Hamilton, Bermudy / Bermudas

Wyobrażacie sobie stolicę kraju mającą 850 mieszkańców? Tyle właśnie ma Hamilton. Już tylko ten fakt zachęciłby mnie do zamieszkania tutaj. A widok głównej ulicy, przy której znajduje się przystań dla taksówek wodnych utwierdził mnie w tym.

Can you imagine a capital city with a population of 850? That’s exactly what Hamilton has. That fact alone would make me want to live here. And the sight of Main Street, where the water taxi dock is, confirmed my belief.

Hamilton, Bermuda

Ruszyliśmy tą główną ulicą przed siebie, mając po prawej stronie zatokę, po lewej zadbane budynki. Ulice były prawie puste, nie wszystkie sklepy były otwarte. Przypomniałam sobie, że jest niedziela, więc pewnie większość mieszkańców wyleguje się na plażach, albo w innych bermudzkich miejscach pełnych milionerów.

We set off down the main street, with the bay on our right and well-maintained buildings on our left. The streets were almost empty, and not all the shops were open. I remembered it was Sunday, so most of the locals were probably lounging on the beaches or in other Bermudian spots crowded with millionaires.

Hamilton, Bermuda

Kiedy znudziła nam się główna ulica (mimo że na murach były piękne mozaiki przy niektórych sklepach), skręciliśmy w lewo (w prawo nie mogliśmy, bo woda), ulica wiodła lekko pod górę, minęliśmy kilka knajp (ceny rzeczywiście nie były zbyt niskie, możecie zobaczyć), przysiedliśmy na ławeczce (na zdjęciu: prawie wszystkie ławki w Hamilton są podobne do tej) i spotkaliśmy Polaka, który mieszka w Hamilton. Bardzo się śpieszył, więc poszliśmy dalej.

When we got tired of the main street (even though there were beautiful mosaics on the walls near some of the shops), we turned left (we couldn’t turn right because of the water), the street went slightly uphill, passed a few pubs (the prices weren’t exactly cheap, as you can see), sat down on a bench (pictured: almost all benches in Hamilton are similar to this one), and met a Polish man who lives in Hamilton. He was in a hurry, so we moved on.

Jak większość małych wysp Bermudy, jakkolwiek śmiesznie to brzmi, ma problem z wodą. Pozyskuje się ją z odsalania wody morskiej (jak w Curacao lub Arubie), z wielkich ekranów łapiących mgłę (jak na Kanarach), lub jak w Hamilton – z łapania wody deszczowej. Wszystkie dachy w mieście są przystosowane do gromadzenia wody – są pomalowane na biało i zaopatrzone w odpowiednie jej odprowadzenie.

Like most small islands, Bermuda, as ridiculous as it sounds, has a water problem. It’s obtained by desalination of seawater (as in Curacao or Aruba), large fog screens (as in the Canary Islands), or, as in Hamilton, by collecting rainwater. All roofs in the city are designed to collect water—they’re painted white and have drainage systems.

Miasto zostało nazwane na cześć gubernatora Henry’ego Hamiltona w 1793 roku. Ale miasto zostało miastem dopiero na początku XX wieku, kiedy konsekrowano katedrę Przenajświętszej Trójcy, czy jakoś tak (The Cathedral of the Most Holy Trinity). Do katedry nie dotarliśmy, choć widzieliśmy z daleka jej wieżę, ale dotarliśmy do muzeum (zamkniętego) i parku Wiktorii.

The town was named after Governor Henry Hamilton in 1793. But it didn’t become a city until the early 20th century, when the Cathedral of the Most Holy Trinity was consecrated. We didn’t get to the cathedral, though we saw its tower from a distance, but we did get to the museum (which is closed) and Victoria Park.

Hamilton jest nie tylko stolicą Bermudów, jest także ośrodkiem usług finansowych, siedzibą wielu międzynarodowych firm ubezpieczeniowych, funduszy inwestycyjnych, firmy Bacardi i wielkiej firmy reasekuracyjnej Tokio Millenium. Businesowa część miasta jest bardzo nowoczesna i jakoś nie kojarzy się z wyspiarskim luzem.

Hamilton is not only Bermuda’s capital, but also a financial services center, home to numerous international insurance companies, investment funds, Bacardi, and the major reinsurance company Tokio Millennium. The business district is very modern and doesn’t evoke the relaxed island vibe.

Bocznymi uliczkami, mijając mury starego fortu i inne fajne rzeczy, wróciliśmy nad zatokę, chcąc być w pobliżu przystani, żeby zdążyć na ostatni stateczek do portu Royal Navy.

We walked back down the side streets, past the walls of the old fort and other cool things, to the bay, wanting to be near the marina to catch the last boat to the Royal Navy port.

Nad zatoką było spokojnie i chłodno, zachodzące słońce pięknie oświetlało główną ulicę Hamilton. Ludzie siedzieli na ławkach, gołębie łaziły nam pod nogami, nawet trójkąt bermudzki wydawał się zupełnie niegroźny.

It was calm and cool by the bay, the setting sun beautifully illuminating Hamilton’s main street. People sat on benches, pigeons darted underfoot, and even the Bermuda Triangle seemed completely harmless.

Hamilton, Bermuda Triangle
Hamilton, Bermuda
Hamilton, Bermuda

Wieczorem mieliśmy wyruszyć w dalszą podróż, tym razem dłuuugą. Znowu mieliśmy przepłynąć Atlantyk, tym razem z zachodu na wschód. Do pokonania mieliśmy 1.948 mil morskich (3.608 kilometrów). Dokąd? Do następnej wyspy oczywiście.

That evening, we were to set off on another journey, this time a looong one. We were to cross the Atlantic again, this time from west to east. We had 1,948 nautical miles (3,608 kilometers) to cover. Where to? To the next island, of course.

Droga do Hamilton / Road to Hamilton

Do stolicy Bermudów, Hamilton, postanowiliśmy wyruszyć po południu, jako że zrobiło się gorąco i trochę mnie to zaskoczyło, bo naiwnie myślałam, że te 23 stopnie tak sobie zostaną na cały dzień. Najlepszym i najtańszym środkiem transportu okazał się tramwaj wodny, więc nabywszy drogą kupna bilety (w kiosku obok fortu, gdybyście kiedyś nie mogli znaleźć) popłynęliśmy. Droga (wodna) wiodła wśród dziesiątek niewielkich i całkiem malutkich wysepek porośniętych głównie trzcinami.

We decided to head to the capital of Bermuda, Hamilton, in the afternoon, as it had become hot, which surprised me a bit, as I naively thought those 23 degrees Celsius (73 degrees Fahrenheit) would stay that way all day. The best and cheapest means of transportation turned out to be the water bus, so after purchasing tickets (at the kiosk near the fort, in case you ever couldn’t find them), we set off. The water route led among dozens of small and quite tiny islands, mostly covered with reeds.

Way to Hamilton, Bermuda

Potem droga wiodła wśród łodzi i jachtów tamtejszych mieszkańców. Większe wysepki i sama wyspa porośnięta jest wielkimi i trochę mniejszymi domami, które mają własne przystanie dla owych łodzi i jachtów, często z malutkimi domkami tuż na brzegu.

The road then led past the locals’ boats and yachts. The larger islands and the island itself are dotted with large and slightly smaller houses, each with its own marina for these boats and yachts, often with tiny houses right on the shore.

Way to Hamilton, Bermuda
Way to Hamilton, Bermuda

Po kilkunastu minutach zobaczyliśmy miasto Hamilton. Przez wiele lat stolica Bermudów uważana była za najdroższe miasto na świecie (teraz zostało zdetronizowane przez Zurych, Genewę i resztę szwajcarskich miast). Za bardzo nie wiem dlaczego było uznane za najdroższe, ale o tym następnym razem.

After a few minutes, we saw the city of Hamilton. For many years, the capital of Bermuda was considered the most expensive city in the world (now dethroned by Zurich, Geneva, and other Swiss cities). I’m not entirely sure why it was considered the most expensive, but more on that next time.

Hamilton, Bermuda
Hamilton, Bermuda

Bermudy / Bermudas – Main Island

Bermuda

70 większych wysp i około 170 małych. Archipelag odkryty przypadkowo przez załogę angielskiego statku „Sea Venture” w 1609, choć Hiszpanie twierdzą, że byli na wyspach sto lat wcześniej. Tak czy inaczej wyspy zostały brytyjską kolonią i co warto zauważyć – są jednym z niewielu krajów, które nie mają oficjalnej religii. Żyje tam około 70 tysięcy ludzi, w tym wielu słynnych (np. Zeta-Jones i Michael Douglas). Kiedyś miał tam dom Charlie Chaplin i wielu miliarderów, ale to zupełnie nieistotne. Istotne było to, że przypłynęliśmy do portu wcześnie rano i… nie było gorąco!

70 larger islands and about 170 smaller ones. The archipelago was discovered accidentally by the crew of the English ship „Sea Venture” in 1609, although the Spanish claim to have been there a century earlier. In any case, the islands became a British colony, and it’s worth noting that they are one of the few countries without an official religion. Around 70,000 people live there, including many famous people (e.g., Zeta-Jones and Michael Douglas). Charlie Chaplin and many billionaires once had a home there, but that’s completely irrelevant. The important thing was that we arrived at port early in the morning, and… it wasn’t hot!

This is what the harbor entrance looks like from deck eleven. These structures are an old fort, which no longer seems to serve any military purpose beyond storing supplies. Up close, the buildings appear to be in ruins, but from a distance, they look charming.

Tak wygląda wejście do portu z jedenastego pokładu. Te budowle to stary fort, który raczej nie spełnia już żadnych wojskowych funkcji, poza magazynowaniem czegoś. Z bliska okazuje się, że budynki są w ruinie, ale z daleka wyglądają uroczo.

Royal Naval Dockyard, Bermuda
Bermuda Dockyard
Dockyard Bermuda

Zeszliśmy na ląd około dziesiątej, ja z nową energią, jaką dała mi temperatura 24 stopni (czy wspominałam już, że było chłodniej?). Bardzo miłe celniczki przy wyjściu z terminala, okutane w szaliki i kurtki, w ciepłych czapkach naciągniętych prawie na oczy poinformowały mnie, że jest dziś strasznie zimno. Pożartowałyśmy na temat pogody, życzyłyśmy sobie miłego dnia i nawet nie obejrzały mojego paszportu.

We disembarked around 10:00, feeling re-energized by the 24-degree Celsius temperature (did I mention it was cooler?). At the terminal exit, the very kind customs officers, bundled up in scarves and jackets, with warm hats pulled down almost over their eyes, informed me that it was terribly cold today. We joked about the weather, wished each other a good day, and didn’t even look at my passport.

Po dłuuuugim, betonowym pomoście dotarliśmy na stały ląd. Wyspa przypomina kształtem haczyk i ma 22 kilometry długości i tylko 1,5 szerokości, więc nawet ja mogę ją przejść w dwie godziny. Ale żeby dotrzeć do stolicy wyspy, potrzebowaliśmy szybkiego środka transportu. A port był główną bazą Royal Navy na zachodnim Atlantyku i zostało w nim wiele ciekawych miejsc do zobaczenia.

We reached the mainland via a loooong concrete jetty. The island, shaped like a hook, is 22 kilometers long and only 1.5 kilometers wide, so even I could cross it in two hours. But to reach the island’s capital, we needed fast transport. The port was the Royal Navy’s main base in the western Atlantic, and there were many interesting sites to see.

Z poziomu ziemi fort wygląda tak: / From ground level the fort looks like this:

W wielkim budynku, najlepiej widocznym od strony wody mieści się centrum handlowe i turystyczne zwane Clock Tower, są tam sklepy z pamiątkami, restauracje i kawiarnie, w których jest niesamowicie drogo. Naprawdę drogo. Poza tym jest muzeum marynarki (wtedy zamknięte), browar i kilka firm remontowych.

The large building, best visible from the water, houses a shopping and tourist center called the Clock Tower. It’s home to souvenir shops, restaurants, and cafes, some of which are incredibly expensive. Seriously expensive. Besides that, there’s a naval museum (then closed), a brewery, and several renovation companies.

Royal Dockyard, Bermuda

A, i nie wiem, czy wspominałam, ale było chłodniej niż na Karaibach. Nareszcie. / Oh, and I don’t know if I mentioned it, but it was colder than the Caribbean. Finally.

Coś się kończy, coś zaczyna

Nie mogę uwierzyć, że minął już rok od powrotu z Wielkiej Wyprawy. W międzyczasie było się tu i ówdzie, ale nic nie może się równać z przygodą życia. Muszę dokończyć opowieść, bo niedługo wyruszam do innej Czarodziejskiej Krainy i nie znoszę niedokończonych historii.

Był poniedziałek, 25 czerwca 2012 roku, słońce w pełnej krasie wstało o 5:17, a my siedemnaście minut przed nim. Kazano nam opuścić kabinę do 6 rano, więc musieliśmy się sprężać, żeby zdążyć zjeść ostatnie pyszne śniadanko na pokładzie Celebrity Constellation.

O 6:30 mieliśmy już nasze walizki (niesamowite jak sprawnie zorganizowali odbiór bagażu) i z drżeniem serca czekaliśmy na gościa, który gdzieś w jakiejś dziupli przechowywał nasz samochód. Nie czekaliśmy długo – po 30 minutach mieliśmy już kluczyki do pokrytego grubą warstwą kurzu i wieloma śladami ptasiej przemiany materii auta. Mogłam wtedy zacząć operację otwierania bagażnika z zawartością, która mogłaby wywołać epidemię nieznanej choroby na dużym obszarze (patrz: pierwszy wpis). Uchyliłam klapę i czekałam. Nic się nie stało, przelatujące ptaki nie padły w locie, a ja nie zemdlałam, więc odnalazłam torebkę, która była zagrożeniem epidemiologicznym i wyrzuciłam ją do kosza. (zawartości nie dało się rozpoznać, ale była czarna i mięciutka).

Sky above Amsterdam

O 7:30 już mknęliśmy autostradą A1 do domu. Dystans do pokonania: 1142 km.

Oprócz tego przebyliśmy:

Amsterdam do Leknes na Lofotach  – 1017 mil morskich

Leknes do Longyearbyen (Spitsbergen) –   706 mil morskich

Longyearbyen do Honningsvag (Nord Cape) –   534 mil morskich

Honningsvag do Molde –   683 mil morskich

Modle do Bergen –   133 mil morskich

Bergen do Amsterdamu –   525 mil morskich

Razem – 3598 mil morskich

1 mila morska = 1,85 km

I tyle. 

Koniec jest bliski, czyli już widać Danię

Późne popołudnie.

Włóczmy się bez celu po korytarzach siódmego pokładu, próbując odgadnąć na czym polega ten luksus, wart tysiąc dolców więcej niż nasza kajuta. Korytarz taki sam… Zazdroszczę im tylko, że mogą otworzyć okna, to chyba jedyna rzecz, jaka mi tu przeszkadza. 

Zastanawiamy się, dlaczego ani razu nie kąpaliśmy się w żadnym z basenów… Nie, teraz już przepadło, ale powód jest jeden – nie chciało nam się. Może następnym razem, kiedy popłyniemy na Karaiby, albo chociaż na Maderę. Ale będziemy mieć na pamiątkę zwierzaczka, jednego z kilku gatunków, które żyją w okolicy basenu:

Celebrity Constellation – Animal near the pool

Jedzenie. To na „Celebrity Constellation” jedno z najwspanialszych doświadczeń i jedna z rzeczy, których będzie mi brakować jak nie wiem co. Nie wiem ile przytyłam, ale i tak warto było. Gdybym kiedyś miała kasę na rejs dookoła świata (od miesiąca do trzech miesięcy na statku!), to pewnie zanurzenie wzrosłoby o co najmniej kilka centymetrów. Zbig wprawdzie też jest zachwycony jedzeniem, ale po pierwsze on szybko się przyzwyczaja do luksusu, a po drugie i tak wszytko jest lepsze od tego co ja ugotuję.

Koniec – 22-ga. Idziemy spać, jutro kazali nam się wynieść o 6:30. Wyższe pokłady nie muszą zapewne się zrywać skoro świt, ale co tam. Trzeba wstać o piątej i zjeść ogromne śniadanie. Nie, chyba nie chcę do domu. Jutro musimy wrócić do rzeczywistości, a zacznie się od wielkiej niewiadomej w Amsterdamie – odzyskamy samochód, czy nie? A jeśli tak, to jaka forma życia czeka na nas w bagażniku, gdzie zostawiliśmy (no dobra, ja zostawiłam) kanapki, biały serek wiejski i jogurt? 

Spać. Kocham rejsy.

A, jeszcze przestroga na przyszłość:

You,ve lived the life, czyli ostatni dzień

24 czerwca

wschód słońca 4:30, zachód 22:16

Temperatura: 12°. 

Pozycja: Morze Północne

Mglisty poranek

„You’ve lived the life” – takie hasło ukazało się w dzisiejszej gazetce pokładowej. Może i tak. A poza tym kiwa. Tak Morze Północne wita strudzonych podróżników. Pewnie łapiemy jakieś boczne fale, na które nie działają stateczniki, bo nie jest stabilnie. Wielu ludzi narzeka, że nie mogli spać w nocy, bo czuli się „niepewnie”.

Ja też czuję się niepewnie, bo to ostatni dzień i wszystko minęło tak szybko i czuję niedosyt i popływałabym sobie jeszcze z miesiąc. Życie tu jest takie proste i nieskomplikowane. Póki co, idę pożegnać się z moim kumplem:

Celebrity Constellation – my dude

O 11-stej idziemy na ostatnią lekcję tańca – Latin line dance. Wiem, że Zbig nie chce, bo jego myśli już zajęła ponura rzeczywistość, z którą przyjdzie mu się zmierzyć już jutro. No i samochód, pozostawiony w rękach obcego człowieka w porcie Amsterdam… Czy jeszcze go zobaczymy? Czy będziemy mieli czym wrócić do domu? No i kanapki zostawione w bagażniku… Czy w mieście nie zapanowała jakaś epidemia?

Południe

Wykorzystujemy ostatnie pół dnia, żeby ostatni raz zwiedzić statek, oddać książkę do biblioteki, iść tam, gdzie jeszcze nie byliśmy, np. do kina, w którym codziennie można było zobaczyć dwa filmy. 

Kino jest przytulne, na stole przy wejściu czekają porcje popcornu w tekturowych pudełeczkach. Postanowiłam trochę posiedzieć w tym spokojnym, mrocznym miejscu:

Celebrity Constellation – cinema

Zbig nieoczekiwanie postanowił odwiedzić pokład handlowy. Jakiś czas temu wypatrzył ciepłą bluzę z kapturem, która nie-została-wyprodukowana-w-Chinach i uznał, że taką właśnie chce mieć. Ja w moim skąpym sercu miałam nadzieję, że w ostatni dzień będą jakieś wyprzedaże, szalone obniżki cen pod hasłem „all must go”, ale nic takiego nie nastąpiło. Bluza jak kosztowała 45 dolców, tak kosztuje. Ale Zbig i tak jest zadowolony, a to jest bezcenne.

Wszelkie transakcje na statku odbywają się bezgotówkowo. Za wszystko płaci się kartą pokładową. Na koniec rejsu wszystko jest podliczane i ściągane z kart kredytowych, których numery trzeba było podać przy zaokrętowaniu. Fajne jest to, że wszystkie transakcje i ich bilans można w każdej chwili sprawdzić na ekranie telewizora. Dla mnie, skąpiradła, to prawdziwa ulga.

Po południu

Zbliża się straszny moment, kiedy trzeba się będzie pakować. Strasznie mi się nie chce, ale do 23-ciej wszystkie bagaże, oprócz podręcznych mają się znaleźć na korytarzu. Inni mają zapewne więcej obowiązków, bo trzeba: wymienić żetony z kasyna, zanim zostanie ono zamknięte, wykorzystać ostatnie minuty w internecie, bo przepadną jutro o 7 rano, zrobić sobie masaż, bo to redukuje opuchliznę w czasie długiego lotu do domu. Jak to dobrze, że nie musimy robić tego wszystkiego. Póki co, idziemy sobie zrobić zdjęcie z gościem z 3 pokładu, obok chińskiego biura plenarnego.

Nie wiem, kto to jest, ale zawsze stoi na trzecim pokładzie.

Fiordy, czyli więcej fiordów

Późne popołudnie, niezbyt ciepło, ale nie pada.

Zbig padł rażony katarem zaraz po kolacji, która dziś była „formal”. Nawet nie zaszczycił swoją obecnością ulubionego teatru, nie udał się do mesy na wieczorny kubek czekolady, nie podziwiał wspaniałych widoków, rozciągających się z jedenastego pokładu.

Zostawiłam go na pastwę losu z tysiącami chusteczek i udałam się schodami na rzeczony pokład.

Przede wszystkim miałam wspaniałe towarzystwo:

Towarzysz podróży

Po drugie podziwiałam „przydrożne” wsie, gdzie ludzie żyją nie tylko spokojnie, ale i dostatnio i nawet skaliste ogródki nie pozbawiają ich szczęśliwości. I jeszcze mają niezłe widoki:

Przydrożne wsie

Ludność Norwegii wyległa przed domy. Chętnie spytałabym, czy nie mają jakiegoś małego domku na odludziu, gdzie mogłabym pomieszkać:

Ludność Norwegii

Samotny, mały kajak wśród bezmiaru wód:

Samotny, biały kayak

ok. 23.00, w kajucie

Pod drzwi wsunięto info o wyokrętowaniu w Amsterdamie, wraz z tagami do bagażu, który musimy wystawić przed drzwi jutro do 22-giej…

To już? Naprawdę? 

Nic to, do Amsterdamu jeszcze 525 mil morskich. 

O jeden most, czyli żegnaj Bergen

Rozpadało się na dobre, Zbig zaczął kichać, znaczy będzie miał katar. A jak facet ma katar, to klękajcie narody. Jakoś to przeżyję, ale łatwo nie będzie. Uciekamy więc przed deszczem i przed katarem  na nasz ulubiony statek, do naszego ulubionego miejsca z górami jedzenia i gorącą czekoladą. 

Odpływamy punktualnie o 17-stej, deszcz dalej pada, temperatura 10 stopni, ale i tak tkwię na pokładzie, żeby pożegnać drugie co do wielkości miasto w Norwegii.

By, by Bergen
Żegnaj, Bergen

W wędrówce przez niezliczone fiordy będziemy przepływać pod mostem Askøy. Nasz statek jest dość duży, więc ledwo się pod tym mostem zmieścimy. Może nawet zawadzimy lekko kominem… Nie, kapitan Peppas obiecał, że wszystko będzie dobrze, tym bardziej, że przyjęliśmy na pokład pilota, który ma nas przeprowadzić przez zdradzieckie skały Byfjorden i Hjeltefjorden. Mamy do przepłynięcia 32 mile morskie, zanim znajdziemy się na pełnym morzu.

Jest! Pojawił się jak cienka kreska na horyzoncie:

Askoy Bridge

Zbliżamy się, zaraz będzie wiadomo, czy się zmieścimy, czy nie uszkodzimy komina, albo mostu…

Askoy coraz bliżej

Udało się! Ale naprawdę mało brakowało. A most od spodu też jest ładny:

Askoy bridge from below

Będziemy teraz lawirować wśród tysięcy wysp. Ale teraz muszę iść na kolację typu „formal”. Uwielbiam te gale, ale dziś wolałabym oglądać widoki.

Rozenkrantz i inni, czyli co zwiedzić w Bergen c.d.

Fløibanen Funicular, czyli kolejka szynowa na górę Floien, jakieś 150 metrów od targu rybnego i nabrzeża Bryggen. Wagony wygladają jak normalne autobusy ( może to są normalne autobusy?), które wspinają się około 320 metrów nad poziom morza. Trwa to około 5-6 minut, ale widok ze szczytu jest wspaniały. Cena biletu w obie strony: 80,- NOK dla dorosłych, 40,- NOK dla dzieci. Dla 2 dorosłych z 2 dzieci: 200,- NOK. Wagony odjeżdżają co 15 minut.

W Bergen jest kilka muzeów:

Permanetan na ulicy Nordahl Bruns Gate to Muzeum Sztuk Dekoracyjnych (Zachodniej Norwegii). Możan zobaczyć tam ekspozycję m.in. dywanów, tkanin, wyrobów ze srebra, mebli, porcelany, tradycyjnych strojów i zabawek.

Miejskie Muzeum Sztuki – głównie malarstwo, w tym kilka prac Edwarda Muncha.

Sjøfartsmuseet / Muzeum Morskie i Muzeum Historyczne na południu miasta, na terenie Uniwersytetu. Posiada zabytki z ery brązu i  ery Wikingów. Nic dodać nic ująć.

Co tam muzea. Na zdjęciu poniżej: sztukę można znaleźć wszędzie, nawet na wejściu do kanału:

Troldhaugen / Wzgórze Trola, około 10 kilometrów od Bergen.  To dom kompozytora Edwarda Griega i jego żony Niny, bardzo przytulny i ładnie położony. Mieszkali w nim od 1885 do jego śmierci w 1907. Griegowi udało się zostać sławnym jeszcze za życia, więc dom-muzeum zawiera jego nagrody i trofea, a także fortepian Steinway. Hm.

Pora wracać do centrum. Poniżej: Zbig świetnie się wczuwa w luzacki rytm życia mieszkańców. Jeszcze nie wie, że za chwilę dostanie kataru:

Main street in Bergen

Kiedy już odwiedzimy te wszystkie muzea, atrakcje kulturalne, napatrzymy się na okoliczne fiordy i inne zwierzęta, nadchodzi czas na … zakupy!!! Najlepszym miejscem do tego celu jest Torgalmeiningen, wielka ulica zamknięta dla samochodów. Łatwo na nią trafić z targu rybnego – stojąc przodem do zatoki mamy ją dokładnie z lewej strony. Jest tam wszystko co w Norwegii można kupić, łącznie z lokalnymi wyrobami rękodzieła. Polecamy trolle, są zawsze miłym prezentem 😉

Szczerze mówiąc nie przyszlibyśmy na Torgalmeiningen, gdyby nie zwabiła nas muzyka instrumentów dętych. Okazało się, że na owych instrumentach gra śliczna orkiestra złożona z samych blondynek (skąd oni biorą te wszystkie blondynki?) ubranych w czerwone kubraczki. Wesołe dźwięki marszy, granych jeden po drugim sprawiły, że serca nam urosły. Na zdjęciu poniżej widać przeszłość i przyszłość tego wspaniałego kraju:

Powyżej: przeszłość i przyszłość Norwegii – surowi woje i śliczna orkiestra na ulicy Torgalmeningen w Bergen

Rozenkrantz i inni, czyli co zwiedzić w Bergen c.d.

c.d.Bryggen 

Bryggen i średniowieczne domy

Bryggen
Bryggen in Bergen

Bryggen naprawdę ma klimat. Okazało się, że za kolorowymi fasadami kolorowych domów kryje się dalszy ciąg średniowiecznego świata…

Nie mieliśmy o tym pojęcia, naprawdę. Zauważyłam wąskie przejście w ostatniej chwili, zajęta oglądaniem nieciekawych wystaw. I nagle… wejście na ulicę Pokątną!

Bryggen and it’s medieval word

Wąska uliczka z malutkimi sklepikami, sprzedającymi głównie rękodzieło: ceramika, serwetki, obrusiki, figurki, pozostałości z trupów zwierząt i oczywiście tłumy turystów, którzy tam nie pasują. Kilka kamiennych studni, otoczonych przez domki kryte dachówką. Wszystkie domki są z drewna, które pachnie jak… stare drewno, ale podnosi to atrakcyjność tego miejsca. To tak jak dla niektórych przechodzenie obok ciastkarni… nie oprzesz się. 

Bryggen from yaht’s wharf

Kolorowe kamienice Bryggen widziane z nabrzeża

Niedaleko, na samym końcu Vågen, po jego północno-wschodniej stronie umiejscowił się Torget, znany również jako Fisketorvet, czyli Plac Rybny. Oprócz ryb sprzedają tam też owoce i kwiaty. Warto  p o c z u ć  ten klimat.

c.d.n.