Po południu
Więc tak: kiedy patrzymy na zachód możemy zobaczyć majestatyczny Atlantyk. Na wschodzie jest zapierająca dech w piersiach panorama fiordu Romsdal z lasami i małymi wioskami, które wyglądają, jakby kąpały się w wodzie. U naszych stóp rozpościera się Molde otoczone łańcuchem Gór Romsdal i ich 222 ośnieżone szczyty. Wszystko to widać z punktu widokowego Varden, leżącego na wysokości 407 metrów n.p.m. Można tam dojść pieszo z centrum Molde w ciągu 1,5 godziny pod górę, dla bardziej wysportowanych w 1 godzinę, ale też pod górę.

Powyżej – główna ulica w Molde.
INFO: na szczycie jest chata, w której mieści się restauracja „Vardestua”, gdzie ceny są wyższe niż w Norwegii, otwarta latem. Odległość od miasta – 5 km.
Molde jest milutkie. Jest ładne, w swej większości zadbane i sympatyczne. Za murami domów kryją się i przemysł (głównie tekstylny) i kultura i teatr i nawet festiwal jazzowy, nie wspominając o muzeum, galeriach i namiastce uniwersytetu.
Centrum Molde:

Mieszka tam ok. 24 tysiące ludzi, którzy raczej nie przejmują się cenami gazu do ogrzewania domu zimą. W ogóle powinni być najbardziej wyluzowanymi ludźmi na świecie, choćby dlatego, że mają rząd, który zamiast przepić i przehulać kasę z ropy i gazu w jak najkrótszym czasie, postanowił ją zainwestować. Jak postanowił tak zrobił, pakując wszystko w przedsięwzięcia na całym świecie, które to przedsięwzięcia nie wiedzieć czemu przynoszą zyski. Z tych zysków pochodzą między innymi emerytury Norwegów, edukacja itd., czyli rzeczy, które przez każdy szanujący się rząd są traktowane jak dopust boży. Rząd norweski nie szanuje się do tego stopnia, że na te wszystkie wydatki przeznacza rocznie około 5 % tychże zysków, nie ruszając kapitału. To czyni każdego Norwega udziałowcem w kasie, której przeciętny hm, powiedzmy Polak nie jest sobie w stanie wyobrazić.
I nie wiedzieć dlaczego mieszkańcy kraju zwanego Norwegią kochają swój kraj i w dodatku czują się w nim szczęśliwi. I jeszcze do tego mają cholernie piękne fiordy…
Poniżej: centrum handlowe. Pełna kultura…

Wracając do Molde (molde/moldar w staronorweskim znaczy czaszka albo żyzna ziemia) i jej róż: sławny ogród różany znajduje się na dachu ratusza jest przereklamowany. Róż jest dużo, ale nie wyglądają imponująco, przypominają zaniedbane badylki zieleniejące się wprawdzie, ale dość nieśmiało. Może trafiłam w zły moment, ale takie badylki nie powinny zostać symbolem miasta.
Ogród różany na dachu ratusza w Molde. Powyżej – nasz statek, powyżej – góry w czerwcu.

Tuż obok dachu ratusza jest niewielki (według polskich kryteriów) kościół z nowoczesną dzwonnicą. Nic imponującego z zewnątrz, ale w środku jest czarujący: skromny, biały, z ciemnym sufitem, bez złota i rzeźb, za to z modelami okrętów zwieszającymi się ze sklepienia.
Kościół w Molde i piękna miniatura okrętu:

Drugą fajną sprawą jest to, że mają tam pastorkę, która ślicznie uśmiecha się ze zdjęcia w pierwszym pomieszczeniu kościoła (nie jestem częstą bywalczynią świątyń, więc nie mam pojęcia jak się to nazywa). W tymże miejscu odkryłam coś, co mnie zachwyciło: krzyż, na którym nie wisi zakrwawiony facet, który zawsze budził we mnie grozę. Na chrześcijańskim krzyżu wiszą ryby i choć nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem symbolikę, to jest to coś, co do mnie bardziej przemawia, niż udręczony mężczyzna.

Inną atrakcją jest Muzeum Romsdal, jedno z największych skansenów w Norwegii. Założone w 1912 przedstawia historię regionu od 14 do 20 wieku. Zgromadzono w nim budynki mieszkalne, stodoły i szopy, kaplicę i … wychodki.
Jeden z najładniejszych domów w Molde:

Na wyspie Hjertoya, 10 minut od centrum Molde jest kolejny skansen – Muzeum Rybołóstwa w postaci małej wioski rybackiej zachowanej w całości wraz ze sprzętem rybackim i łodziami. Statki na wyspę i z powrotem odpływają mniej więcej co godzinę.
INFO: Sklepy są otwarte od 9/10 do 17:00, w soboty do 14:00, karty kredytowe są akceptowane. Poczta jest przy ulicy Torget 2, a informacja turystyczna przy Radhuset.









