Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Włóczmy się bez celu po korytarzach siódmego pokładu, próbując odgadnąć na czym polega ten luksus, wart tysiąc dolców więcej niż nasza kajuta. Korytarz taki sam… Zazdroszczę im tylko, że mogą otworzyć okna, to chyba jedyna rzecz, jaka mi tu przeszkadza.
Zastanawiamy się, dlaczego ani razu nie kąpaliśmy się w żadnym z basenów… Nie, teraz już przepadło, ale powód jest jeden – nie chciało nam się. Może następnym razem, kiedy popłyniemy na Karaiby, albo chociaż na Maderę. Ale będziemy mieć na pamiątkę zwierzaczka, jednego z kilku gatunków, które żyją w okolicy basenu:
Celebrity Constellation – Animal near the pool
Jedzenie. To na „Celebrity Constellation” jedno z najwspanialszych doświadczeń i jedna z rzeczy, których będzie mi brakować jak nie wiem co. Nie wiem ile przytyłam, ale i tak warto było. Gdybym kiedyś miała kasę na rejs dookoła świata (od miesiąca do trzech miesięcy na statku!), to pewnie zanurzenie wzrosłoby o co najmniej kilka centymetrów. Zbig wprawdzie też jest zachwycony jedzeniem, ale po pierwsze on szybko się przyzwyczaja do luksusu, a po drugie i tak wszytko jest lepsze od tego co ja ugotuję.
Koniec – 22-ga. Idziemy spać, jutro kazali nam się wynieść o 6:30. Wyższe pokłady nie muszą zapewne się zrywać skoro świt, ale co tam. Trzeba wstać o piątej i zjeść ogromne śniadanie. Nie, chyba nie chcę do domu. Jutro musimy wrócić do rzeczywistości, a zacznie się od wielkiej niewiadomej w Amsterdamie – odzyskamy samochód, czy nie? A jeśli tak, to jaka forma życia czeka na nas w bagażniku, gdzie zostawiliśmy (no dobra, ja zostawiłam) kanapki, biały serek wiejski i jogurt?
„You’ve lived the life” – takie hasło ukazało się w dzisiejszej gazetce pokładowej. Może i tak. A poza tym kiwa. Tak Morze Północne wita strudzonych podróżników. Pewnie łapiemy jakieś boczne fale, na które nie działają stateczniki, bo nie jest stabilnie. Wielu ludzi narzeka, że nie mogli spać w nocy, bo czuli się „niepewnie”.
Ja też czuję się niepewnie, bo to ostatni dzień i wszystko minęło tak szybko i czuję niedosyt i popływałabym sobie jeszcze z miesiąc. Życie tu jest takie proste i nieskomplikowane. Póki co, idę pożegnać się z moim kumplem:
Celebrity Constellation – my dude
O 11-stej idziemy na ostatnią lekcję tańca – Latin line dance. Wiem, że Zbig nie chce, bo jego myśli już zajęła ponura rzeczywistość, z którą przyjdzie mu się zmierzyć już jutro. No i samochód, pozostawiony w rękach obcego człowieka w porcie Amsterdam… Czy jeszcze go zobaczymy? Czy będziemy mieli czym wrócić do domu? No i kanapki zostawione w bagażniku… Czy w mieście nie zapanowała jakaś epidemia?
Południe
Wykorzystujemy ostatnie pół dnia, żeby ostatni raz zwiedzić statek, oddać książkę do biblioteki, iść tam, gdzie jeszcze nie byliśmy, np. do kina, w którym codziennie można było zobaczyć dwa filmy.
Kino jest przytulne, na stole przy wejściu czekają porcje popcornu w tekturowych pudełeczkach. Postanowiłam trochę posiedzieć w tym spokojnym, mrocznym miejscu:
Celebrity Constellation – cinema
Zbig nieoczekiwanie postanowił odwiedzić pokład handlowy. Jakiś czas temu wypatrzył ciepłą bluzę z kapturem, która nie-została-wyprodukowana-w-Chinach i uznał, że taką właśnie chce mieć. Ja w moim skąpym sercu miałam nadzieję, że w ostatni dzień będą jakieś wyprzedaże, szalone obniżki cen pod hasłem „all must go”, ale nic takiego nie nastąpiło. Bluza jak kosztowała 45 dolców, tak kosztuje. Ale Zbig i tak jest zadowolony, a to jest bezcenne.
Wszelkie transakcje na statku odbywają się bezgotówkowo. Za wszystko płaci się kartą pokładową. Na koniec rejsu wszystko jest podliczane i ściągane z kart kredytowych, których numery trzeba było podać przy zaokrętowaniu. Fajne jest to, że wszystkie transakcje i ich bilans można w każdej chwili sprawdzić na ekranie telewizora. Dla mnie, skąpiradła, to prawdziwa ulga.
Po południu
Zbliża się straszny moment, kiedy trzeba się będzie pakować. Strasznie mi się nie chce, ale do 23-ciej wszystkie bagaże, oprócz podręcznych mają się znaleźć na korytarzu. Inni mają zapewne więcej obowiązków, bo trzeba: wymienić żetony z kasyna, zanim zostanie ono zamknięte, wykorzystać ostatnie minuty w internecie, bo przepadną jutro o 7 rano, zrobić sobie masaż, bo to redukuje opuchliznę w czasie długiego lotu do domu. Jak to dobrze, że nie musimy robić tego wszystkiego. Póki co, idziemy sobie zrobić zdjęcie z gościem z 3 pokładu, obok chińskiego biura plenarnego.
Nie wiem, kto to jest, ale zawsze stoi na trzecim pokładzie.
Zbig padł rażony katarem zaraz po kolacji, która dziś była „formal”. Nawet nie zaszczycił swoją obecnością ulubionego teatru, nie udał się do mesy na wieczorny kubek czekolady, nie podziwiał wspaniałych widoków, rozciągających się z jedenastego pokładu.
Zostawiłam go na pastwę losu z tysiącami chusteczek i udałam się schodami na rzeczony pokład.
Przede wszystkim miałam wspaniałe towarzystwo:
Towarzysz podróży
Po drugie podziwiałam „przydrożne” wsie, gdzie ludzie żyją nie tylko spokojnie, ale i dostatnio i nawet skaliste ogródki nie pozbawiają ich szczęśliwości. I jeszcze mają niezłe widoki:
Przydrożne wsie
Ludność Norwegii wyległa przed domy. Chętnie spytałabym, czy nie mają jakiegoś małego domku na odludziu, gdzie mogłabym pomieszkać:
Ludność Norwegii
Samotny, mały kajak wśród bezmiaru wód:
Samotny, biały kayak
ok. 23.00, w kajucie
Pod drzwi wsunięto info o wyokrętowaniu w Amsterdamie, wraz z tagami do bagażu, który musimy wystawić przed drzwi jutro do 22-giej…
Rozpadało się na dobre, Zbig zaczął kichać, znaczy będzie miał katar. A jak facet ma katar, to klękajcie narody. Jakoś to przeżyję, ale łatwo nie będzie. Uciekamy więc przed deszczem i przed katarem na nasz ulubiony statek, do naszego ulubionego miejsca z górami jedzenia i gorącą czekoladą.
Odpływamy punktualnie o 17-stej, deszcz dalej pada, temperatura 10 stopni, ale i tak tkwię na pokładzie, żeby pożegnać drugie co do wielkości miasto w Norwegii.
By, by Bergen
Żegnaj, Bergen
W wędrówce przez niezliczone fiordy będziemy przepływać pod mostem Askøy. Nasz statek jest dość duży, więc ledwo się pod tym mostem zmieścimy. Może nawet zawadzimy lekko kominem… Nie, kapitan Peppas obiecał, że wszystko będzie dobrze, tym bardziej, że przyjęliśmy na pokład pilota, który ma nas przeprowadzić przez zdradzieckie skały Byfjorden i Hjeltefjorden. Mamy do przepłynięcia 32 mile morskie, zanim znajdziemy się na pełnym morzu.
Jest! Pojawił się jak cienka kreska na horyzoncie:
Askoy Bridge
Zbliżamy się, zaraz będzie wiadomo, czy się zmieścimy, czy nie uszkodzimy komina, albo mostu…
Askoy coraz bliżej
Udało się! Ale naprawdę mało brakowało. A most od spodu też jest ładny:
Askoy bridge from below
Będziemy teraz lawirować wśród tysięcy wysp. Ale teraz muszę iść na kolację typu „formal”. Uwielbiam te gale, ale dziś wolałabym oglądać widoki.
Fløibanen Funicular, czyli kolejka szynowa na górę Floien, jakieś 150 metrów od targu rybnego i nabrzeża Bryggen. Wagony wygladają jak normalne autobusy ( może to są normalne autobusy?), które wspinają się około 320 metrów nad poziom morza. Trwa to około 5-6 minut, ale widok ze szczytu jest wspaniały. Cena biletu w obie strony: 80,- NOK dla dorosłych, 40,- NOK dla dzieci. Dla 2 dorosłych z 2 dzieci: 200,- NOK. Wagony odjeżdżają co 15 minut.
W Bergen jest kilka muzeów:
Permanetan na ulicy Nordahl Bruns Gate to Muzeum Sztuk Dekoracyjnych (Zachodniej Norwegii). Możan zobaczyć tam ekspozycję m.in. dywanów, tkanin, wyrobów ze srebra, mebli, porcelany, tradycyjnych strojów i zabawek.
Miejskie Muzeum Sztuki – głównie malarstwo, w tym kilka prac Edwarda Muncha.
Sjøfartsmuseet / Muzeum Morskie i Muzeum Historyczne na południu miasta, na terenie Uniwersytetu. Posiada zabytki z ery brązu i ery Wikingów. Nic dodać nic ująć.
Co tam muzea. Na zdjęciu poniżej: sztukę można znaleźć wszędzie, nawet na wejściu do kanału:
Troldhaugen / Wzgórze Trola, około 10 kilometrów od Bergen. To dom kompozytora Edwarda Griega i jego żony Niny, bardzo przytulny i ładnie położony. Mieszkali w nim od 1885 do jego śmierci w 1907. Griegowi udało się zostać sławnym jeszcze za życia, więc dom-muzeum zawiera jego nagrody i trofea, a także fortepian Steinway. Hm.
Pora wracać do centrum. Poniżej: Zbig świetnie się wczuwa w luzacki rytm życia mieszkańców. Jeszcze nie wie, że za chwilę dostanie kataru:
Main street in Bergen
Kiedy już odwiedzimy te wszystkie muzea, atrakcje kulturalne, napatrzymy się na okoliczne fiordy i inne zwierzęta, nadchodzi czas na … zakupy!!! Najlepszym miejscem do tego celu jest Torgalmeiningen, wielka ulica zamknięta dla samochodów. Łatwo na nią trafić z targu rybnego – stojąc przodem do zatoki mamy ją dokładnie z lewej strony. Jest tam wszystko co w Norwegii można kupić, łącznie z lokalnymi wyrobami rękodzieła. Polecamy trolle, są zawsze miłym prezentem 😉
Szczerze mówiąc nie przyszlibyśmy na Torgalmeiningen, gdyby nie zwabiła nas muzyka instrumentów dętych. Okazało się, że na owych instrumentach gra śliczna orkiestra złożona z samych blondynek (skąd oni biorą te wszystkie blondynki?) ubranych w czerwone kubraczki. Wesołe dźwięki marszy, granych jeden po drugim sprawiły, że serca nam urosły. Na zdjęciu poniżej widać przeszłość i przyszłość tego wspaniałego kraju:
Powyżej: przeszłość i przyszłość Norwegii – surowi woje i śliczna orkiestra na ulicy Torgalmeningen w Bergen
Bryggen naprawdę ma klimat. Okazało się, że za kolorowymi fasadami kolorowych domów kryje się dalszy ciąg średniowiecznego świata…
Nie mieliśmy o tym pojęcia, naprawdę. Zauważyłam wąskie przejście w ostatniej chwili, zajęta oglądaniem nieciekawych wystaw. I nagle… wejście na ulicę Pokątną!
Bryggen and it’s medieval word
Wąska uliczka z malutkimi sklepikami, sprzedającymi głównie rękodzieło: ceramika, serwetki, obrusiki, figurki, pozostałości z trupów zwierząt i oczywiście tłumy turystów, którzy tam nie pasują. Kilka kamiennych studni, otoczonych przez domki kryte dachówką. Wszystkie domki są z drewna, które pachnie jak… stare drewno, ale podnosi to atrakcyjność tego miejsca. To tak jak dla niektórych przechodzenie obok ciastkarni… nie oprzesz się.
Bryggen from yaht’s wharf
Kolorowe kamienice Bryggen widziane z nabrzeża
Niedaleko, na samym końcu Vågen, po jego północno-wschodniej stronie umiejscowił się Torget, znany również jako Fisketorvet, czyli Plac Rybny. Oprócz ryb sprzedają tam też owoce i kwiaty. Warto p o c z u ć ten klimat.
Bergen przywitało nas lekkim deszczem i szarością i jakoś tak nie nastrajało optymistycznie. Zbig postanowił targać parasol, jakbyśmy nie mieli ciepłych kurtek ani nic. Bardziej obawiam się gorąca niż jakiejś mżawki.
Niedaleko portu, przy ulicy Slottsgate jest pierwsza atrakcja Bergen:
Håkonshallen: część fortecy Bergen, zbudowana w 13 wieku jako dwór królewski służący do ceremonii. Pierwszy raz został użyty do tych celów przez króla Magnusa Håkonsson i księżniczkę duńską Ingeborg. Imprezka była niezła, bo trwała 3 dni i 2 noce, a gości przybyło ponad 1000. W 16 wieku duński gubernator Erik Rozenkrantz zlecił szkockim architektom budowę kamiennej wieży, w której zmieściły się i lochy (dzikie), i gubernatorskie apartamenty (przytulne), a na wyższym poziomie stanowiska armat. W 1944 roku duński statek z amunicją eksplodował w pobliskim porcie, co spowodowało ogromne szkody. Wieżę i dwór odbudowano, a od 1966 roku jest jedną z atrakcji turystycznych Bergen.
Poniżej: Bergen Hakonshallen. Gapię się na wieżę Rosenktantza.
Bergen – Hakonshallen
Nieopodal fortecy, również po północnej stronie Vågen stoi najstarsza budowla w Bergen:
Mariakirke – kościół św. Marii. Zbudowano go w 12 wieku, w stylu romańskim, czyli jedynym słusznym i obowiązującym w tamtych czasach. W ciągu wieków istnienia dostał gotycki chór i barokową ambonę. Przez 3 wieki był kościłem parafialnym dla hanzeatyckich kupców.
Idziemy dalej wzdłuż północnej strony portu i niespodziewanie wkraczamy do największej atrakcji turystycznej Bergen:
nabrzeża zwanego Bryggen. Są to magazyny i domy kupców z czasów Ligi Hanzeatyckiej. Te stare zostały zniszczone przez ogień, te obecne są ich replikami z kamienia. W jedynym oryginalnym budynku z 18 wieku mieści się Muzeum Hanzeatyckie. Parter był składnicą towarów, na pierwszym piętrze mieścił się pokój dzienny i biura. Na najwyższym piętrze były sypialnie kupców – malutkie kliteczki, w których mieściło się tylko łóżko.
Poniżej: na tyłach Bryggen.
Gościom nie wolno było ogrzewać pomieszczeń, ani nawet ich oświetlać, w obawie przed ogniem. Kupcy pozostawali w celibacie przez cały okres pobytu Bergen. Cóż, twarde prawo, ale prawo.
INFO: w okresie od 15 maja do 15 września muzeum jest otwarte od 9:00 do 17:00. W pozostałym okresie w dni powszednie od 11:00 do 14:00, w niedzielę do 16:00, w poniedziałki zamknięte. Cena: 60,- NOK. Raczej warto.
Miasto nazywane jest „wrotami fiordów”, choć mnie bardziej podoba się „miasto między siedmioma górami”, co miało literacko nawiązywać do siedmiu wzgórz Rzymu. Nie wiem, czy nawiązało, bo wielu spiera się o to, o które właściwie wzgórza chodzi, bo jest ich chyba więcej niż siedem.
Bergen ma, jak wiele miast hanzeatyckich, bogatą historię. Zostało założone przez Olava Kyrre (syna Haralda – wiadomość dla pasjonatów historii Skandynawii) w 1070 roku, ponoć pięć lat po zakończeniu ery Wikingów (Cokolwiek to znaczy, bo dla niektórych era Wikingów nie kończy się nigdy). W 12 i 13 wieku stało się stolicą Norwegii. Fakt ten przypieczętowało co najmniej pięć koronacji królewskich w miejscowej katedrze, a obok takich wydarzeń nie można przejść obojętnie.
W 14 wieku Bergen stało się jednym z największych miast Ligi Hanzeatyckiej, kontrolowanej przez bogatych kupców z północnych Niemiec. Kiedy stolica kraju została przeniesiona do Oslo, a Hanza chyliła się ku upadkowi nie przeszkodziło to sprytnym Norwegom w przejęciu handlu dorszem. Miasto rozkwitło dzięki katolikom… ale to nie to, co myślicie.
Poniżej: hanzeatycki szlif – Bergen i kamienice:
Bergen
Katolicy w Europie musieli pościć w piątki. Do postu zaś potrzebowali ryb, a upatrzywszy sobie dorsza na piątkowe umartwienie się, niechcący nabijali kabzę tym brzydkim luteranom i ewangelikom.
Dzisiaj ryby są nadal ważne dla Bergen, ale główne bogactwo pochodzi z turystyki i… kto by pomyślał – z ropy wydobywanej na Morzu Północnym.
Poniżej: marina i zatoka Vagen, a po przeciwnej stronie jest dalszy ciąg Bergen:
Ostatnie spojrzenie na miasto wspinające się ku górze. Na pierwszym planie hotel Rica Seilet. Cena za pokój ok. 700 pln.
Molde – Rica Hotel
Wśród dziesiątek wysp musimy odnaleźć drogę na pełne morze:
Road to Alesund
Wody Midfiorden i wyspa Otroya:
Midifiorden waters
Wyspa Otroya (chyba):
Otroya Island?
I dalej wyspy Midoya i Flemsoya, ale nie wiem która jest która:
Fiordy i wyspy w drodze do Alesund
Tu zlewają się wody dwóch fiordów, stąd ta fala.
I tu też – dwa fiordy, jedna fala:
I jeszcze raz:
Robi się ciemniej, słońce schowało się za obłoczki. To chyba wyspa Flemsoya ale tak naprawdę jakie znaczenie ma nazwa kolejnej wyspy? Liczy się krajobraz i wspaniały spokój.
Więc tak: kiedy patrzymy na zachód możemy zobaczyć majestatyczny Atlantyk. Na wschodzie jest zapierająca dech w piersiach panorama fiordu Romsdal z lasami i małymi wioskami, które wyglądają, jakby kąpały się w wodzie. U naszych stóp rozpościera się Molde otoczone łańcuchem Gór Romsdal i ich 222 ośnieżone szczyty. Wszystko to widać z punktu widokowego Varden, leżącego na wysokości 407 metrów n.p.m. Można tam dojść pieszo z centrum Molde w ciągu 1,5 godziny pod górę, dla bardziej wysportowanych w 1 godzinę, ale też pod górę.
Powyżej – główna ulica w Molde.
INFO: na szczycie jest chata, w której mieści się restauracja „Vardestua”, gdzie ceny są wyższe niż w Norwegii, otwarta latem. Odległość od miasta – 5 km.
Molde jest milutkie. Jest ładne, w swej większości zadbane i sympatyczne. Za murami domów kryją się i przemysł (głównie tekstylny) i kultura i teatr i nawet festiwal jazzowy, nie wspominając o muzeum, galeriach i namiastce uniwersytetu.
Centrum Molde:
Mieszka tam ok. 24 tysiące ludzi, którzy raczej nie przejmują się cenami gazu do ogrzewania domu zimą. W ogóle powinni być najbardziej wyluzowanymi ludźmi na świecie, choćby dlatego, że mają rząd, który zamiast przepić i przehulać kasę z ropy i gazu w jak najkrótszym czasie, postanowił ją zainwestować. Jak postanowił tak zrobił, pakując wszystko w przedsięwzięcia na całym świecie, które to przedsięwzięcia nie wiedzieć czemu przynoszą zyski. Z tych zysków pochodzą między innymi emerytury Norwegów, edukacja itd., czyli rzeczy, które przez każdy szanujący się rząd są traktowane jak dopust boży. Rząd norweski nie szanuje się do tego stopnia, że na te wszystkie wydatki przeznacza rocznie około 5 % tychże zysków, nie ruszając kapitału. To czyni każdego Norwega udziałowcem w kasie, której przeciętny hm, powiedzmy Polak nie jest sobie w stanie wyobrazić.
I nie wiedzieć dlaczego mieszkańcy kraju zwanego Norwegią kochają swój kraj i w dodatku czują się w nim szczęśliwi. I jeszcze do tego mają cholernie piękne fiordy…
Poniżej: centrum handlowe. Pełna kultura…
Molde
Wracając do Molde (molde/moldar w staronorweskim znaczy czaszka albo żyzna ziemia) i jej róż: sławny ogród różany znajduje się na dachu ratusza jest przereklamowany. Róż jest dużo, ale nie wyglądają imponująco, przypominają zaniedbane badylki zieleniejące się wprawdzie, ale dość nieśmiało. Może trafiłam w zły moment, ale takie badylki nie powinny zostać symbolem miasta.
Ogród różany na dachu ratusza w Molde. Powyżej – nasz statek, powyżej – góry w czerwcu.
Molde
Tuż obok dachu ratusza jest niewielki (według polskich kryteriów) kościół z nowoczesną dzwonnicą. Nic imponującego z zewnątrz, ale w środku jest czarujący: skromny, biały, z ciemnym sufitem, bez złota i rzeźb, za to z modelami okrętów zwieszającymi się ze sklepienia.
Kościół w Molde i piękna miniatura okrętu:
Molde – church
Drugą fajną sprawą jest to, że mają tam pastorkę, która ślicznie uśmiecha się ze zdjęcia w pierwszym pomieszczeniu kościoła (nie jestem częstą bywalczynią świątyń, więc nie mam pojęcia jak się to nazywa). W tymże miejscu odkryłam coś, co mnie zachwyciło: krzyż, na którym nie wisi zakrwawiony facet, który zawsze budził we mnie grozę. Na chrześcijańskim krzyżu wiszą ryby i choć nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem symbolikę, to jest to coś, co do mnie bardziej przemawia, niż udręczony mężczyzna.
Inną atrakcją jest Muzeum Romsdal, jedno z największych skansenów w Norwegii. Założone w 1912 przedstawia historię regionu od 14 do 20 wieku. Zgromadzono w nim budynki mieszkalne, stodoły i szopy, kaplicę i … wychodki.
Jeden z najładniejszych domów w Molde:
Molde
Na wyspie Hjertoya, 10 minut od centrum Molde jest kolejny skansen – Muzeum Rybołóstwa w postaci małej wioski rybackiej zachowanej w całości wraz ze sprzętem rybackim i łodziami. Statki na wyspę i z powrotem odpływają mniej więcej co godzinę.
INFO: Sklepy są otwarte od 9/10 do 17:00, w soboty do 14:00, karty kredytowe są akceptowane. Poczta jest przy ulicy Torget 2, a informacja turystyczna przy Radhuset.