zobaczyć dużo dalej na południe, ale tutaj, w tej osadzie, w czasie trwającej 24 godziny na dobę nocy na pewno ma to większy urok.

Już widać nasz statek, gdzie czeka na nas gorąca czekolada serwowana w każdym porcie jeszcze przed wejściem na trap/szalupę. Idziemy jeszcze na kraniec miasta, żeby zrobić sobie zdjęcie przed najsłynniejszym znakiem drogowym na świecie. 

Tu kończy się Longyearbyen, a zaczyna Północ:

Me and Zbig and the most famous road sign in the world

Motto Longyearbyen to: „unique, secure and creative”. Myślę, że bardzo trafione. Mimo całej brzydoty tego miejsca i trudnych warunków chciałabym pomieszkać tu trochę. To miasto lepiej wygląda w nocy…

ok. 20:00

Odpłynęliśmy o 19:00. Mgła znowu ogarnęła fiord. Teraz płyniemy na południe, na Przylądek Północny. Do przepłynięcia 534 mile morskie.

Żegnaj Longyearbyen:

Good by Longyearbyen

Tu kończy się Isfjorden, dalej tylko Morze Grenlandzkie.

Wypływamy z Isfjorden:

Isfjorden

Coraz dalej i dalej…

We are not alone

Żegnaj Svalbard:

Good by Svalbard

Żegnaj Longyearbyen. Żegnaj Spitsbergen. Żegnaj Arktyko. Przed nami Honningsvag.

Longyearbyen c.d.

c.d.

Kilka kilometrów od Longyearbyen jest Basecamp Trapper’s Station. Jest to miejsce, gdzie można poczuć klimat czasów, w których dobry psi zaprzęg był kluczową sprawą dla przetrwania podróżnika, czy trapera.

Przyczepa do przewozu psów:

Dog trailer in Spitsbergen

Można tam zobaczyć jak wyglądało życie myśliwych i ich psów. Psów mieszka tam ponoć 90, ale nie ma możliwości się z nimi zaprzyjaźnić. Rasy pierwotne nie łaszą się do obcych.

Jest tam kilka chatek, gdzie można spędzić na przykład miesiąc miodowy w towarzystwie martwych zwierząt, a właściwie ich skór. Nie jest to miejsce dla fundamentalistycznych estetów, bo wygląda to dosyć przaśnie, ale w noc polarną na pewno ma swój urok. Można też stamtąd wyruszyć na wyprawę psim zaprzęgiem, zimą na płozach, latem na kołach, na cały dzień (8 godzin), lub na pół dnia (4 godziny), ale też na trzy, lub siedem dni, na prawdziwą, arktyczną wyprawę. Ceny od 950,- NOK (ok. 530,- PLN) za pół dnia, do 29.900,- NOK (ok. 16.800 PLN) za 7-dniową wyprawę pod hasłem „Dead or the west coast”. Są to słowa legendarnego podróżnika Fridtjov Nansena, ale … hm… sama nie wiem. Nie ma jeszcze jakiejś innej alternatywy?

Ale trzeba wrócić do codzienności w Longyearbyen, a nie mam pojęcia jak wygląda codzienność żyjących tu ludzi. Dzieci wracają ze szkoły z plecakami, najczęściej na rowerach. Para na oko 40-letnia wraca ze sklepu z zakupami. Dwie kobiety rozmawiają przed sklepem, kilku młodzieńców siedzi przed pizzerią, jakiś młody człowiek grzebie w silniku swojego skutera śnieżnego. Właściwie tak jak w każdym małym miasteczku na świecie, no może poza tym, że pod koniec czerwca wszyscy mają na sobie zimowe kurtki (nie wiem w czym w takim razie chodzą w zimie) i tym skuterem śnieżnym…

Parking przed blokiem mieszkalnym:

Car/ ski-doo parkng

Tak, problem zbyt rozdmuchanej motoryzacji nijak się ma do Longyearbyen. Przed „blokami” parkują głównie „snowmobiles”, niektóre z potężnymi silnikami. Samochody są, głównie SUV i wielkie pick-up, trochę osobowych, ale nie wygląda na to, żeby nie mieli gdzie zaparkować przed bankiem czy pocztą w centrum. Wiodąca marka to Toyota.

Parking przed blokami:

Parking lots

CIEKAWOSTKA: w Longyearbyen nie ma przestępstw!

Pora ruszać do Svalbard Museum. Jest to ogromny, brunatny budynek prawie nad brzegiem fiordu, w północnej części miasta. Jak to w muzeum – artefakty dotyczące kultury materialnej ludzi zamieszkujących Svalbard, historia wielorybnictwa i górnictwa, flora i fauna archipelagu, ta ostatnia w postaci wypchanej. To mnie zresztą odstraszyło skutecznie – przy wejściu na sale ekspozycyjne stoi wielka głowa morsa i patrzy z wyrzutem.

Fiord i Svalbard Museum:

Fjord and Svalbard Museum

Slalbard Museum z innej perspektywy i znak drogowy dot. skuterów śnieżnych:

Svalbard Museum

Ale w hallu można się ogrzać, skorzystać z toalety (sic!), obejrzeć filmy o przyrodzie Svalbardu, kupić książki w różnych językach, mapy, plakaty, kubki, pocztówki, zdjęcia, skóry różnych biedaków, breloczki i inne rzeczy, które prawdziwy turysta kupić musi.

INFO: muzeum jest otwarte od 10:00 do 17:00. Cena biletu – 75,- NOK (ok. 12,50,- Euro). Akceptują wszystkie karty kredytowe, euro i dolary US.

W tym samym budynku mieści się Centrum Uniwersyteckie, Norweski Instytut Polarny i Środowiskowe Centrum Informacyjne.

Wracamy do domu, czyli na statek. Przynajmniej nie ma obawy, że zrobi się ciemno i nie trafimy z powrotem…

Po drodze dokonuję niespodziewanego odkrycia:

A flower in Spitsbergen

Longyearbyen c.d

18 czerwca, poniedziałek

W Longyearbyen żyją i pracują bardzo specyficzni ludzie, którzy przez pół roku żyją w ciemnościach polarnej nocy, rozświetlanej tylko księżycem i zorzami polarnymi, a przez pół roku w 24-godzinnym blasku słońca. Wiele okien w domach jest zasłoniętych folią odblaskową, taką jaką stosuje się na przednich szybach samochodów w obronie przed słońcem.

Prawie centrum Longyearbyen:

Longyearbyen center

Wracając do mieszkańców miasta… Ich liczba to około 2040 osób. 40% to Norwegowie, a około 16% to Tajlandczycy (lub Tajowie, niespodzianka), Szwedzi, Duńczycy, Niemcy i Rosjanie. Polaków naliczono 10-ciu (dane z 2010). 60% to mężczyźni, a przedział wiekowy to średnio 25 – 44 lat i prawie nie ma osób powyżej 66-go roku życia. Ciekawe jest to, że średnia długość pobytu w mieście to 4,3 roku dla obcokrajowców i 6,6 dla Norwegów. I kto tu jest Wikingiem?

Smutne jest to, że średnio w gospodarstwie domowym żyje 1,6 osoby. Muszą być nieźle samotni… Za to są bardzo wyedukowani – 54 procent z nich ma wyższe wykształcenie. Średnia kobiet to 40% z wyższym wykształceniem. 

Wszyscy ci samotni, mądrzy i młodzi ludzie mieszkają w dwupiętrowych domach-blokach, trochę przypominających baraki, lub w jednopiętrowych chatach. Niektóre są pomalowane na kolor bordowy, inne na niebiesko, jeszcze inne na zielono. Nie są radosnymi plamami rozświetlającymi krajobraz. Są ponure i czasem prawie ich nie widać na tle ciemnej ziemi. Zimą na pewno wyglądają lepiej, kiedy wokół jest jasno od śniegu i światła księżyca w pełni.

Domek jednorodzinny w Longyearbyen:

Typical house in Longyearbyen

Wszystkie domy stoją na palach. Nie takich jak w Wenecji, bo są krótsze i nie tak grube, ale nie da się tego ukryć  – stoją na palach. Te „fundamenty” są sprytnie osłonięte drewnianymi deskami, ale i tak można zobaczyć wodę, w której te pale stoją. Nie dziwię się – przy wielkich ilościach wody, jaka wiosną spływa z lodowców nie ma mowy o trzymaniu kompotu i ziemniaków w piwnicy.

Domy na palach:

Houses on stilts – Longyearbyen

INFO: hotele w Longyearbyen nie są tanie. Najtańszy pokój dwuosobowy to około 950 pln, na szczęście ze śniadaniem. Średnio trzeba zapłacić 1500 pln, ale droższe też się znajdą. Hotele są tak nieliczne, że nie muszą się obawiać konkurencji, ale też nie narzekają na brak gości, więc czasem lepiej rezerwować z wyprzedzeniem.

CIEKAWOSTKA: niedaleko Longyearbyen jest niesamowite miejsce: Svalbard Global Seed Vault, czyli Globalny Bank Nasion. W tunelu wydrążony w wiecznej zmarzlinie umieszczonych jest 20 milionów jadalnych nasion. Przechowywane są na wypadek globalnego kryzysu, choć jeśli kryzys byłby naprawdę globalny, to nikt do tych nasion nie dotrze, nie mówiąc już o ich posadzeniu. Budowa rozpoczęła się w czerwcu 2006 roku. Placówka została sfinansowana przez rząd Norwegii. Wiele państw wysyła tu „swoje” nasiona, a za ich przechowywanie nie pobiera się opłat. Ziarenka mogą w tych warunkach wytrzymać nawet tysiące lat.

c.d.n.

Dzika północ, czyli Longyearbyen

Pozycja: 78 stopni 13 minut nord

tempertura: 3 stopnie C

ok. 16:00

Z portu do miasta jest około 2 km. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo zaoszczędzilibyśmy 10 dolców. Ale dla kogoś, kto ma ciężką astmę przebycie tej drogi pieszo jest niewskazane – może zostać zabity przez kurz. Kurzy się zewsząd: ze skalistych, czarno-brunatnych zboczy, z poboczy wysypanych żwirem i małymi kawałkami węgla, z okolicznych „łąk”, które porastają suche trawki, którymi mogłyby się nakarmić tylko wielbłądy, bo co do reniferów nie jestem pewna. Wzdłuż drogi stoją dziesiątki piętrowych baraków o nieciekawej architekturze, która niestety dominuje w szaro-brązowym krajobrazie. W budynkach mieszczą się firmy, a przed budynkami panuje bałagan – porozrzucane drewniane belki drewniane, porzucone betonowe słupy, pojemniki na oleje i inne substancje płynne, jakieś beczki, kontenery na śmieci… Wiem, że tu się pracuje, ale naprawdę nikomu nie zależy?

Wiosenne łąki. To malutkie, białe to ptak:

Little, white bird on spring meadows – Longyearbyen

Docieramy do centrum Longyearbyen. Robi wrażenie, choć nie mogę się zdecydować jakie to wrażenie. Po pierwsze brak zieleni, nie licząc zieleni drewnianych domów. Skąd biorą drewno na budowę, skoro nie rośnie tu nic oprócz porostów? Chyba jednak wszystko muszą sprowadzać, oprócz skór reniferów, które leżą biedne na stołach i ławach przed sklepami. Myślę, że te sklepy z pamiątkami to pamiątki po reniferach.

Sklepy, sklepy na głównej ulicy w Longyearbyen

Main street in Longyearbyen

Przez miasteczko płynie strumień, zwany Longyearelva – teraz zamieniony w cienką stróżkę, w której walają się plastikowe odpadki, papiery, a obok biegną niczym nie osłonięte rury. Nie robi to dobrego wrażenia, chyba, że ktoś bardzo, bardzo lubi przemysłowe krajobrazy.  

Nie wiem co powiedzieć:

City center, Longyearbyen

Po drugiej stronie strumienia, w stronę portu, na niewielkim wzgórzu jest słynny kościół. Nie ma wspaniałych renesansowych malowideł czy rzeźb, nie ma wielkich organów i żaden wielki król nie został tu namaszczony. Jest skromny, surowy (można? można!) i od ponad 70 lat jest najbardziej wysuniętym kościołem na północ. I pewnie tak zostanie.

Centrum Longyearbyen. W oddali kościół:

Longyearbyen center with famous church in the distance

No i jest wielki niedźwiedź polarny, z którym każdy turysta robi sobie zdjęcie. Powiedziano nam, że w razie spotkania z prawdziwym niedźwiedziem raczej nie musimy uciekać – i tak nas dogoni i zabije. Wiele osób nosi broń, w tym długie karabiny z wąską lufą.

Napis w tutejszym supermarkecie:

In the local supermarket

Właściwie przestrzegają przed wychodzeniem z miasta bez broni odstraszającej niedźwiedzie i bez doświadczenia pozwalającego tej broni użyć. Zamierzam bardzo przestrzegać tych zaleceń.

Słodki miś, który gdyby był żywy, pożarłby mnie z kościami:

I kissed a bear. Polar bear

W sklepach są głównie pamiątki: oprócz skór i rogów można kupić wyroby z wełny, polarne kurtki, nie polarne piżamy, straszliwe drzeworyty z sylwetkami zwierząt i inne rzeczy niezbędne do ekspedycji na Biegun Północny. Ceny są kosmiczne, ale satysfakcja z kupienia czegoś na Spitsbergenie – bezcenna. W dodatku wszystko „made in Norway”.

INFO: sklepy z pamiątkami są otwarte od 10:00 do 17:00, w soboty od 10:00 do 14:00, ale mogą być otwarte np. tylko od 1 czerwca do 15 sierpnia. Jeden z największych sklepów, Svalbardbutikken jest otwarty od 10:00 do 20:00, w sobotę do 18:00, w niedzielę od 15:00 do 18:00 przez cały rok.

Na głównej ulicy, jak na każdej głównej ulicy mieszczą się najważniejsze instytucje konieczne do funkcjonowania miasteczka. Puby są na pewno, jest też kilka restauracji. W barze można zjeść najdalej wysuniętą na północ pizze albo kebab, w restauracji – norweską czarną gęś, lub pulpety z renifera. 

Jest też bank, biblioteka, przedszkole ze smutnymi słoneczkami wymalowanymi na szybach. Naprzeciwko remiza strażacka. Na wschodnim skraju jest wyciąg narciarski, latem nieczynny z wiadomych względów.

Przy głównej ulicy jest też pomnik górnika – nie jakiś monument, ale niewielka postać zmęczonego człowieka, który z kilofem w ręku wraca do domu. 

Pomnik górnika na głównej ulicy w Longyearbyen

Statue of coal miner – main street in Longyearbyen

c.d.n.

Bykaia, czyli wrota Spitsbergenu

Poniedziałek, 18 czerwca

Słońce nad horyzontem

Temperatura: zero

Pozycja: Adventfjorden, archipelag Svalbard ( czyli „zimne wybrzeże”), wyspa Spitsbergen

Ok. 6:30

Przed 5 rano wpłynęliśmy do do fiordu Isfjorden o długości 107 kilometrów, co czyni go drugim co do wielkości fiordem na wyspie Spitsbergen. Chmury wiszą tak nisko, że nie widać szczytów nagich, stromych, czarnych gór. Powierzchnia wody jest gładka, czyli nie ma wiatru. Nawet ptaki się jeszcze nie obudziły, bo nie ma ani jednego. Chyba, że mają jakieś obfitsze poranne pastwiska.

Ponure wody Isfjorden. Jest około 5 rano, wszyscy jeszcze śpią, ale na mostku ktoś czuwa?

5 a.m., Isfjorden.

Strome zbocza Spitsbergenu:

Spitsbergen and it’s steep hills

Mijamy małe przystanie kutrów i coś, co wygląda na manufaktury do przetwarzania ryb i małe doki. Jest bardzo cicho, jakbyśmy płynęli przez martwe wody.

Trawlers in Adventfjorden

Zbliżamy się do portu Bykaia, Adventfjorden:

Port Bykaia, the gate of Spitsbergen

Ciekawe jaką pogodę miał John Munroe Longyear, kiedy latem 1901 roku przybył jako turysta na Spitsbergen, gdzie właśnie odkryto pokłady węgla. John wraz z przyjacielem Frederickiem Ayer (teść gen. Pattona, notabene) kupili norweską firmę górniczą i w 1905 założyli Arctic Coal Company z siedzibą w Bostonie, Massachusetts. Górnicy pochodzący głównie z Norwegii i Szwecji, żyjąc w bardzo ciężkich warunkach wybudowali osadę, w której osiedliło się 500 osób. Potem osada, zwana Longyear City rozrosła się i dzisiaj jest centrum administracyjnym i handlowym z 2040 mieszkańcami, zatrudnionymi głównie w górnictwie węgla, w arktycznych ośrodkach akademickich i badawczych i przemyśle turystycznym. Teraz miasto nazywa się Longyearbyen i niedługo się w nim znajdziemy.

ok. 9:00

Właśnie przycumowaliśmy w porcie Bykaia w Adventfjorden. Byłam w wielu portach, ale ten jest jakiś… mały. I wydaje się… zabałaganiony. 

Na zboczu góry, przy której jest port widać słupy kolejki i wagoniki do transportu węgla. A swoją drogą… jeśli tu jest węgiel, to znaczy, że kiedyś musiały być tu wielkie drzewa i o wiele wyższe temperatury. Hm, czy ktoś na to już wpadł przede mną?

Mały kuter (?) ciągnie cumę naszego statku na brzeg:

Small ship is draging a rope for moor our ship

Port z bliska. Właśnie zacumowaliśmy:

Z okna na 10 pokładzie widzę też dwie budy dla psów. Kundelki leżą na dachach swoich domów i nie robi na nich wrażenia nasz okręt – znowu najwyższy budynek w mieście. Port wygląda na wymarły, czasem tylko podjeżdża jakaś furgonetka. Niedługo powinny pojawić się autokary, które mają nas zawieźć do centrum Longyearbyen. Cena biletu: 5$.

Zbig karmi fiordy, żeby mógł sie potem chwalić, że jadły mu z ręki:

Zbig and fjord

Przy okazji wypatrzyłam kogoś z załogi, kto wyprowadza małego, białego pieska na spacer. Już jakiś czas temu słyszałam szczekanie w części pokładu należącym do załogi, ale kiedy kogoś o to spytałam, to oczywiście zaprzeczył. Nie mówcie nic kapitanowi, a jeśli chodzi o mnie, to nie mam nic przeciwko zwierzętom na statku, pod warunkiem, że nie są to szczury.

10:00

Zbig nakarmił fiord i nie pozostaje nam nic innego, jak wyruszyć. Słońce zaczyna znajdować sobie małe otworki w chmurach. To będzie piękny dzień.

c.d.n

Lofoty, czyli Norsemen god dag!

Sobota, 16 czerwca

wschód słońca: hahaha, skoro nie zaszło, to jak ma wzejść?

temperatura: 12 stopni, słonecznie

Pozycja: Lofoty

ok. 8:00

Welcome to Lofoten:

Lofoten – Leknes

Witamy na Lofotach:

Lofoten

Obudził mnie głośny dźwięk łańcucha kotwicznego. Na czwartym pokładzie marynarze zaczęli spuszczać szalupy, którymi dotrzemy do portu. Szalupy, dotąd wiszące nad pokładem wydawały się małe, ale teraz, kiedy widzę jak wędrują w dół i kołyszą się niebezpiecznie nad pokładem, to widzę, jakie są wielkie. Dowiaduję się, że mogą zabrać do 120 osób i wydają mi się jeszcze większe.

Zdejmowanie szalupy z wieszaka:

Launch off

Szalupy welcome to – do portu Leknes

From ship to the harbour

Nie zdecydowaliśmy się na kupno wycieczki krajoznawczej. Za to wczoraj kupiliśmy bilety na autobus (7$ od osoby, mają jeździć co 20 minut, przystanek koło kościoła, możemy jeździć tyle razy, ile chcemy), który z portu ma nas zawieźć do Leknes – największego miasta archipelagu Lofotów, na wyspie Vestvagoy (nad „a” powinno być małe kółeczko, a „o” powinno być przekreślone). Trudno to sobie wyobrazić bo z pokładu widzę kilkanaście rozrzuconych domostw i coś, co wygląda na kościół albo remizę strażacką, a w tle niewielkie góry pokryte resztkami śniegu i rzadkimi lasami.

Lofoty są ponoć siedzibą wielu milionerów – ludzi, którzy dorobili się na hodowli łososi. Osiedlają się właśnie tu, ze względu na „balsamiczny” klimat, który niewątpliwie jest zasługą Golfstromu, czyli Prądu Zatokowego. Oczywiście tutejsza ekonomia oparta jest na rybołówstwie, zresztą po co zmieniać coś, co istnieje tutaj od setek, jeśli nie tysięcy lat?

ok. 11.00

Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy drugie śniadanie i rozleniwieni patrzymy na kursujące ze statku na ląd i z lądu na statek szalupy. Trzeba się zbierać, to pierwsze zejście na ten tajemniczy ląd, zamieszkany od pokoleń przez Wikingów („Norsemen” jest ponoć bardziej poprawne politycznie). I nie zapomnieć paszportów!

15:30

Z pokładu #1 wsiedliśmy do szalupy, która malowniczo okrążyła statek i po 10 minutach przycumowała w porcie.

Witamy w Leknes na Lofotach

Leknes Port – Lofoten

Port to drewniany pomost, przy którym nie zmieściłyby się trzy końskie furmanki, a co dopiero nasz statek. Port to także 3 budyneczki wielkości garaży, w których są głównie sklepy z pamiątkami. Tuż za portem jest mała górka, na którą nie wiadomo czemu wszyscy postanowili wejść. Trochę dalej małe domki przycupnięte na brzegu z niskimi drzewami owocowymi.

Okazuje się, że Leknes leży w głębi lądu, około 5 km. od portu, więc podróż trwa krótko. Mijamy przydrożne bagienka, w których brodzą mewy, kilkanaście domów z drewna, które raczej nie świadczą o zamożności ich mieszkańców.

Uliczka w Leknes:

Little street in Leknes

Miasteczko typu „knajpa/kościół”, choć knajp tu raczej niewiele. Kilka ładnych domów przy uliczkach ze żwirową nawierzchnią, kwitną tulipany, czyli wiosna wreszcie nadeszła. Główna ulica to kilkanaście sklepów z różnościami: chiński market, włóczki, suknie ślubne, bank, poczta, kwiaciarnia, optyk.

Lokalna autostrada i droga na Ostrołękę, tfu, na Narwik

Local highway – Lofoten

Dodge Viper przed domem towarowym i Zbig już chce tu zostać:

Zbig and Dodge Viper – Leknes

Na końcu miasteczka małe centrum handlowe z dwoma supermarketami (jeden to dyskont) i ładnie urządzonymi sklepami z wyposażeniem domów, trochę ciuchów, księgarnia, apteka. Za centrum, na parkingu kilka straganów z ciuchami i zabawkami, ale tandeta niesamowita. Zbig za to namierza największą dla niego atrakcję Lofotów: Dodge Viper, w dodatku pomarańczowy. 

Wróciliśmy po dwóch godzinach. Naprawdę nie było już co oglądać. 

LOKALNE KULINARIA:

Torrfisk – suszony na drewnianych półkach dorsz. Klippfisk – solona ryba, znana od XVII wieku, kiedy do rozsądnego poziomu spadły ceny soli. Fiskeboller – zawijasy z ryby, często podawane ze śmietaną. I najbardziej chyba znana norweska potrawa – lutefisk – suszony dorsz albo łupacz moczony i doprowadzony do fermentacji, najczęściej jedzony na Boże Narodzenie. Fiskepudding to puszysty pudding rybny.

Aquavit – do popicia tych wszystkich rybich delicji. Bardzo popularna w Skandynawii wódka, destylowana z ziemniaków, przechowywana w drewnianych beczkach, aromatyzowana kminkiem i koprem. Produkowana od XIV wieku.

WARTO ZWIEDZIĆ: Muzeum Wikingów – około 15 km na północny wschód od Leknes. Mieści się w największym budynku ery Wikingów odkrytym kiedykolwiek. Dzięki bogatym znaleziskom artefaktów, archeolodzy odtworzyli dom w pełnym wymiarze. Dzięki temu można wkroczyć prosto do świata ery brązu i zobaczyć, że nie byli to tylko barbarzyńscy brutale uganiający się z toporami. Ich społeczeństwo było wysoce zorganizowane, a największą wartością był honor. Królowie i inni przywódcy byli wybierani przez społeczność i to zwykli ludzie decydowali o prawach i zasadach. 

INFO: W Laknes jest kilka kafejek internetowych. Informacja turystyczna znajduje się przy ulicy Storgata 31, w centrum handlowym.

SŁOWNICZEK: Tak – Ja; Nie – Nei; Dzień dobry – God Dag; Dziękuję bardzo – Tusen takk.

ok. 22:00

Kolacja jak marzenie. Musiałam oddać Zbigowi zupę kokosową, bo okazała się jak żyleta. No i znowu dostaliśmy specjalny deser po deserze – suflet czekoladowy z biała czekoladą z Grand Marnier. Cieszę się, że jesteśmy specjalnymi gośćmi, ale… Nie, żadne ale. Bardzo, bardzo warte grzechu.

Leknes pożegnaliśmy o 17:00. Teraz płyniemy prosto na północ, ale nadal wzdłuż wybrzeża. Widać ośnieżone, strome góry wyrastające prosto z morza. Następny port – Longyearbyen. Mamy do przepłynięcia 706 mil morskich.

Nasz statek przyczajony w fiordzie za skałką. Myśli, że go nie widać:

Our ship hidden in fjord – Lofoten
Lofoty, do widzenia

Lofoty, do widzenia:

Good by Lofoten!

RADA: Nie jestem pewna, czy warto płacić za zorganizowane wycieczki lądowe. Ta do Leknes kosztowała 169$ od osoby, trwała 3 godziny i obejmowała mały rejs na Vestfjord, lub wędrówkę po okolicznych muzeach i przejazd przez podwodny tunel do Flakstadoey. Sama nie wiem, ale tyle kasy za 3 godziny…