Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Bergen przywitało nas lekkim deszczem i szarością i jakoś tak nie nastrajało optymistycznie. Zbig postanowił targać parasol, jakbyśmy nie mieli ciepłych kurtek ani nic. Bardziej obawiam się gorąca niż jakiejś mżawki.
Niedaleko portu, przy ulicy Slottsgate jest pierwsza atrakcja Bergen:
Håkonshallen: część fortecy Bergen, zbudowana w 13 wieku jako dwór królewski służący do ceremonii. Pierwszy raz został użyty do tych celów przez króla Magnusa Håkonsson i księżniczkę duńską Ingeborg. Imprezka była niezła, bo trwała 3 dni i 2 noce, a gości przybyło ponad 1000. W 16 wieku duński gubernator Erik Rozenkrantz zlecił szkockim architektom budowę kamiennej wieży, w której zmieściły się i lochy (dzikie), i gubernatorskie apartamenty (przytulne), a na wyższym poziomie stanowiska armat. W 1944 roku duński statek z amunicją eksplodował w pobliskim porcie, co spowodowało ogromne szkody. Wieżę i dwór odbudowano, a od 1966 roku jest jedną z atrakcji turystycznych Bergen.
Poniżej: Bergen Hakonshallen. Gapię się na wieżę Rosenktantza.
Bergen – Hakonshallen
Nieopodal fortecy, również po północnej stronie Vågen stoi najstarsza budowla w Bergen:
Mariakirke – kościół św. Marii. Zbudowano go w 12 wieku, w stylu romańskim, czyli jedynym słusznym i obowiązującym w tamtych czasach. W ciągu wieków istnienia dostał gotycki chór i barokową ambonę. Przez 3 wieki był kościłem parafialnym dla hanzeatyckich kupców.
Idziemy dalej wzdłuż północnej strony portu i niespodziewanie wkraczamy do największej atrakcji turystycznej Bergen:
nabrzeża zwanego Bryggen. Są to magazyny i domy kupców z czasów Ligi Hanzeatyckiej. Te stare zostały zniszczone przez ogień, te obecne są ich replikami z kamienia. W jedynym oryginalnym budynku z 18 wieku mieści się Muzeum Hanzeatyckie. Parter był składnicą towarów, na pierwszym piętrze mieścił się pokój dzienny i biura. Na najwyższym piętrze były sypialnie kupców – malutkie kliteczki, w których mieściło się tylko łóżko.
Poniżej: na tyłach Bryggen.
Gościom nie wolno było ogrzewać pomieszczeń, ani nawet ich oświetlać, w obawie przed ogniem. Kupcy pozostawali w celibacie przez cały okres pobytu Bergen. Cóż, twarde prawo, ale prawo.
INFO: w okresie od 15 maja do 15 września muzeum jest otwarte od 9:00 do 17:00. W pozostałym okresie w dni powszednie od 11:00 do 14:00, w niedzielę do 16:00, w poniedziałki zamknięte. Cena: 60,- NOK. Raczej warto.
Miasto nazywane jest „wrotami fiordów”, choć mnie bardziej podoba się „miasto między siedmioma górami”, co miało literacko nawiązywać do siedmiu wzgórz Rzymu. Nie wiem, czy nawiązało, bo wielu spiera się o to, o które właściwie wzgórza chodzi, bo jest ich chyba więcej niż siedem.
Bergen ma, jak wiele miast hanzeatyckich, bogatą historię. Zostało założone przez Olava Kyrre (syna Haralda – wiadomość dla pasjonatów historii Skandynawii) w 1070 roku, ponoć pięć lat po zakończeniu ery Wikingów (Cokolwiek to znaczy, bo dla niektórych era Wikingów nie kończy się nigdy). W 12 i 13 wieku stało się stolicą Norwegii. Fakt ten przypieczętowało co najmniej pięć koronacji królewskich w miejscowej katedrze, a obok takich wydarzeń nie można przejść obojętnie.
W 14 wieku Bergen stało się jednym z największych miast Ligi Hanzeatyckiej, kontrolowanej przez bogatych kupców z północnych Niemiec. Kiedy stolica kraju została przeniesiona do Oslo, a Hanza chyliła się ku upadkowi nie przeszkodziło to sprytnym Norwegom w przejęciu handlu dorszem. Miasto rozkwitło dzięki katolikom… ale to nie to, co myślicie.
Poniżej: hanzeatycki szlif – Bergen i kamienice:
Bergen
Katolicy w Europie musieli pościć w piątki. Do postu zaś potrzebowali ryb, a upatrzywszy sobie dorsza na piątkowe umartwienie się, niechcący nabijali kabzę tym brzydkim luteranom i ewangelikom.
Dzisiaj ryby są nadal ważne dla Bergen, ale główne bogactwo pochodzi z turystyki i… kto by pomyślał – z ropy wydobywanej na Morzu Północnym.
Poniżej: marina i zatoka Vagen, a po przeciwnej stronie jest dalszy ciąg Bergen:
Ostatnie spojrzenie na miasto wspinające się ku górze. Na pierwszym planie hotel Rica Seilet. Cena za pokój ok. 700 pln.
Molde – Rica Hotel
Wśród dziesiątek wysp musimy odnaleźć drogę na pełne morze:
Road to Alesund
Wody Midfiorden i wyspa Otroya:
Midifiorden waters
Wyspa Otroya (chyba):
Otroya Island?
I dalej wyspy Midoya i Flemsoya, ale nie wiem która jest która:
Fiordy i wyspy w drodze do Alesund
Tu zlewają się wody dwóch fiordów, stąd ta fala.
I tu też – dwa fiordy, jedna fala:
I jeszcze raz:
Robi się ciemniej, słońce schowało się za obłoczki. To chyba wyspa Flemsoya ale tak naprawdę jakie znaczenie ma nazwa kolejnej wyspy? Liczy się krajobraz i wspaniały spokój.
Więc tak: kiedy patrzymy na zachód możemy zobaczyć majestatyczny Atlantyk. Na wschodzie jest zapierająca dech w piersiach panorama fiordu Romsdal z lasami i małymi wioskami, które wyglądają, jakby kąpały się w wodzie. U naszych stóp rozpościera się Molde otoczone łańcuchem Gór Romsdal i ich 222 ośnieżone szczyty. Wszystko to widać z punktu widokowego Varden, leżącego na wysokości 407 metrów n.p.m. Można tam dojść pieszo z centrum Molde w ciągu 1,5 godziny pod górę, dla bardziej wysportowanych w 1 godzinę, ale też pod górę.
Powyżej – główna ulica w Molde.
INFO: na szczycie jest chata, w której mieści się restauracja „Vardestua”, gdzie ceny są wyższe niż w Norwegii, otwarta latem. Odległość od miasta – 5 km.
Molde jest milutkie. Jest ładne, w swej większości zadbane i sympatyczne. Za murami domów kryją się i przemysł (głównie tekstylny) i kultura i teatr i nawet festiwal jazzowy, nie wspominając o muzeum, galeriach i namiastce uniwersytetu.
Centrum Molde:
Mieszka tam ok. 24 tysiące ludzi, którzy raczej nie przejmują się cenami gazu do ogrzewania domu zimą. W ogóle powinni być najbardziej wyluzowanymi ludźmi na świecie, choćby dlatego, że mają rząd, który zamiast przepić i przehulać kasę z ropy i gazu w jak najkrótszym czasie, postanowił ją zainwestować. Jak postanowił tak zrobił, pakując wszystko w przedsięwzięcia na całym świecie, które to przedsięwzięcia nie wiedzieć czemu przynoszą zyski. Z tych zysków pochodzą między innymi emerytury Norwegów, edukacja itd., czyli rzeczy, które przez każdy szanujący się rząd są traktowane jak dopust boży. Rząd norweski nie szanuje się do tego stopnia, że na te wszystkie wydatki przeznacza rocznie około 5 % tychże zysków, nie ruszając kapitału. To czyni każdego Norwega udziałowcem w kasie, której przeciętny hm, powiedzmy Polak nie jest sobie w stanie wyobrazić.
I nie wiedzieć dlaczego mieszkańcy kraju zwanego Norwegią kochają swój kraj i w dodatku czują się w nim szczęśliwi. I jeszcze do tego mają cholernie piękne fiordy…
Poniżej: centrum handlowe. Pełna kultura…
Molde
Wracając do Molde (molde/moldar w staronorweskim znaczy czaszka albo żyzna ziemia) i jej róż: sławny ogród różany znajduje się na dachu ratusza jest przereklamowany. Róż jest dużo, ale nie wyglądają imponująco, przypominają zaniedbane badylki zieleniejące się wprawdzie, ale dość nieśmiało. Może trafiłam w zły moment, ale takie badylki nie powinny zostać symbolem miasta.
Ogród różany na dachu ratusza w Molde. Powyżej – nasz statek, powyżej – góry w czerwcu.
Molde
Tuż obok dachu ratusza jest niewielki (według polskich kryteriów) kościół z nowoczesną dzwonnicą. Nic imponującego z zewnątrz, ale w środku jest czarujący: skromny, biały, z ciemnym sufitem, bez złota i rzeźb, za to z modelami okrętów zwieszającymi się ze sklepienia.
Kościół w Molde i piękna miniatura okrętu:
Molde – church
Drugą fajną sprawą jest to, że mają tam pastorkę, która ślicznie uśmiecha się ze zdjęcia w pierwszym pomieszczeniu kościoła (nie jestem częstą bywalczynią świątyń, więc nie mam pojęcia jak się to nazywa). W tymże miejscu odkryłam coś, co mnie zachwyciło: krzyż, na którym nie wisi zakrwawiony facet, który zawsze budził we mnie grozę. Na chrześcijańskim krzyżu wiszą ryby i choć nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem symbolikę, to jest to coś, co do mnie bardziej przemawia, niż udręczony mężczyzna.
Inną atrakcją jest Muzeum Romsdal, jedno z największych skansenów w Norwegii. Założone w 1912 przedstawia historię regionu od 14 do 20 wieku. Zgromadzono w nim budynki mieszkalne, stodoły i szopy, kaplicę i … wychodki.
Jeden z najładniejszych domów w Molde:
Molde
Na wyspie Hjertoya, 10 minut od centrum Molde jest kolejny skansen – Muzeum Rybołóstwa w postaci małej wioski rybackiej zachowanej w całości wraz ze sprzętem rybackim i łodziami. Statki na wyspę i z powrotem odpływają mniej więcej co godzinę.
INFO: Sklepy są otwarte od 9/10 do 17:00, w soboty do 14:00, karty kredytowe są akceptowane. Poczta jest przy ulicy Torget 2, a informacja turystyczna przy Radhuset.
Temperatura: nie wiem, ale jest ciepło. W południe ma być 23 stopnie. Jest słonecznie jak nie wiem.
Pozycja: port w Molde, 62°45′ N
Rano
Widok ze statku na Romsdalfjord:
Molde – Romsdalfjord
Tzw. panorama Molde – widok na Romsdalfjord:
Romsdalfjord from Molde
Cumy zostały rzucone:
Wpłynęliśmy do portu Molde – miasta, które jest norweskim centrum hodowli róż, co na tej szerokości geograficznej może budzić małe zdziwienie. Ale pozory mylą, bo Molde chroni przed surowymi zimami błogosławiony Golfstrom i okoliczne wzgórza pokryte lasami. Jest usytuowane wzdłuż jednego z najbardziej malowniczych fiordów Norwegii – Romsdalfjord. Ze wzgórz wznoszących się nad miastem można zobaczyć 87 szczytów łańcucha górskiego Romsdal (niektórzy twierdzą, że owych ośnieżonych szczytów jest 222) i jest to widok przecudny, zwłaszcza w dzień taki jak dziś.
Małe wyspy, na których wśród drzew kryją się domy i przystanie łodzi:
Na wodach fiordu są niezliczone wyspy i wysepki. Na tych większych wśród drzew stoją nieduże domy, a przy brzegach są przystanie na łodzie – jedyny środek komunikacji między wyspami i miastem. Na tych mniejszych wysepkach mieszkają ptaki, czasem widać hangar na łódź, zwalone pnie drzew w bagnistym gruncie.
Godziny szczytu na wodzie:
Traffic on the fjord water
Ruch na wodzie jest duży – niewielkie, biało niebieskie promy wyładowane samochodami, maszynami budowlanymi, ludźmi i kontenerami suną szybko wzdłuż naszej bakburty zmierzając na drugą stronę fiordu. Żaglówki snują się pozornie bez celu, a ich pasażerowie wyglądają jakby niczego, absolutnie niczego w życiu nie brakowało im do szczęścia. Małe motorówki śpieszą się bardzo, a z wysokości 10 pokładu wyglądają jak myszki próbujące zwiać przed kotem.
Odwiedziny mieszkańca Molde. Został nakarmiony chlebem:
Widok na miejski stadion:
Molde
Wśród tego całego drobiazgu nasz statek wygląda jak wielka maciora. Znów statek jest najwyższym budynkiem w mieście i zasłania widok. Na szczęście nikt się nie gniewa, a żeglarze i motorowodniacy machają do nas radośnie. Ale statek jest widokiem dla mieszkańców hotelu, który stoi przy nabrzeżu. Mieszkańcy wylegli na balkony, przyglądając się jak załoga wynosi czerwony dywan, kanapę i fotele – znów będzie gorąca czekolada dla powracających na pokład. Eh, sama sobie zazdroszczę…
Czerwony dywan – tu będzie gorąca czekolada po powrocie z miasta:
Celebrity Constellation w porcie Molde: – znów najwyższy budynek w mieście:
Słońce: zajdzie dzisiaj, a właściwie jutro 52 minuty po północy.
Tempertaura: 8° C, ani śladu słońca.
Pozycja: droga do Molde
ok. 14:00
Kolejny dzień na morzu. Lubię dni na morzu, bo można nic nie robić i jeść cały dzień, w przerwach czytać albo poznawać nowych ludzi. Ciągle natykam się na kogoś, kogo nigdy wcześniej nie widziałam, ale kiedy w jednym miejscu jest ponad 2000 osób, to prawdopodobieństwo spotkania kogoś nowego jest ogromne. Większość pasażerów już się wyluzowała, nawet Chińczycy zaczęli się uśmiechać i mówić „dzień dobry”.
Wielu ludzi przyjechało do Amsterdamu z odległych zakątków świata, żeby uczestniczyć w tym rejsie. Przyjechali specjalnie na ten rejs Australijczycy i Nowozelandczycy, Chińczycy i mieszkańcy Singapuru, RPA i para z Puerto Rico, nie wspominając o Jamajczykach, Amerykanach i silnej grupie Kanadyjczyków.
Załoga jest super i o ile nie są to drobne, wystraszone dziewczyny mające służbę w damskich toaletach, to każdy członek załogi jest zadowolony, kiedy może sobie pogadać i opowiedzieć swoją historię. A ja lubię słuchać…
Dzisiejszy brunch, czyli ściadanie z lunchem (breakfast+lunch).
Brunch at Celebrity Constellation
W każdym razie dziś „odbyło się” małe odstępstwo od rutyny: w największej statkowej restauracji San Marco organizowany był brunch. Spędziliśmy przy stole 4 godziny jedząc i gadając z japońsko-chińskim teamem z Singapuru i parą ze Szkocji o naszych krajach. Jeśli chodzi o moje wymagania, to Singapur zdecydowanie wygrał. Teraz już wiem, o co chodzi z tymi brunchami. Żarcie przerosło oczekiwania, wystrój sali, stołów, kelnerów był wspaniały, a towarzystwo… spokojnie wytrzymalibyśmy z nimi jeszcze ze 3 godziny.
ok. 16:00
Jak wiecie, przy każdej okazji wypatruję fontanny wody i wielkiego cielska. Siedziałam więc sobie na 10 pokładzie, penetrując wzrokiem powierzchnię morza i nagle wśród ciemnych fal zobaczyłam stado delfinów! Stado miało około 20 sztuk, były prawie czarne. Płynęły bardzo szybko z zachodu na wschód (oczywiście delfinem), wynurzały się tylko na chwilę, a potem było je widać przez moment tuż pod powierzchnią wody. Minęły statek od strony rufy, nie zwracając na niego najmniejszej uwagi, a wszystko to trwało kilkanaście sekund. Nie miałam pojęcia, że są tak szybkie, ale wiedziałam, że są piękne. Rzuciłam się do okna jęcząc z zachwytu, próbując wypatrzeć jakiegoś marudera, ale nie pojawiły się więcej.
Przekroczyliśmy 66 stopień szerokości geograficznej północnej, czyli krąg polarny. Wraca lato.
ok. 17:30
Nareszcie słońce! Powierzchnia morza lśni jak wielka płachta brokatu. Wokół pustka. Po kilku dniach nieobecności słońce wyglada właśnie tak:
Pierwsza po północy, na wysokości Trondheim. Łowcy zachodów słońca wylegli na pokład:
Sunset on Polar Ring
Właśnie zaszło słońce. Pierwszy raz od tygodnia. Wróciła noc.
71 ° 10′ 21” – na tej szerokości geograficznej leży North Cape, Nordkapp, Przylądek Północny. To mniej więcej połowa drogi między Oslo a Biegunem Północnym. Jeśli ktoś miał chociaż tróję z geografii, to zapewne pamięta, że jest to najdalej na północ wysunięty punkt Europy… ale to nieprawda. O jeden kilometr dalej na północ leży przylądek Knivskjellodden, ale ponieważ nie miał siły przebicia i odpowiedniej reklamy, a w dodatku widok z niego nie jest tak spektakularny, więc się nie załapał na atrakcję turystyczną.
View from Honnigsvag
Przylądek Północny, na który wiedzie podmorski tunel jest umieszczony” na 300-metrowym klifie, z którego przy dobrej pogodzie widać kawał Morza Barentsa. Trzeba być szczęściarzem, żeby trafić na dobrą pogodę, bo zwykle można zobaczyć tam mgłę, szczelnie otulającą wszystko, łącznie ze słynnym monumentem „Dzieci Ziemi”, zaprojektowany przez siedmioro dzieci z siedmiu zakątków świata (z Japonii, Tanzanii, Brazylii, Tajlandii, Włoch, Związku Radzieckiego i USA). Pomnik został wzniesiony w 1988 roku i symbolizuje Nadzieję, Radość, Zgodę i Przyjaźń. Jeśli go widać we mgle, to wygląda wspaniale.
Jeśli ma się szczęście, można zobaczyć stada reniferów, które płyną około kilometra, pokonując cieśninę łączącą ląd stały z wyspą Mageroy. Każdej wiosny (czyli w maju) przybywa ich tu około 5 tysięcy, żeby paść się na skalistej wyspie pełnej porostów i dzikich kwiatów, a we wrześniu wrócić na stały ląd.
Nordcapp – pomnik i mgła:
Nordcapp
Na klifie jest Nordkapphallen, centrum turystyczne otwarte cały rok. Można kupić tam pamiątki, zjeść posiłek w restauracji na 250 osób), szczycącej się najpiękniejszym widokiem na Ocean Arktyczny, jest coffee house (nie mylić z coffee shop) i poczta.
Nordkapp jest w odległości około 16 kilometrów od Honningsvåg i to była to odległość, której nie udało nam się pokonać. Bohaterem historii jest Zbig, który w momencie zaokrętowania został szczęśliwym posiadaczem, a właściwie dzierżawcą kajutowego sejfu. Otwierał go sobie i zamykał kilka razy dziennie, klepiąc przy tym jak pacierz „nie pomylić kombinacji, zwłaszcza kiedy się zamyka”. I pomylił. Najpierw nie chciał się przyznać, stojąc cichutko przed sezamem, usiłując odgadnąć zaklęcie. Trwało to długo, podejrzanie długo, więc w końcu się przyznał, że usiłuje wklepać dwie ostatnie cyfry, które pomylił.
– Może poproszę kogoś z obsługi, żeby otworzył? – spytałam nieśmiało. No co ty, jak?
– No na nogach. Pójdę do recepcji i powiem, że nie możemy otworzyć sejfu. Myślisz, że tobie pierwszemu się to przydarzyło? – próbuję go pocieszyć.
– Nie, jeszcze spróbuję.
Minęło kolejne 10 minut, zaczął mnie nawet wciągać film w pokładowej TV. Słyszę coraz głośniejsze pomruki, Zbig wyłania się z szafy i sugeruje, żebym jednak spytała w recepcji.
Po pięciu minutach przyszedł oficer z naszywką śruby okrętowej na pagonach, znaczy techniczny. Kartą magnetyczną otworzył sejf w dwie sekundy, ale na autobus na Nordkapp już nie zdążyliśmy.
Lapoński sklep w Honnigsvag:
Lapp shop in Honningsvag
INFO: Informacja turystyczna jest po prawej stronie nabrzeża w Honningsvag. Niedaleko stamtąd jest poczta przy ulicy Storgata.
KULINARIA: Główną atrakcją kulinarną jest stockfish, czyli suszona, niesolona ryba, zwykle dorsz. Popularne są też „cloudberries” (nie znam polskiego odpowiednika), owoce, które przypominają wyglądem jeżynę i malinę, ale są pomarańczowe.
Do widzenia Honningsvag:
Goodbye Honigsvag
ZAKUPY: w sklepach z pamiątkami warto kupić wyroby z wełny, w tym swetry, choć te ostatnie nie były za ciekawe. Lokalni artyści wykonują paski, buty, portfele ze skóry, rzeźby w kości i kamieniu. Na pewno będą kramy prowadzone przez lapońskie kobiety w tradycyjnych strojach. Można u nich kupić głównie skóry fok i reniferów, rogi i inne pozostałości zwierząt, małe rzeźbione kamyczki i lalki w lapońskich strojach. Wiele sklepów ma tabliczki „tax free”, a przed odjazdem można dostać zwrot podatku VAT w biurach w porcie, albo na lotnisku.
Mimo że jest cieplej niż na Spitsbergenie, to jest zimniej. To sprawka wilgoci, mglistej, zimnej i szarej. Ginie w niej zieleń stromych wzgórz okalających miasteczko.
Zbig podziwia cuda motoryzacji – ski-doo (jak mówią w Kanadzie) itd. Sklep nazywa się „Przygody na 71* północ”.
Honnigsvag
Szalupa przybiła do pomostu prawie przy głównej ulicy. Z bliska Honningswåg nie wygląda już tak uroczo. Jest smutne i szare, składa się z jednej ulicy w której są dziury jak na polskich drogach, a kolorowe domki okazują się nie takie znów kolorowe. Czepiam się, ale jeśli przypływa tu w sezonie te 1000 statków wypełnionych ludźmi i jeśli co piąty z nich zostawi równowartość chociaż 5-ciu euro, to w tej osadzie zostaje co najmniej 5 milionów euro. Mogliby za 10 % tej kasy naprawić tynki, załatać drogę i pomalować paskudne plamy na murach chociaż od strony ulic(y). W niektórych oknach wiszą ładne firanki, stoją jakieś kwiatki czy figurki, a inne są zakryte jakimiś starymi narzutami i innymi paskudnymi szmatami. Miasto mogłoby też zainwestować w jakąś roślinność, bo mieszkańcy hodują w ogródkach chwasty i śmieci różnego pochodzenia.
Główna ulica w Honnigsvag:
Main street in Honnigsvag
Wygląda na to, że większość mieszkańców ma w dupie estetykę i strasznie mnie to wkurza, bo to naprawdę mogłoby być śliczne miasteczko. Ale może jestem spaczona i rozpieszczona przez zapierającą dech urodę niemieckich cudeniek średniowiecznej architektury, gdzie każdy szczegół jest dopieszczony do granic możliwości. A w tej północnej wizytówce Norwegii niewiele jest rzeczy, które uznałabym za zachwycające.
Widok ze wzgórz otaczających Honnigsvag:
Ale za to już w porcie mają tu Arctico Ice Bar, gdzie alkohol jest najdroższy na świecie, ale za to wszystko jest zrobione z lodu pochodzącego z jezior Sapmi: bar, rzeźby, ekran do filmów, krzesła przykryte skórami, stoliki, kieliszki… W cenę biletu wliczone jest: termiczne, czerwone ubranko w formie peleryny z kapturem i dwa drinki… bezalkoholowe, w tym jeden w szklance z lodu, której nawet nie można zabrać na pamiątkę.
INFO: Arctico Ice Bar jest otwarty: od 1 kwietnia do 15 maja w godz. 11 – 16. Między 16 a 31 maja: 10-19. Między 1 czerwca a 15 sierpnia: 10-21. Między 16 a 31 sierpnia: 10-19:30. Od 1 września do 10 października: 11-15. Cena biletu dla dorosłych to 130,- NOK.
Idziemy główną ulicą w prawo. Mijamy sklepy z niezbędnymi dla mieszkańców rzeczami, kilka restauracji i oczywiście sklepy z pamiątkami. Zbig nie cierpi łażenia po sklepach, ale ponieważ jest okropnie zimno, więc łaskawie towarzyszy mi i odkrywa przepiękny, ręcznie tkany koc w stylizowane renifery, ale cena…
„Centrum” kończy się szybciutko, ulica staje się węższa i bardziej dziurawa. Po lewej stronie stoi biały kościółek odbudowany po pożarze w czasie II wojny.
Kościółek w Honnigsvag
Little church in Honnigsvag
Na stromym stoku wzgórza dostrzegam stado siwobiałych stworzeń.
– Owce! – oznajmiam radośnie, bo cieszy mnie każde napotkane żywe zwierzę w naturalnych warunkach.
– Owce? – nie dowierza Zbig, podążając wzrokiem za moim palcem, skierowanym wysoko na wzgórze.
– Nie owce? – dopada mnie wątpliwość, ale zaraz synapsy w moim mózgu połączyły się z odpowiednim ośrodkiem. – O matko, renifery!
Reindeers in Honnigsvag
Zostawiamy kościółek i pasące się stado i idziemy kilometr dalej, aż na kraniec miasteczka. Widok na zatokę jest przepiękny, o ile nie zahacza się wzrokiem o przydomowe ogródki (patrz wyżej). Renifery wlazły na szczyt i wkrótce zniknęły, więc koniec atrakcji. Mijamy przystań i idziemy w drugą stronę. Po lewej mijamy port i dochodzimy na drugi kraniec miasta, gdzie jest bardziej dziko i niestety kończy się chodnik.
Honnigsvag
Ponieważ my nie chcemy skończyć pod kołami quadów i autobusów, idziemy do portu – miejsca największych atrakcji i niezapomnianych wrażeń.
Honnigsvag i dom przy zatoce:
Honnigsvag and house by the bay.
Przede wszystkim muzeum, gdzie jest jedno stanowisko z komputerem. Ale co tam muzeum! Port roi się od trolli, które zapewne nie zdążyły się schować przed światłem dnia i zamieniły się w kamień. I tak sobie stoją w centrum wielu norweskich miasteczek, dając się fotografować turystom.
Troll, jeden z kilku w porcie Honnigsvag
Honnigsvag and Mr. Troll
No i jest pomnik legendy – bohaterskiego psa Bamse (1937 – 22 lipiec 1944).
Bernardyn Bamse, (norweski Misiek) został powołany do służby na statku Thorodd wraz ze swoim panem, kapitanem Hafto przed inwazją niemiecką na Norwegię. Thorodd był jednym z 13 statków norweskiej floty, które po klęsce Norwegii zwiały do Wielkiej Brytanii. Wojnę statek spędził w Dundee, pływając jako trałowiec. Dokonania Bamse są niebagatelne: uratowanie tonącego marynarza, obrona innego przed napastnikiem uzbrojonym w nóż. Miał zwyczaj rozdzielania walczących marynarzy (opierał się łapami na ich ramionach i czekał, aż się uspokoją, a potem prowadził ich z powrotem na statek), zabierał z knajp marynarzy, którzy mieli zacząć wachtę. Do odleglejszych miejsc jeździł miejskim autobusem i załoga musiała się złożyć na bilet miesięczny dla niego. Załoga zrobił mu również hełm, ponieważ w czasie rejsów przebywał najchętniej przy działach.
Bohaterski Bamse w czapce marynarskiej
Bamse the Hero
Bamse zmarł na atak serca w porcie Montrose w Szkocji. Na pogrzebie żegnało go z honorami setki norweskich marynarzy, żołnierze alianccy, mieszkańcy Dundee i Montrose. Jego zdjęcie w zrobionej specjalnie dla niego marynarskiej czapce Royal Norwegian Navy znalazło się na bożonarodzeniowych i wielkanocnych pocztówkach wysyłanych „ku pokrzepieniu serc”.
Bamse na pomniku w Honningsvag patrzy na południowy-zachód, gdzie jego postać na pomniku w Montrose spogląda na północny-wschód…
Temperatura: 5 st. C, duże zachmurzenie i mgła jak śmietana
Pozycja: port Honningsvag, Norwegia
11:00
Reda portu Honnigsvag:
Honnigsvag Harbour
Od 7:00 stoimy na redzie w porcie Honningsvag. Niestety, nie było miejsca przy nabrzeżu, bo nazjeżdżało się turystów zewsząd. Naliczyłam 4 wielkie statki pasażerskie i kilka mniejszych. Czyli znów czeka nas podróż szalupą. Byłoby super, gdyby tylko tak bardzo nie śmierdziało spalinami.
Miasto wygląda ładnie z daleka. Leży sobie malowniczo na stromych, skalistych zboczach. Nie ma drzew, za to porosty są w pełnym rozkwicie. To nadaje okolicznym wzgórzom ciemnozielony odcień, który sprawia, że wyglądają bardziej gościnnie, niż są w rzeczywistości.
Wzgórza wokół Honnigsvag:
Hills around Honnigsvag
Honningsvag stało się miastem w 1996 roku. Stało się miastem, choć nie powinno się nim stać. Norweskie prawo nakazuje, aby miasto liczyło co najmniej 5.000 mieszkańców. Honningsvag ma ich o połowę mniej. Być może chodzi tu o liczbę turystów, którzy co roku odwiedzają Nordkapp, a jest ich takie mnóstwo, że potrzebują ponoć 1.000 statków rocznie, żeby tu przybyć. To czyni miasto jednym z najgorętszych miejsc północnej Europy.
A zaczęło się w XVI wieku, kiedy Richard Chancellor, angielski kapitan statku „Edward Bonaventure” szukał północnej drogi do Chin. Sztorm zapędził go w to miejsce (1553). Nazwał je North Cape. W 1599 roku odwiedził to miejsce Christian IV, król Danii, w 1795 Ludwik Filip, król Francji, w 1873 Oskar II, król Szwecji, zaraz po nim był cesarz Wilhelm II i niedługo potem król Syjamu Rama. A w 2012 jesteśmy my.
Tajemnicza wyspa Mageroy:
Honningsvag leży na wyspie Mageroy, na tej samej szerokości geograficznej co Syberia i Alaska, ale klimat jest tu dużo łagodniejszy. Całe to wybrzeże ogrzewane jest potężnym prądem Golfstrom i dzięki temu przy ujściu fiordów można tu np. hodować renifery. Latem temperatura może dochodzić do 20 stopni!!!
Ale nie dzisiaj. Dziś jest zimno, mgliście i ponuro.
Obudziło mnie kołysanie i skrzypienie statku. Przez zachlapany wodą bulaj/okno widać wielkie fale i chmury wody unoszone przez silny wiatr. Ale czy to już jest sztorm? Mój błędnik mówi, że tak, a rozum, że nie. Jedyne, co mi przychodzi do głowy to:
Way hay and up she rises, way hay and up she rises, way hay and up she rises early in the morning
What will we do with a drunken sailor, what will we do with the drunken sailor, what will we do with the drunken sailor early in the morning?
Shave is belly with the rusty razor, shave his belly with the rusty razor, shave his belly with the rusty razor early in the morning.
Way hay and up she rises, way hay and up she risies, way hay and up she rises early in the morning.
Put him in the bed with the capitain’s daugther, put him in the bed with the capitain’s daugther, put him in the bed with the capitain’s daughter early in the morning.
Way hay and up she risies, way hay and up she risies, way hay and up she rises early in the morning…
Zaraz trzeba wstawać i iść szorować pokład.
8:10
Fale mniejsze, o tak. Za to mgła jak mleko. Statek buczy basem co kilkanaście minut i mam wrażenie, że słyszą go nawet w Nuuk. Ale mam też nadzieję, że ta trasa nie jest zbyt uczęszczana.
Póki co trzeba się najeść. Dziadek mawiał, że najedzony człowiek przeżyje łatwiej niż głodny. Niewątpliwie miał rację.
Odkryłam jeszcze jedno miejsce do nażarcia się: dają tam gofry, pacakes i naleśniki, ale na szczęście! Na szczęście nie są fantastyczne! Można odpuścić i spokojnie zmieścić kolejnego croissant au chocolat.
Celebrity Constellation – jedna z rzeźb:
Celebrity Constellation – sculpture
ok. 12:00
Zaliczyliśmy lekcję salsy, ale nie jesteśmy usatysfakcjonowani. Chińczycy natomiast, którzy gremialnie i hurtowo uczą się klasycznych tańców są zawsze zadowoleni, mimo, że nie mają wyczucia rytmu. Nie to co my, sułtani merengue! Ponieważ jesteśmy zniechęceni do aktywności fizycznej, więc pora iść na 10 pokład i zobaczyć czy tak jak codziennie o tej porze będzie kuchnia azjatycka, pasty i pizze, oraz niewątpliwie rzecz jasna zupki, sałatki i kanapeczki jak marzenie.
ok. 21:20
Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi na Przylądek Północny. Temperatura około 5 stopni, wieje silny wiatr. Mgła się rozwiała, można zobaczyć horyzont. I walenie. Gdyby były.
Horyzont w drodze na Przylądek Północny:
Barents Sea
Kolacja dziś była „formal” i musiałam włożyć najbardziej rozciągliwą kieckę. To, co robią tu z żarciem przechodzi moje wyobrażenia o kulinarnych cudach. Dziś: krem z selera z karmelizowanym jabłkiem, canelloni z kozim serem i pistacjowe clafoutis z brzoskwiniami.
Zbig gra w ruletę, czy bakarata w kasynie:
Zaliczyliśmy też występy młodych ludzi w Teatrze Celebrity Constellation. Wolałabym w tym czasie pospacerować, ale Zbig zapałał ostatnio miłością do kultury tzw. wysokiej i nie za bardzo chce odpuścić codzienne przedstawienia. Niech będzie. Ja dziś byłam na lekcji składania serwetek i na wykładzie o nawigacji. O kompasie wiem wszystko, więc heya Norge!