Późne popołudnie, niezbyt ciepło, ale nie pada.
Zbig padł rażony katarem zaraz po kolacji, która dziś była „formal”. Nawet nie zaszczycił swoją obecnością ulubionego teatru, nie udał się do mesy na wieczorny kubek czekolady, nie podziwiał wspaniałych widoków, rozciągających się z jedenastego pokładu.
Zostawiłam go na pastwę losu z tysiącami chusteczek i udałam się schodami na rzeczony pokład.
Przede wszystkim miałam wspaniałe towarzystwo:

Po drugie podziwiałam „przydrożne” wsie, gdzie ludzie żyją nie tylko spokojnie, ale i dostatnio i nawet skaliste ogródki nie pozbawiają ich szczęśliwości. I jeszcze mają niezłe widoki:

Ludność Norwegii wyległa przed domy. Chętnie spytałabym, czy nie mają jakiegoś małego domku na odludziu, gdzie mogłabym pomieszkać:

Samotny, mały kajak wśród bezmiaru wód:

ok. 23.00, w kajucie
Pod drzwi wsunięto info o wyokrętowaniu w Amsterdamie, wraz z tagami do bagażu, który musimy wystawić przed drzwi jutro do 22-giej…
To już? Naprawdę?
Nic to, do Amsterdamu jeszcze 525 mil morskich.
