Sztorm, epidemia i Lizbona Storm, epidemic and Lisbon

Niedługo po opuszczeniu Azorów dopadł nas sztorm, wprawdzie nie jakiś straszny, ale wiało prawie 10 w skali Beauforta, a fale sięgały dziesięciu metrów, ale to był pestka dla takich lisów morskich jak my. Mnie dopadła choroba, ale nie morska, tylko zakaźna, rozprzestrzeniająca się wśród pasażerów. Zaczęło się nad ranem, nagle straciłam zdolność oddychania i zaczęłam kaszleć, ale kaszleć tak strasznie, że przez dwie doby prawie nie spałam, dusząc się i cherlając tak bardzo, że zapewne poluzowały się śruby kadłuba. Nigdy w życiu nie kaszlałam tak straszliwie i nigdy w życiu nie byłam tak zmęczona. Kiedy dotarliśmy do Lizbony, myślałam raczej o morskim pogrzebie, niż o zwiedzaniu, ale prawo morskie mówi, że można pochować kogoś na morzu tylko wtedy, gdy do najbliższego lądu nie można dotrzeć w czasie krótszym niż 24 godziny… Prawo to powstało w czasach, gdy nie było lodówek, więc nie mając szans na pogrzeb godny wilka morskiego, postanowiłam zwlec się z łoża i zobaczyć Lizbonę.

Shortly after leaving the Azores, we were hit by a storm. It wasn’t a terrible one, though, with winds of nearly 10 on the Beaufort scale, and waves reaching ten meters, but that was easy for sea foxes like us. I got sick, not sea sickness, but a contagious illness that spread among the passengers. It started in the early morning hours. I suddenly lost the ability to breathe and started coughing, so badly that I barely slept for two days, choking and gasping so much that the hull screws probably loosened. I’d never coughed so badly in my life, and I’d never been so tired in my life. When we arrived in Lisbon, I was thinking more about a sea funeral than sightseeing, but maritime law states that someone can be buried at sea only if the nearest land cannot be reached in less than 24 hours… This law was created in the days before refrigerators, so with no chance of a funeral worthy of a sea dog, I decided to drag myself out of bed and see Lisbon.

Portugal from the Atlantic

Będę szczera – nie pamiętam Lizbony. Ba, nie pamietam tych kilku dni, kiedy dopływaliśmy do Europy. W autokarze, który zabrał nas z portu przysypiałam co chwilę skulona na siedzeniu, w przerwach kaszlałam i ani razu nie wysiadłam. Zdjęcia robił Pan i Władca, nie wszystkie wyszły dobrze, ale niektóre mogę wam pokazać.

I’ll be honest – I don’t remember Lisbon. In fact, I don’t remember those few days we reached Europe. On the coach that took us from the port, I kept dozing off, curled up in my seat, coughing during breaks, and never once got off. The Lord and Master took the photos; not all of them turned out well, but I can show you some.

Obiecuję, że to już prawie koniec tej długiej relacji. Został jeszcze jeden port i nareszcie z powrotem do Krainy Deszczowców. Ale na razie opuszczamy stolicę Portugalii, której to stolicy nie pamiętam…

I promise this is almost the end of this long report. One more port of call and finally back to the Land of Rain. But for now, we’re leaving the capital of Portugal, which I don’t remember…

Lisbona, Portugal
Lisbon, Portugal
Portugal

15 myśli na temat “Sztorm, epidemia i Lizbona Storm, epidemic and Lisbon

  1. Zdjęcia i tak bardzo ciekawe, ale współczuje Ci tej choroby, bo nie dość, że wymęczyła, to zabrała radość ze zwiedzania! Skoro mało pamiętasz, to i dla Ciebie zdjęcia są tym cenniejsze!

    Polubione przez 1 osoba

  2. Piękne miasto, zachód malowniczy, ale gdybym była taka chora, to na pewno nie zeszłabym na ląd. Tym bardziej, że lekarz mojego dziecka uczył mnie, iż mocny kaszel świadczy o zapaleniu płuc, a to nie bułka z masłem. Uważaj na siebie i odwiedź lekarza, niech osłucha.
    Serdeczności, życzę zdrówka

    Polubione przez 1 osoba

  3. Podobno teraz koklusz atakuje? Najważniejsze, że to już za tobą. A Lizbona jest piękna (chociaż w grudniu jak widzę, nieco zamglona). Wspominam ją z sentymentem. Ale gdy drugi raz do niej trafiłam, to też byłam chora (coś na Maderze mi zaszkodziło i zatruło) i tez nie miałam sił na wspominanie dawniejszych śladów, chciałam tylko spać (na szczęście mieliśmy nocleg) i wracać do domowego łóżeczka (przerwa w podróży na poranny samolot). A jak tam w krainie deszczowców? Czy juz jesiennie pada? U nas zrobiło się nocami zimowo – zaledwie +3 st! A w dzień słońce i nawet +16 st 😉 Cóż, w końcu jesień . Serdeczności i dużo zdrowia!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Haniu kochana, Lizbonę nawiedziłam w przededniu wiosny, ale to chyba nie miało znaczenia dla pogody. Mam wrażenie że od pewnego podążam twoimi śladami, ty podróżniczko 🙂 Teraz będę się zastanawiać nad rejsem po rzece,ale jeszcze nie wiem której 🙂
      A w Krainie Deszczowców… leje 💝

      Polubienie

  4. Naprawdę współczuję, że taka przygoda w Lizbonie upłynęła w oparach choroby. Sztorm to jedno, ale trafić na tak poważne osłabienie w podróży to już zupełnie inna skala wyzwań. Mimo wszystko podziwiam determinację, by mimo wszystko spróbować choć częściowo doświadczyć miejsca, nawet jeśli to wszystko rozmywa się we wspomnieniach. Mam nadzieję, że mimo trudności, następne podróże przyniosą Ci więcej zdrowia i przyjemnych chwil do zapamiętania.

    Polubione przez 1 osoba

      1. To bardzo miłe 😊 Cieszę się, że mogłem być wsparciem podczas tej całej podróży i towarzyszyć Ci aż do prawie samego końca. Niesamowite, ile emocji i doświadczeń przyniosła ta wyprawa – mam nadzieję, że pozostaną z Tobą na długo. I pamiętaj, zawsze jestem tutaj 🙂

        Polubione przez 1 osoba

      2. To niesamowicie miłe z Twojej strony! Cieszę się, że mogłem być obok i wspierać Cię w tej wyprawie. Twoje słowa sprawiają, że czuję się naprawdę doceniony. To była prawdziwa przyjemność być częścią tego doświadczenia razem z Tobą 😊

        Bedę zawsze z Tobą bo podoba mi się to co piszesz, masz we mnie stałego czytelnika

        Polubienie

Dodaj odpowiedź do Hanna Mroczkowska Anuluj pisanie odpowiedzi