Dziś jedziemy na północ, do Danii. Wielka wyprawa, całe 20 kilometrów, ale znalazłam kilka domów, które mnie zachwyciły, w których zakochałam się miłością czystą i niespełnioną zapewne. Miłość tak mnie skołowała, że nie zrobiłam żadnych zdjęć, ale jeśli lubicie stare (XVIII – XIX wiek) niewielkie domy kryte strzechą, z malutkimi okienkami na pięterku, z drewnianymi podłogami i prostymi meblami, przytulne, białe i słodkie, to zrozumiecie moje szaleństwo.
Pytamy znudzonego agenta jak daleko jest morze. Mówi, że 3 kilometry, ale prawdziwa plaża jest na wyspie Rømø, 20 kilometrów od domku. Jedziemy więc na wyspę. Prawie nie ma ruchu, niewiele zabudowań po drodze, ludzi wcale, chłodno, słonecznie i spokojnie. Przejeżdżamy przez dłuuuuuuuuugi most łączący Danię z wyspą, potem jeszcze kilka kilometrów na zachód, mijamy wydmy i wjeżdżamy na plażę. Tak, dosłownie wjeżdżamy na plażę:

Otwiera się przed nami ogromna przestrzeń lśniąca złotem, bielą, żółcią i szarością. Największa połać piasku, jaką kiedykolwiek widziałam, no może poza kawałkiem Sahary. Daleko, daleko widać ciemną kreskę – tam zaczyna się morze:

Niebo jest czyste, błękitne, a na tej wielkiej, świetlistej cudownej przestrzeni widać ludzi, samochody i latawce. I lśniące morze z białymi falami. I jest tak spokojnie…

Pamiętacie pustynną planetę Tatooine (tę, która ma dwa słońca, na której mieszkał Jabba the Hutt, na której wychowali się Anakin i Luke Skywalkerowie i gdzie przede wszystkim jest knajpa Mos Eisley, w której Obi-Wan Kenobi i Luke spotkali Hana Solo i Chewbaccę)? Takie mam skojarzenie patrząc na tę … pustynną planetę:

No i jeszcze potomek gościa (boczna linia) zwanego Chewbacca:

Zakochałam się w tej wyspie nie wiem po co. I tak trzeba wracać.

