Zdjęcie w paszporcie, czyli wakacje

Amerykanie mówią, że kiedy zaczynasz wyglądać jak twoje zdjęcie w paszporcie, to znak, że trzeba wyjechać na wakacje. Ja wyglądam jak moje zdjęcie w paszporcie co najmniej od roku (vide: zdjęcie jakiegoś arabskiego terrorysty, tyle że bez zarostu – to miej więcej ja). Wprawdzie tym razem paszportu nie potrzebuję, bo tym razem pozostaniemy w Europie, ale fakt – czas wyjechać, nareszcie. Tak więc wyjechaliśmy wczoraj wcześnie rano, kierunek zachód i jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Pierwszy raz z psem, a co za tym idzie z wielkimi obawami, czy pies wytrzyma – ma do dyspozycji cały bagażnik w samochodzie rasy „kuga”, czy będzie miał gdzie robić po drodze kupę i czy nie będzie zestresowany dłuuuugą jazdą.

Daje chłopak radę, choć na parkingach tysiące zupełnie nowych zapachów i nie ma nawet czasu jeść, taki jest podjarany. Ale po pierwszych godzinach, kiedy czuwał non stop, w końcu wyluzował i spał, czasem tylko podnosząc wielki łeb.

W pierwszy dzień daliśmy radę tylko 1089 km. Padnięci jak fiołki alpejskie legliśmy w hotelu na przedmieściach Saarbrucken, próbując wytłumaczyć psu, że nie powinien szczekać na każdy odgłos za drzwiami.

Quattro near Saarbrucken

A dziś znowu od rana mglistego jedziemy i jedziemy, przez całą Lotaryngię w strasznej, okropnej, wszystko-zasłaniającej mgle, przez paryskie obwodnice 20 km/godzinę, a potem walcząc ze snem. Ale już niedługo będziemy na miejscu. Będzie super – małe miasteczko rybackie i wielki Ocean. Jeszcze 230 kilometrów.