Pointe de la Torche

La Torche

To chyba najpiękniejsza plaża, na jakiej byłam. Biały piasek z maleńkimi kamyczkami, łagodnie zbiegający do oceanu. Plaża ciągnie się przez wiele kilometrów, można nią iść i iść. I ma jedną, niesamowitą cechę – po sezonie jest prawie pusta.

Pointe de la Torche

Od strony lądu osłaniają ją wysokie, piaszczyste wydmy, porośnięte trawami i niskimi, suchymi zaroślami. W okolicy nie ma wielu domów, ani hoteli. Obok parkingu jest kilka restauracji, głównie takich z naleśnikami. Przy parkingu jest też słynna szkoła surfingu „Twenty Nine”.

La Torche
La Torche – Dunes

Nie napisałam jeszcze, że cały ten raj należy do surferów. Na plaży obowiązuje absolutny zakaz kąpieli, bo można dostać dechą w głowę. Dozwolone są natomiast: surfing, windsurfing, kitesurfing i wszystkie inne formy tego sportu. Od 18 do 26 października 2014 (czyli już niedługo) na plaży La Torche odbędą się, jak co roku, Mistrzostwa Świata w windsurfingu. Jeszcze zdążycie!

La Torche – surfer

Wydmy przy plaży La Torche. Miejsce zwane Pointe de la Torche (bretońska nazwa: Beg an Dorchenn) to właściwie niewielki cypelek z granitowymi głazami i bunkrem z czasów wojny. Od tego miejsca w dwie strony rozciągają się te przepiękne plaże o kształcie półksiężyców. Jedna prowadzi do małej wioski (około 3 km), a druga, ciągnąca się jak Sahara, prowadzi gdzieś daleko, ale nie wiem gdzie.

La Torche & Quattro the Dog

Nasz samotny biały żagiel. Był bardzo szczęśliwy, bo mógł brodzić w płytkiej wodzie i uciekać przed falami. Widział małe rybki i próbował się bawić z każdym napotkanym psem, ale żaden nie chciał się z nim gadać. 

La Torche – Sun and Ocean

My też byliśmy szczęśliwi, bo szliśmy tą plażą i szliśmy i byliśmy szczęśliwi…

Saint-Guenole – Sant Wennol

Śniadanie tutaj to wspaniały wstęp do kolejnego dnia wakacji. Nasza Madame Martine codziennie serwuje coś innego – a to naleśniki z karmelem zrobionym ze słonego masła i cukru, a to ryż z owocami z kremem cytrynowym, a czasem far breton, ciasto tak bretońskie jak sama Bretania, a do tego ponoć proste jak wakacyjny poranek:

Far Bretonne Martine z Guilvinec:

Far Breton de Martine de Guilvinec

Składniki: 100 gram mąki / 75 gr. cukru pudru / pół litra mleka / 3 jajka / szczypta soli

Jak zrobić: Zmieszać mąkę, cukier, sól i dodać jajka. Wolno dolewać ciepłe mleko, pomieszać. Wysmarować masłem formę. Piec 10 minut w bardzo wysokiej temperaturze (nawet 210 st), potem 20 – 30 minut w temp. 180 st, aż far stanie się złoty. Bon Apetit!

Merçi Martine!

Po śniadanku pijemy kolejną kawę i wolniutko wygrzebujemy się z pieleszy, budzimy psa i wyruszamy. Dzisiaj jedziemy do Saint Guénolé, około 15 minut drogi od naszego domu. To niesamowite, że tyle jest do obejrzenia w tak niewielkiej odległości. Po drodze średniowieczny kościółek/kaplica z kwadratową wieżą – niespotykany kształt wśród bretońskich kaplic. Pochodzi z XIV wieku i niestety jest w ruinie.

Chapelle de Saint Guenole
Chapelle de Saint-Guenole

Saint-Guénolé słynie jednak z innych atrakcji. Są to ogromne, granitowe głazy – Rochers de Saint Guénolé.

Rochers de Saint Guenole

Pogoda dziś jest piękna, ale wyobraźcie sobie ten kawałek planety w czasie sztormu. 10 października 1870 roku Prefekt Finistere przyjechał tu na piknik z rodziną. Ogromna fala zabrała 5 osób z jego rodziny. Od tamtej pory to miejsce (poniżej) nazywa się „skałami prefekta”

Rochers Saint-Guenole

Skały przybierają różne kształty. To zwierzę spodobało nam się najbardziej:

Saint-Guenole – an animal

Żegnamy miasteczko, w którym oprócz skał wielką atrakcją są fabryki produkujące konserwy z darów morza – wszystko robione jest ręcznie, a ich wyroby są mniam. Jedziemy kawałek na północ do miejsca, które KONIECZNIE trzeba zobaczyć. Ale o tym następnym razem.

Pointe du Raz

We ventured a very long way—60 km to the northwest. Beg ar Raz—the Breton name for this place—means „strong current.” It is on the list of France’s „4 Great Sites.” And it looks fantastic, especially in fine weather.

Baaardzo daleko się wybraliśmy – 60 km na północny zachód. Beg ar Raz, bretońska nazwa tego miejsca oznacza silny nurt. Jest na liście „4 wielkich miejsc we Francji”. I wygląda fantastycznie, zwłaszcza przy pięknej pogodzie.

Pointe du Raz

Pointe du Raz is located on the Cap Sizun peninsula, and some consider it to be the westernmost point of Europe. In fact, the name of this part of Brittany—Finistère—means „end of the earth” (finir = end, terre = earth), so it truly marks that very end.

Pointe du Raz jest na przylądku Sizun i niektórzy uważają, że jest to najdalej na zachód wysunięty punkt Europy. Zresztą nazwa tej części Bretanii – Finistère – oznacza „koniec ziemi” (finir = koniec, terre = ziemia), więc właśnie to jest to zakończenie. 

Pointe du Raz

You need comfortable shoes for the walk starting from the parking area—which, in addition to a restaurant and souvenir shops, houses an information point and a modest museum. From there, it takes about 30 minutes to reach what is arguably the best view of the Atlantic in France; the route loops past the restrooms and a French Army radar station before taking about 20 minutes to return. I do not recommend this walk to the elderly during hot weather, even though the terrain is flat. For cliff-hiking enthusiasts, there is a roughly three-hour trail leading north to Pointe du Van, a spot that is perhaps even more rugged and rocky.

Trzeba mieć wygodne buty, żeby zawędrować od parkingu, przy którym oprócz restauracji i sklepów z pamiątkami mieści się punkt informacyjny i skromne muzeum. Stamtąd idzie się około 30 minut do najlepszego widoku na Atlantyk we Francji, zakręca się obok toalet i stacji radarowej Armii Francuskiej, i wraca się około 20 minut. Nie polecam tej trasy osobom starszym w upał, choć idzie się „po płaskim”. Dla uwielbiających piesze wędrówki na klifach jest trasa na około 3 godziny, która prowadzi na północ, do Pointe du Van, który jest chyba jeszcze bardziej skalisty.

Pionte du Raz

What else is there to say about this place? Numerous flocks of birds inhabit the cliffs, enjoying undisturbed peace. The entire cape encompasses a protected area of ​​approximately two thousand hectares.

Co jeszcze napisać o tym miejscu? Na klifach mieszkają liczne plemiona ptaków i mają tam święty spokój. Cały obszar przylądka to około dwa tysiące hektarów obszaru chronionego.

Pointe du Raz et „La Vieille”

The lighthouse is called „La Vieille”—”The Old One.” It would be worth coming here during a storm to see huge waves crashing against the old lighthouse. I saw it in a video. It takes your breath away.

Latarnia morska nazywa się „La Vieille” – Stara. Warto byłoby tu przyjechać w czasie sztormu, żeby zobaczyć wielkie fale uderzające w starą latarnię. Widziałam na filmie. Zapiera oddech.

We are heading back to our Breton house. On the way, we still need to visit Pont-Croix (Pontekroaz in Breton). The town looks as if time stood still there somewhere around the Middle Ages. And that’s about it.

Wracamy do naszego bretońskiego domu. Po drodze musimy jeszcze zwiedzić Pont-Croix (po bretońsku Pontekroaz). Miasteczko wygląda, jakby czas zatrzymał się tam w okolicach średniowiecza. I tyle.

Locronan

It is not known whether it was founded by a Celt from Cornwall or Ireland, nor whether this happened in the 6th century or somewhat later. What is certain, however, is that Locronan is one of the most beautiful towns in France—a fact proclaimed by a sign at the entrance.

Nie wiadomo, czy założył je Celt z Kornwalii, czy z Irlandii i nie wiadomo czy było to w 6 wieku, czy trochę później. Wiadomo jednak, że Locronan jest jednym z najpiękniejszych miasteczek we Francji i taki też napis widnieje przy wjeździe.

Locronan, near the church

And so it is. It is tiny—you can walk around it in 15 minutes at a brisk pace—but believe me, it is better to spend more time there. It is teeming with crêperies, biscuit shops, small restaurants, and a multitude of little shops selling local artists’ wares, and even local art galleries.

I tak jest. Jest malutkie, można je obejść szybkim marszem w 15 minut, ale wierzcie mi, lepiej spędzić tam więcej czasu. Roi się w nim od „creperies” (naleśnikarni), „biscuiteries” (biszkopciarni), małych restauracji i mnóstwa sklepików z wyrobami tutejszych artystów, a nawet galerii lokalnej sztuki. 

Locronan – magic place

Above—a Celtic bookshop right next to the church; a well in the foreground. It is out of use.

Powyżej – księgarnia celtycka, tuż obok kościoła, na pierwszym planie studnia. Nieczynna.

Locronan, street

The little shop on the side street is called „La Maison de Poésie” (House of Poetry), and you can buy postcards, books, and local souvenirs there. As for the poetry, I’m not so sure.

Sklepik w bocznej uliczce nazywa się „La Maison de Poesie” (Dom Poezji) i można w nim kupić kartki pocztowe, książki i pamiątki stąd. Co do poezji, to nie jestem pewna.

Locronon – street

Above – one of the narrow streets near the Town Hall. The back of the church is visible on the right. Below – the same street.

Powyżej – jedna z uliczek obok Merostwa. Z prawej widać tył kościoła. Poniżej – ta sama uliczka. 

Locronon – back street

Below is the Town Hall—the city authorities led by the Mayor. Next to it are the museum and the tourist office.

Poniżej – Merostwo, czyli władze miasta na czele z Merem. Obok jest muzeum i Biuro Turystyczne.

Locronon – Maire

We return to the square in front of the church. The church is dedicated to Saint Ronan, and its walls were built in the 13th century. In the 15th century, thanks to a generous donation from the Duke of Brittany, the church was transformed into a cathedral. What sets it apart from thousands of other cathedrals is a beautiful 15th-century stained-glass window, a floor featuring the black symbols of Brittany, and a massive pulpit.

I wracamy na plac przed kościołem. Patronem kościoła jest Św. Ronan, a kościelne mury wzniesiono w 13 wieku. W 15 wieku, dzięki hojnej dotacji Diuka Bretanii kościół przekształcono w katedrę. To, co go wyróżnia wśród tysięcy katedr, to piękny witraż z 15 wieku, posadzka z czarnymi symbolami Bretanii i ogromna ambona.

INTERESTING FACT: A massive procession takes place in Locronan every six years. The procession covers 12 kilometers and leads to sites where Druids once gathered for prayer in Celtic times. The next one will be in 2019. If you are interested in this type of worship, look up the term „Le nemeton” (for example, on Wikipedia).

CIEKAWOSTKA: Co 6 lat w Locronon odbywa się ogromna procesja. Procesja ma 12 kilometrów i prowadzi do miejsc, które w czasach celtyckich służyły modłom druidów. Następna będzie w 2019 roku. Jeśli jesteście zainteresowani tego typu kultem, to znajdżcie w np Wikipedii słowo „Le nemeton”. 

Locronan – Church

It was an excursion that took a good few hours, covering nearly 60 kilometers from Guilvinec. We had lunch at one of the many small restaurants near the town’s „entrance” (driving into the town itself isn’t allowed, but there are plenty of parking lots right at the entry point).

To była wyprawa na kilka ładnych godzin, prawie 60 kilometrów od Guilvinec. Zjedliśmy obiad w jednej z licznych restauracyjek przy „wchodzie” do miasta (wjeżdżać nie wolno, ale parkingów jest ogromna ilość przy wjeździe.

INTERESTING FACT: Films shot in Locronan include Chouans! directed by Philippe de Broca, Jean-Pierre Jeunet’s A Very Long Engagement, and Roman Polanski’s Tess.

CIEKAWOSTKA: W Locronan kręcono film „Chouans!” w reżyserii Philipe de Broca, „Bardzo długie zaręczyny” Jean-Pierre Jeuneta i „Tess” Romana Polańskiego, wszystkie znane w Polsce. 

INFO: Mandatory parking costs 3 euros, but you get a windshield sticker that grants you multiple entries throughout the summer – so it’s not an unreasonable price. Restrooms are located right next to the parking areas and are, of course, free of charge.

INFO: Obowiązkowy parking kosztuje 3 Euro, ale dostaje się naklejkę na szybę, która to naklejka (a nie szyba) upoważnia do wielokrotnego wjazdu przez całe lato, więc nie jest to wygórowana cena. Toalety są zaraz przy parkingach i są oczywiście bezpłatne.  

We’re heading back. It’s wonderful here, but there’s no sea. We still need to go to the beach, even if just for a moment.

Wracamy. Cudnie tutaj, ale nie ma morza. Trzeba jeszcze choć na chwilę iść na plażę.

St. Pierre et Phare d’Eckmuhl

The next day, having made sure we had our documents, the dog, and water, we set off westward. There wasn’t much „west” left, though—our westward journey would end at Pointe de Penmarc’h; beyond that, we’d either have to make a sharp turn north or end up as a meal for Atlantic cod. The route from Guilvinec to Pointe de Penmarc’h is only about seven kilometers, so there was no need to rush. The narrow roads of southern Finistère are magnificent—charming cottages surrounded by greenery and draped in Virginia creeper, boasting the world’s largest hydrangeas (I promise to say more about the houses later), along with medieval chapels and Celtic crosses weathered by wind and rain. And the roads were nearly empty, as if no one drove here at all.

Następnego dnia, upewniwszy się, że zabraliśmy dokumenty, psa i wodę wyruszyliśmy na zachód. Niedużo już tego zachodu zostało, bo zachód nam się kończył na przylądku Pointe de Penmarc’h, a dalej to albo skręcamy ostro na północ, albo nasze zwłoki zjedzą atlantyckie dorsze. Trasa od Guilvinec do Pointe de Penmarc’h to około 7 kilometrów, więc nie ma się co rozpędzać. Wąskie drogi na południu Finistère są przecudne – śliczne domki otoczone zielenią, porośnięte winobluszczem i zachwycające największymi na świecie hortensjami (o domkach jeszcze będzie, obiecuję), średniowieczne kaplice, celtyckie krzyże zniszczone przez wiatr i deszcz. I prawie pusto, jakby nikt tutaj nie jeździł samochodem.

St Pierre – super low tide

On the way, we pass the village of Kerity, home to a tiny church with a single side aisle (there are usually two)—a medieval structure, naturally. We arrive in St. Pierre a few minutes later. We are greeted by the overpowering stench of seaweed drying on the exposed sand; the tide is well out, and the boats and small vessels look as though they have been abandoned.

Po drodze mijamy wioskę Kerity z maleńkim kościółkiem z jedną nawą boczną (zwykle są dwie), oczywiście średniowiecznym. Do St Pierre dojeżdżamy kilka minut później. Wita nas straszliwy zapach wodorostów schnących na pozbawionym wody piasku. Odpływ jest solidny, łodzie i stateczki wyglądają jak porzucone. 

St Pierre – low tide

It’s hard to believe, but we are actually looking at the ocean floor. It’s great that no one throws shopping carts, broken beer bottles etc into the water. Those little white specks are small birds darting across the sand and flying very low over the water. On the horizon, you can see the next stop on our journey: the d’Eckmühl Lighthouse. The lighthouse is quite far from Saint-Pierre—about two kilometers away. It was built in 1897 thanks to the generosity of the Prince d’Eckmühl. Like almost everything else in the area, it was constructed from granite, which is found literally everywhere.

Trudno uwierzyć, ale przecież oglądamy dno oceanu jakby nie było. Fajne jest to, etcnie wyrzuca do wody wózków sklepowych, potłuczonych butelek po piwie itd. Te białe punkciki to są małe ptaszki, które szybciutko biegają po piasku i latają bardzo nisko nad wodą. Na horyzoncie widać następny cel naszej podróży – latarnię morską d’Eckmühl. Latarnia jest bardzo daleko od St Pierre – około dwóch kilometrów. Została zbudowana w 1897 roku dzięki hojności księcia d’Eckmühl. Jak prawie wszystko dookoła wzniesiono ją z granitu, który jest dosłownie wszędzie.

Lighthouse d’Eckmuhl

It is reached by 307 steps—though I lost count after 128. The building at the foot of the lighthouse belongs to the Papa Poydenot Association, an organization of sea rescuers. This building also houses a maritime rescue museum, which is free to visit.

Prowadzi na nią 307 stopni – nie liczyłam, bo mi się pomyliło po 128. Budynek u stóp latarni to Assocation Papa Poydenot – Stowarzyszenie Papa Poydenot, skupiające ratowników morskich. Budynek, w którym mieści się Stowarzyszenie zawiera też muzeum ratownictwa morskiego i można go odwiedzić za darmo.

INFO: climbing the lighthouse costs 2 euros /wejście na latarnię kosztuje 2 Euro. 

Near lighthouse – market place

On the other side, there is a small market square where a market is held during the season on Mondays from 4:30 PM to 7:30 PM.

Z drugiej strony jest mały ryneczek, gdzie w sezonie, w poniedziałek od 16:30 do 19:30 odbywa się targ.

The next stop is… our camera battery ran out.Następny przystanek to … wyczerpała nam się bateria w aparacie. 

Pont l’Abbe et Treffiagat

In the morning, we finally decided to get off our lazy backsides and do some sightseeing. Since a market was taking place in Pont-l’Abbé (Breton name: Pont’-n-Abad, or „Abad’s Bridge”)—and the drive took less than an hour rather than half the day—we set off. It was a typical market—heaps of junk, aside from the vegetables, fruit, and braids of smoked garlic—but we decided to take a look anyway.

Rano postanowiliśmy wreszcie ruszyć ciężkie tyłki i trochę pozwiedzać. Ponieważ w Pont l”Abbé (bretońska nazwa Pont’-n-Abad, czyli most Abada) właśnie odbywał się targ i nie trzeba tam jechać pól dnia, a tylko niecałą godzinę, więc ruszyliśmy. Targ jak targ, kupa dziadostwa, oprócz warzyw, owoców i warkoczy wędzonego czosnku, ale postanowiliśmy obejrzeć.

Chateau Pont l’Abbe

The town has a population of around 8,500 and is the self-proclaimed capital of Pays Bigouden (Ar Vro Vigoudenn—Breton is a wonderful language). It was founded in the 11th century by a monk from Loctudy. Before that, Romans and Normans had been here, and even earlier, several menhirs had been erected. Throughout the ages, there were battles, assassinations at the highest levels of power as rivals vied for position, and peasants refusing to pay the local baron—until finally, the railway arrived in 1884 and everything became simpler, even the arrival of the Germans in 1940.

Miasto ma około 8,5 tys. mieszkańców i jest samozwańczą stolicą Pays Bigouden (Ar Vro Vigoudenn. Cudny język ten bretoński). Miasto założył pewien mnich z Loctudy w XI wieku. Wcześniej byli tu i Rzymianie i Normanowie, wcześniej ustawiono nawet kilka menhirów. Przez cały czas były jakieś bitwy, ktoś kogoś zamordował na szczytach władzy, żeby zająć jego stołek, jacyś chłopi nie chcieli płacić lokalnemu baronowi, aż w końcu w 1884 doprowadzono tu kolej i wszystko stało się bardziej proste, nawet przyjście Niemców w 1940 roku.

Point l’Abbe

We had planned to continue exploring the history and physical landmarks of this lovely town before moving on, but at one point Zbig checked his pockets and realized he had forgotten his documents—his driver’s license, vehicle registration, and the like. We lost the mood for sightseeing and headed back to Guilvinec. However, not wanting to waste the rest of the day, we spent the afternoon walking across the bridge beyond the harbor that connects our town to another:

Mieliśmy poznawać dalej historię i jej materialne dowody w tym ładnym mieście, a potem jechać dalej, ale w pewnym momencie Zbig złapał się za kieszeń i stwierdził, że zapomniał dokumentów – prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego i różnych takich. Straciliśmy więc nastrój na zwiedzanie i wróciliśmy do Guilvinec. Żeby jednak nie zmarnować połówki dnia, to po południu przeszliśmy przez most za portem łączący nasze miasteczko z innym miasteczkiem:

Treffigat

Almost all the names on signposts and information boards are bilingual – French and Breton. Breton bears absolutely no resemblance to French, yet familiar words from German and English sometimes appear.

Prawie wszystkie nazwy na drogowskazach i tablicach informacyjnych są dwujęzyczne, francusko/bretońskie. Bretoński w niczym, absolutnie w niczym nie przypomina francuskiego, ale czasem pojawiają się znajome słowa z niemieckiego i angielskiego. 

Returning to Treffiagat, it is essentially a village covering an area of ​​8 square kilometers, with a population of 2,500. There is little to see there, apart from the medieval church.

Wracając do Treffiagat, to jest to właściwie wioska o powierzchni 8 kilometrów kwadratowych, na których mieszka 2,5 tys. ludzi. Niewiele tu do zwiedzania oprócz średniowiecznego kościoła.

Treffigat – church

We explored almost everything within an hour (and I mean everything):

Spenetrowaliśmy prawie wszystko w ciągu godziny (jak wszystko to wszystko):

Treffigat – „wide street”

and with a sense of duty well fulfilled, we returned home.

i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wróciliśmy do domu.

INFO: All parking in Breton towns is free (except for one town, but more on that later). There are plenty of parking spaces—outside the peak season, of course, since in summer you wouldn’t be able to squeeze in a pin. Furthermore, all restrooms are free too—both the public ones and those at gas stations—and their cleanliness and facilities are excellent, placing France high on my „World Restrooms” ranking.

INFO: wszystkie parkingi w bretońskich miasteczkach są bezpłatne (oprócz jednego miasta, ale o tym później). Miejsc do parkowania jest dużo, oczywiście poza sezonem, bo w lecie nie można wcisnąć szpilki. Poza tym wszystkie toalety również są bezpłatne – i te miejskie i te przy stacjach benzynowych, a ich czystość i wyposażenie są na bardzo dobrym poziomie, co stawia Francję wysoko w moim rankingu „Toalety Świata”.

Le Guilvinec—our place in Brittany / Le Guilvinec, czyli nasze miejsce w Bretanii

Le Guilvinec is, above all, a fishing port—a place of winding streets whose layout remains a mystery to us to this day, and of incredibly friendly people. And there is a profound sense of calm: there are hardly any tourists, and no snobs with massive yachts and even bigger egos. In the morning, when I go out with my dog, it is still grey. All the shutters are closed, and there isn’t a soul around. Closer to the port, I usually run into a few people walking to or from the bakery. We exchange a „bonjour,” and I turn off with Quattro onto a tiny beach—almost completely submerged by the high tide—to watch the small fishing boats heading out to sea or returning to port just as the sun comes up. On the way back, we buy a baguette for a mid-morning snack, and that is how our day begins. Such peace.

Le Guilvinec to przede wszystkim port rybacki, zaplątane uliczki, których planu nie potrafimy do dziś odgadnąć i niesamowicie mili ludzie. I wielki spokój – prawie nie ma turystów, nie ma snobów z wielkimi jachtami i jeszcze większym ego. Rano, kiedy wychodzę z psem jest jeszcze szaro. Wszystkie okiennice zamknięte i nigdzie nikogo. Trochę bliżej portu spotykam zwykle kilka osób, które idą do lub z piekarni. Mówimy sobie „bonjour”, ja skręcam z Quattro na maleńką plażę zalaną prawie zupełnie przez przypływ, obserwujemy małe kutry wyruszające w morze, albo wracające do portu i wtedy wstaje słońce. Wracając kupujemy bagietkę na drugie śniadanie i tak zaczyna się nasz dzień. Spoooookój.

Le Guilvinec is one of the last places in France where only small vessels—like this one—are allowed to fish:

Le Guilvinec to jeden z ostatnich miejsc we Francji, gdzie mogą łowić tylko małe jednostki, takie jak ta:

Le Guilvinec

The port is small, and there isn’t much to see. However, you can book a 12-hour fishing trip and fish alongside the crew—though enduring the rocking motion, the smell of fish and diesel fumes, and the actual work involved might be tough; still, to each their own.

Port jest niewielki i niewiele tu do oglądania. Ale można wykupić 12-godzinny rejs i łowić wraz z załogą kutra, ale chyba trudno znieść kołysanie, zapach ryb i silnika diesla i do tego jeszcze pracować, ale cóż, każda rozrywka ma swoich amatorów.

Le Guilvinec
Guilvinec – le port

Above: the harbor exit. You can see cutters and boats sailing to and from the port. I only photographed two boats, but believe me, there are many more a little further out. The photo below is a continuation of the one above, just taken shortly before sunset.

Powyżej: wyjście z portu. Widać kutry i łodzie płynące z portu i do portu. Sfotografowałam tylko dwie łodzie, ale wierzcie mi, trochę dalej jest ich wiele. Zdjęcie poniżej to kontynuacja tego powyżej, tylko niedługo przed zachodem słońca.

Guilvinec – l’ocean

Guilvinec is home to one of the few remaining fishing schools—and one of the last in France. It’s those buildings on the right, right out on the headland. The rocks are submerged by the tide every day, and at those times, the town seems closer. Almost all the houses are tiny and cozy, with shutters, and I would love so much to own one of them—even the ugliest one.

W Guilvinec jest jedna z niewielu szkół rybołóstwa i jedna z ostatnich we Francji. To te budynki po prawej stronie, na samym cyplu. Skały są codziennie zalewane przez przypływ i wtedy miasteczko wydaje się bliżej. Prawie wszystkie domy są malutkie, przytulne, mają okiennice i strasznie chciałabym mieć jeden z nich, choćby najbrzydszy. 

Le Guilvinec – the view

I’ll write more about the little houses later, as they’ve always been a huge passion of mine. For now, we’re heading back to the hotel because the dog is tired… / O domkach jeszcze napiszę, bo to moja wielka pasja zawsze. Na razie wracamy do hotelu, bo pies zmęczony…

Le Guilvinec – les boulles / petanque

You can find players like this in practically every small town in France. It’s the game of boules—also known as pétanque, depending on the region. The men explained the rules to me: you have to throw your ball as close as possible to a small target ball. Each player has three balls, and the winner is the one who lands theirs closest. Very complicated stuff.

Chyba w każdym miasteczku we Francji można spotkać takich graczy. To gra w bule (les boulles), znana również pod nazwą Petanque (w zależności od regionu). Panowie tłumaczyli mi na czym to polega – trzeba rzucić jak najbliżej małej kulki. Każdy ma 3 kule i wygrywa ten, kto dorzuci najbliżej. Bardzo skomplikowane. 

Notre hotel—a lovely spot in Brittany / Notre hotel, czyli śliczne miejsce w Bretanii

We arrived in the evening, exhausted—worn out like galley slaves. The hotel awaited us right next to the church, behind a tall white fence. We immediately felt a sense of „home away from home,” especially since the hosts—the owners—turned out to be absolutely delightful. Evening falls up to two hours later in this far-western corner of Europe than in Poland, though at eight in the morning, it is still grey outside.

Dojechaliśmy wieczorem, zmęczeni jak galernicy. Hotel czekał na nas tuż obok kościoła, za wysokim białym płotem. Od razu poczuliśmy się jak w domu daleko od domu, tym bardziej, że gospodarze / właściciele okazali się przeuroczy. Wieczór na dalekim zachodzie Europy zapada nawet dwie godziny później niż w Polsce, za to o ósmej rano jest jeszcze szaro.

Our hotel in Brittany

The garden is small, but we were given a section of it „for our own use,” along with a ground-floor room that opens directly onto a large bush of marguerite daisies.

Ogród jest niewielki, ale my dostaliśmy „na własność” jego część, wraz z pokojem na parterze, z wyjściem wprost na wielki krzew margarytek.

Our hotel in Brittany

As you can see, the dog has already made himself at home. Come on in—the little room is truly lovely: / Jak widać pies już się rozgościł. Zapraszam do środka, pokoik jest naprawdę śliczny:

Our hotel in Brittany

Great idea, right? Madame Martine, our hotelier 🙂 is full of ideas; every room in the hotel has a unique character. And the breakfasts she serves! I really should have packed some looser clothes… Take a look at what it looks like on the other side, too:

Fajny pomysł, prawda? Madame Martine, nasza hotelarka 🙂 ma mnóstwo pomysłów, każdy pokój w hotelu ma inny charakter. A jakie serwuje śniadania!!! Mogłam zabrać luźniejsze ciuchy… Zobaczcie jeszcze jak wygląda po drugiej stronie:

Our hotel in Brittany

Heading out to the garden, there’s an old wardrobe with a large mirror on the right, and straight ahead—the man who’s always working even while on vacation: Zbig.

Wyjście do ogrodu, po prawej stara szafa z wielkim lustrem, a na wprost wiecznie-pracujący-człowiek-na-wakacjach, czyli Zbig.

Our hotel in Brittany

A tiny bathroom window—almost completely overgrown—looking out onto a stranger’s garden; a mysterious one, naturally. Did I mention already how lovely it is here? It’s a tiny fishing town, and there aren’t many tourists. But more on that next time.

Maleńkie okienko w łazience, prawie zupełnie zarośnięte, wychodzące na obcy ogród, tajemniczy oczywiście. Pisałam już, że tu jest ślicznie? A miasteczko jest malutkie i do tego rybackie i nie ma tu wielu turystów. Ale o tym następnym razem.

The passport photo—or, vacation time. / Zdjęcie w paszporcie, czyli wakacje

Americans say that when you start looking like your passport photo, it’s a sign you need to go on vacation. I’ve looked like my passport photo for at least a year now (picture a terrorist, only without the beard—that’s pretty much me). Admittedly, I don’t actually need a passport this time since we’re staying in Europe, but it’s true: it’s finally time to hit the road. So, we set off early yesterday morning, heading west, and drove and drove and drove and drove. It was our first time traveling with the dog, which naturally brought up some big worries: would he hold up okay (he had the entire trunk of the Kuga to himself)? Would there be a place for him to poop along the way? And would he get stressed out by the loooong drive?

Amerykanie mówią, że kiedy zaczynasz wyglądać jak twoje zdjęcie w paszporcie, to znak, że trzeba wyjechać na wakacje. Ja wyglądam jak moje zdjęcie w paszporcie co najmniej od roku (vide: zdjęcie jakiegoś arabskiego terrorysty, tyle że bez zarostu – to miej więcej ja). Wprawdzie tym razem paszportu nie potrzebuję, bo tym razem pozostaniemy w Europie, ale fakt – czas wyjechać, nareszcie. Tak więc wyjechaliśmy wczoraj wcześnie rano, kierunek zachód i jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Pierwszy raz z psem, a co za tym idzie z wielkimi obawami, czy pies wytrzyma – ma do dyspozycji cały bagażnik w samochodzie rasy „kuga”, czy będzie miał gdzie robić po drodze kupę i czy nie będzie zestresowany dłuuuugą jazdą.

The lad is doing just fine, even though there are thousands of brand-new scents at the rest stops and he’s so excited he doesn’t even have time to eat. But after the first few hours—during which he stayed on constant alert—he finally relaxed and fell asleep, only occasionally lifting his massive head.

Daje chłopak radę, choć na parkingach tysiące zupełnie nowych zapachów i nie ma nawet czasu jeść, taki jest podjarany. Ale po pierwszych godzinach, kiedy czuwał non stop, w końcu wyluzował i spał, czasem tylko podnosząc wielki łeb.

On the first day, we managed to cover only 1,089 km. Completely wiped out, we collapsed at a hotel on the outskirts of Saarbrücken, trying to explain to the dog that he shouldn’t bark at every sound outside the door.

W pierwszy dzień daliśmy radę tylko 1089 km. Padnięci jak fiołki alpejskie legliśmy w hotelu na przedmieściach Saarbrucken, próbując wytłumaczyć psu, że nie powinien szczekać na każdy odgłos za drzwiami.

Quattro near Saarbrucken

And today, we’ve been driving since the misty morning—on and on, across all of Lorraine through a terrible, awful, all-enveloping fog, crawling along the Paris ring roads at 20 km/h, and then fighting off sleep. But we’ll be there soon. It’s going to be great—a small fishing town and the vast ocean. Just another 230 kilometers to go.

A dziś znowu od rana mglistego jedziemy i jedziemy, przez całą Lotaryngię w strasznej, okropnej, wszystko-zasłaniającej mgle, przez paryskie obwodnice 20 km/godzinę, a potem walcząc ze snem. Ale już niedługo będziemy na miejscu. Będzie super – małe miasteczko rybackie i wielki Ocean. Jeszcze 230 kilometrów.

Something ends, something begins. / Coś się kończy, coś zaczyna

I can’t believe a whole year has passed since I returned from the Great Expedition. I’ve been here and there in the meantime, but nothing compares to the adventure of a lifetime. I need to finish the story, because I’m setting off for another Magical Land soon, and I can’t stand unfinished tales.

Nie mogę uwierzyć, że minął już rok od powrotu z Wielkiej Wyprawy. W międzyczasie było się tu i ówdzie, ale nic nie może się równać z przygodą życia. Muszę dokończyć opowieść, bo niedługo wyruszam do innej Czarodziejskiej Krainy i nie znoszę niedokończonych historii.

It was Monday, June 25, 2012; the sun rose in all its glory at 5:17 a.m., and we were up seventeen minutes earlier. We were required to vacate our cabin by 6:00 a.m., so we had to hurry to fit in one last delicious breakfast on board the Celebrity Constellation.

Był poniedziałek, 25 czerwca 2012 roku, słońce w pełnej krasie wstało o 5:17, a my siedemnaście minut przed nim. Kazano nam opuścić kabinę do 6 rano, więc musieliśmy się sprężać, żeby zdążyć zjeść ostatnie pyszne śniadanko na pokładzie Celebrity Constellation.

By 6:30, we already had our suitcases (it was amazing how efficiently they organized the baggage claim) and were waiting anxiously for the guy who had been keeping our car in some hideout somewhere. We didn’t have to wait long—after 30 minutes, we had the keys to a car covered in a thick layer of dust and numerous traces of avian droppings. Then I could begin the operation of opening the trunk, which held contents capable of triggering an epidemic of some unknown disease across a vast area (see: the first post). I lifted the hatch slightly and waited. Nothing happened—birds flying overhead didn’t drop dead in mid-air, and I didn’t faint—so I located the bag that posed the biohazard and tossed it into the trash (the contents were unrecognizable, but the object was black and soft).

O 6:30 mieliśmy już nasze walizki (niesamowite jak sprawnie zorganizowali odbiór bagażu) i z drżeniem serca czekaliśmy na gościa, który gdzieś w jakiejś dziupli przechowywał nasz samochód. Nie czekaliśmy długo – po 30 minutach mieliśmy już kluczyki do pokrytego grubą warstwą kurzu i wieloma śladami ptasiej przemiany materii auta. Mogłam wtedy zacząć operację otwierania bagażnika z zawartością, która mogłaby wywołać epidemię nieznanej choroby na dużym obszarze (patrz: pierwszy wpis). Uchyliłam klapę i czekałam. Nic się nie stało, przelatujące ptaki nie padły w locie, a ja nie zemdlałam, więc odnalazłam torebkę, która była zagrożeniem epidemiologicznym i wyrzuciłam ją do kosza. (zawartości nie dało się rozpoznać, ale była czarna i mięciutka).

Sky above Amsterdam

By 7:30, we were already speeding home along the A1 motorway. The distance to cover: 1,142 km. / O 7:30 już mknęliśmy autostradą A1 do domu. Dystans do pokonania: 1142 km.

In addition, we covered:

Amsterdam to Leknes in the Lofoten Islands – 1,017 nautical miles

Leknes to Longyearbyen (Spitsbergen) – 706 nautical miles

Longyearbyen to Honningsvag (Nord Cape) – 534 nautical miles

Honningsvåg to Molde – 683 nautical miles

Molde to Bergen – 133 nautical miles

Bergen to Amsterdam – 525 nautical miles

Total – 3,598 nautical miles; 1 nautical mile = 1.85 km

And that’s it.

Oprócz tego przebyliśmy:

Amsterdam do Leknes na Lofotach  – 1017 mil morskich

Leknes do Longyearbyen (Spitsbergen) –   706 mil morskich

Longyearbyen do Honningsvag (Nord Cape) –   534 mil morskich

Honningsvag do Molde –   683 mil morskich

Modle do Bergen –   133 mil morskich

Bergen do Amsterdamu –   525 mil morskich

Razem – 3598 mil morskich 1 mila morska = 1,85 km

I tyle.