Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Pieszo od Muzeum do portu idziemy około 15 minut. Trwałoby to krócej, ale muszę wszędzie zajrzeć. Poza widzianym już wcześniej bałaganem odkrywam sklep z rogami reniferów, pilnowany przez dwa psy, które na razie mnie olewają, ale nie wiadomo kiedy im podpadnę.
Węgiel i rogi reniferów – kwintesencja Spitsbergen:
Coal and reindeer horns – all we want from Spitsbergen
Jest ciepło, mimo że jest zimno. Ponieważ nie ma wiatru i słońce zdecydowało się przebić przez mgliste chmury, więc nie marzniemy, ale gdzieniegdzie błyszczy szron. Zwykle wyobrażamy sobie Północ tak, jak pisywał o niej Jack London (np. w powieści „Bellew Zawierucha” – kiedy ktoś splunął, ślina zamarzała z trzaskiem w powietrzu). Mimo tego, że Longyearbyen jest dalej na północ niż Klondike, to średnie temperatury nie są bardzo niskie: w styczniu to pomiędzy -13 a -20 stopni C. Nie sądzę, żeby w tych warunkach cokolwiek zamarzało w ciągu sekundy. Wiele lat mieszkałam w Kanadzie i zima była tam o wiele sroższa. Wprawdzie nie próbowałam pluć na mrozie, ale oczy czasem zamarzały…
Coś dla miłośników Formuły 1 – Pole Position:
Spitsbergen – Pole Position
Mimo, że nie można tu liczyć na ekstremalne temperatury jak na Yukonie, to na pewno warto tu przyjechać zimą, żeby posłuchać śpiewu zorzy polarnej. Aurora borealis (czyli zorza polarna północna, bo ta na południu nazywa się aurora australis) jest na mojej krótkiej liście „rzeczy, które trzeba zobaczyć przed śmiercią”. Oczywiście zorzę można zobaczyć dużo dalej na południe, ale tutaj, w tej osadzie, w czasie trwającej 24 godziny na dobę nocy na pewno ma to większy urok.
Już widać nasz statek, gdzie czeka na nas gorąca czekolada serwowana w każdym porcie jeszcze przed wejściem na trap/szalupę. Idziemy jeszcze na kraniec miasta, żeby zrobić sobie zdjęcie przed najsłynniejszym znakiem drogowym na świecie.
Tu kończy się Longyearbyen, a zaczyna Północ:
Me and Zbig and the most famous road sign in the world
Motto Longyearbyen to: „unique, secure and creative”. Myślę, że bardzo trafione. Mimo całej brzydoty tego miejsca i trudnych warunków chciałabym pomieszkać tu trochę. To miasto lepiej wygląda w nocy…
ok. 20:00
Odpłynęliśmy o 19:00. Mgła znowu ogarnęła fiord. Teraz płyniemy na południe, na Przylądek Północny. Do przepłynięcia 534 mile morskie.
Żegnaj Longyearbyen:
Good by Longyearbyen
Tu kończy się Isfjorden, dalej tylko Morze Grenlandzkie.
Wypływamy z Isfjorden:
Isfjorden
Coraz dalej i dalej…
We are not alone
Żegnaj Svalbard:
Good by Svalbard
Żegnaj Longyearbyen. Żegnaj Spitsbergen. Żegnaj Arktyko. Przed nami Honningsvag.
Kilka kilometrów od Longyearbyen jest Basecamp Trapper’s Station. Jest to miejsce, gdzie można poczuć klimat czasów, w których dobry psi zaprzęg był kluczową sprawą dla przetrwania podróżnika, czy trapera.
Przyczepa do przewozu psów:
Dog trailer in Spitsbergen
Można tam zobaczyć jak wyglądało życie myśliwych i ich psów. Psów mieszka tam ponoć 90, ale nie ma możliwości się z nimi zaprzyjaźnić. Rasy pierwotne nie łaszą się do obcych.
Jest tam kilka chatek, gdzie można spędzić na przykład miesiąc miodowy w towarzystwie martwych zwierząt, a właściwie ich skór. Nie jest to miejsce dla fundamentalistycznych estetów, bo wygląda to dosyć przaśnie, ale w noc polarną na pewno ma swój urok. Można też stamtąd wyruszyć na wyprawę psim zaprzęgiem, zimą na płozach, latem na kołach, na cały dzień (8 godzin), lub na pół dnia (4 godziny), ale też na trzy, lub siedem dni, na prawdziwą, arktyczną wyprawę. Ceny od 950,- NOK (ok. 530,- PLN) za pół dnia, do 29.900,- NOK (ok. 16.800 PLN) za 7-dniową wyprawę pod hasłem „Dead or the west coast”. Są to słowa legendarnego podróżnika Fridtjov Nansena, ale … hm… sama nie wiem. Nie ma jeszcze jakiejś innej alternatywy?
Ale trzeba wrócić do codzienności w Longyearbyen, a nie mam pojęcia jak wygląda codzienność żyjących tu ludzi. Dzieci wracają ze szkoły z plecakami, najczęściej na rowerach. Para na oko 40-letnia wraca ze sklepu z zakupami. Dwie kobiety rozmawiają przed sklepem, kilku młodzieńców siedzi przed pizzerią, jakiś młody człowiek grzebie w silniku swojego skutera śnieżnego. Właściwie tak jak w każdym małym miasteczku na świecie, no może poza tym, że pod koniec czerwca wszyscy mają na sobie zimowe kurtki (nie wiem w czym w takim razie chodzą w zimie) i tym skuterem śnieżnym…
Parking przed blokiem mieszkalnym:
Car/ ski-doo parkng
Tak, problem zbyt rozdmuchanej motoryzacji nijak się ma do Longyearbyen. Przed „blokami” parkują głównie „snowmobiles”, niektóre z potężnymi silnikami. Samochody są, głównie SUV i wielkie pick-up, trochę osobowych, ale nie wygląda na to, żeby nie mieli gdzie zaparkować przed bankiem czy pocztą w centrum. Wiodąca marka to Toyota.
Parking przed blokami:
Parking lots
CIEKAWOSTKA: w Longyearbyen nie ma przestępstw!
Pora ruszać do Svalbard Museum. Jest to ogromny, brunatny budynek prawie nad brzegiem fiordu, w północnej części miasta. Jak to w muzeum – artefakty dotyczące kultury materialnej ludzi zamieszkujących Svalbard, historia wielorybnictwa i górnictwa, flora i fauna archipelagu, ta ostatnia w postaci wypchanej. To mnie zresztą odstraszyło skutecznie – przy wejściu na sale ekspozycyjne stoi wielka głowa morsa i patrzy z wyrzutem.
Fiord i Svalbard Museum:
Fjord and Svalbard Museum
Slalbard Museum z innej perspektywy i znak drogowy dot. skuterów śnieżnych:
Svalbard Museum
Ale w hallu można się ogrzać, skorzystać z toalety (sic!), obejrzeć filmy o przyrodzie Svalbardu, kupić książki w różnych językach, mapy, plakaty, kubki, pocztówki, zdjęcia, skóry różnych biedaków, breloczki i inne rzeczy, które prawdziwy turysta kupić musi.
INFO: muzeum jest otwarte od 10:00 do 17:00. Cena biletu – 75,- NOK (ok. 12,50,- Euro). Akceptują wszystkie karty kredytowe, euro i dolary US.
W tym samym budynku mieści się Centrum Uniwersyteckie, Norweski Instytut Polarny i Środowiskowe Centrum Informacyjne.
Wracamy do domu, czyli na statek. Przynajmniej nie ma obawy, że zrobi się ciemno i nie trafimy z powrotem…
W Longyearbyen żyją i pracują bardzo specyficzni ludzie, którzy przez pół roku żyją w ciemnościach polarnej nocy, rozświetlanej tylko księżycem i zorzami polarnymi, a przez pół roku w 24-godzinnym blasku słońca. Wiele okien w domach jest zasłoniętych folią odblaskową, taką jaką stosuje się na przednich szybach samochodów w obronie przed słońcem.
Prawie centrum Longyearbyen:
Longyearbyen center
Wracając do mieszkańców miasta… Ich liczba to około 2040 osób. 40% to Norwegowie, a około 16% to Tajlandczycy (lub Tajowie, niespodzianka), Szwedzi, Duńczycy, Niemcy i Rosjanie. Polaków naliczono 10-ciu (dane z 2010). 60% to mężczyźni, a przedział wiekowy to średnio 25 – 44 lat i prawie nie ma osób powyżej 66-go roku życia. Ciekawe jest to, że średnia długość pobytu w mieście to 4,3 roku dla obcokrajowców i 6,6 dla Norwegów. I kto tu jest Wikingiem?
Smutne jest to, że średnio w gospodarstwie domowym żyje 1,6 osoby. Muszą być nieźle samotni… Za to są bardzo wyedukowani – 54 procent z nich ma wyższe wykształcenie. Średnia kobiet to 40% z wyższym wykształceniem.
Wszyscy ci samotni, mądrzy i młodzi ludzie mieszkają w dwupiętrowych domach-blokach, trochę przypominających baraki, lub w jednopiętrowych chatach. Niektóre są pomalowane na kolor bordowy, inne na niebiesko, jeszcze inne na zielono. Nie są radosnymi plamami rozświetlającymi krajobraz. Są ponure i czasem prawie ich nie widać na tle ciemnej ziemi. Zimą na pewno wyglądają lepiej, kiedy wokół jest jasno od śniegu i światła księżyca w pełni.
Domek jednorodzinny w Longyearbyen:
Typical house in Longyearbyen
Wszystkie domy stoją na palach. Nie takich jak w Wenecji, bo są krótsze i nie tak grube, ale nie da się tego ukryć – stoją na palach. Te „fundamenty” są sprytnie osłonięte drewnianymi deskami, ale i tak można zobaczyć wodę, w której te pale stoją. Nie dziwię się – przy wielkich ilościach wody, jaka wiosną spływa z lodowców nie ma mowy o trzymaniu kompotu i ziemniaków w piwnicy.
Domy na palach:
Houses on stilts – Longyearbyen
INFO: hotele w Longyearbyen nie są tanie. Najtańszy pokój dwuosobowy to około 950 pln, na szczęście ze śniadaniem. Średnio trzeba zapłacić 1500 pln, ale droższe też się znajdą. Hotele są tak nieliczne, że nie muszą się obawiać konkurencji, ale też nie narzekają na brak gości, więc czasem lepiej rezerwować z wyprzedzeniem.
CIEKAWOSTKA: niedaleko Longyearbyen jest niesamowite miejsce: Svalbard Global Seed Vault, czyli Globalny Bank Nasion. W tunelu wydrążony w wiecznej zmarzlinie umieszczonych jest 20 milionów jadalnych nasion. Przechowywane są na wypadek globalnego kryzysu, choć jeśli kryzys byłby naprawdę globalny, to nikt do tych nasion nie dotrze, nie mówiąc już o ich posadzeniu. Budowa rozpoczęła się w czerwcu 2006 roku. Placówka została sfinansowana przez rząd Norwegii. Wiele państw wysyła tu „swoje” nasiona, a za ich przechowywanie nie pobiera się opłat. Ziarenka mogą w tych warunkach wytrzymać nawet tysiące lat.
Z portu do miasta jest około 2 km. Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tym wcześniej, bo zaoszczędzilibyśmy 10 dolców. Ale dla kogoś, kto ma ciężką astmę przebycie tej drogi pieszo jest niewskazane – może zostać zabity przez kurz. Kurzy się zewsząd: ze skalistych, czarno-brunatnych zboczy, z poboczy wysypanych żwirem i małymi kawałkami węgla, z okolicznych „łąk”, które porastają suche trawki, którymi mogłyby się nakarmić tylko wielbłądy, bo co do reniferów nie jestem pewna. Wzdłuż drogi stoją dziesiątki piętrowych baraków o nieciekawej architekturze, która niestety dominuje w szaro-brązowym krajobrazie. W budynkach mieszczą się firmy, a przed budynkami panuje bałagan – porozrzucane drewniane belki drewniane, porzucone betonowe słupy, pojemniki na oleje i inne substancje płynne, jakieś beczki, kontenery na śmieci… Wiem, że tu się pracuje, ale naprawdę nikomu nie zależy?
Wiosenne łąki. To malutkie, białe to ptak:
Little, white bird on spring meadows – Longyearbyen
Docieramy do centrum Longyearbyen. Robi wrażenie, choć nie mogę się zdecydować jakie to wrażenie. Po pierwsze brak zieleni, nie licząc zieleni drewnianych domów. Skąd biorą drewno na budowę, skoro nie rośnie tu nic oprócz porostów? Chyba jednak wszystko muszą sprowadzać, oprócz skór reniferów, które leżą biedne na stołach i ławach przed sklepami. Myślę, że te sklepy z pamiątkami to pamiątki po reniferach.
Sklepy, sklepy na głównej ulicy w Longyearbyen
Main street in Longyearbyen
Przez miasteczko płynie strumień, zwany Longyearelva – teraz zamieniony w cienką stróżkę, w której walają się plastikowe odpadki, papiery, a obok biegną niczym nie osłonięte rury. Nie robi to dobrego wrażenia, chyba, że ktoś bardzo, bardzo lubi przemysłowe krajobrazy.
Nie wiem co powiedzieć:
City center, Longyearbyen
Po drugiej stronie strumienia, w stronę portu, na niewielkim wzgórzu jest słynny kościół. Nie ma wspaniałych renesansowych malowideł czy rzeźb, nie ma wielkich organów i żaden wielki król nie został tu namaszczony. Jest skromny, surowy (można? można!) i od ponad 70 lat jest najbardziej wysuniętym kościołem na północ. I pewnie tak zostanie.
Centrum Longyearbyen. W oddali kościół:
Longyearbyen center with famous church in the distance
No i jest wielki niedźwiedź polarny, z którym każdy turysta robi sobie zdjęcie. Powiedziano nam, że w razie spotkania z prawdziwym niedźwiedziem raczej nie musimy uciekać – i tak nas dogoni i zabije. Wiele osób nosi broń, w tym długie karabiny z wąską lufą.
Napis w tutejszym supermarkecie:
In the local supermarket
Właściwie przestrzegają przed wychodzeniem z miasta bez broni odstraszającej niedźwiedzie i bez doświadczenia pozwalającego tej broni użyć. Zamierzam bardzo przestrzegać tych zaleceń.
Słodki miś, który gdyby był żywy, pożarłby mnie z kościami:
I kissed a bear. Polar bear
W sklepach są głównie pamiątki: oprócz skór i rogów można kupić wyroby z wełny, polarne kurtki, nie polarne piżamy, straszliwe drzeworyty z sylwetkami zwierząt i inne rzeczy niezbędne do ekspedycji na Biegun Północny. Ceny są kosmiczne, ale satysfakcja z kupienia czegoś na Spitsbergenie – bezcenna. W dodatku wszystko „made in Norway”.
INFO: sklepy z pamiątkami są otwarte od 10:00 do 17:00, w soboty od 10:00 do 14:00, ale mogą być otwarte np. tylko od 1 czerwca do 15 sierpnia. Jeden z największych sklepów, Svalbardbutikken jest otwarty od 10:00 do 20:00, w sobotę do 18:00, w niedzielę od 15:00 do 18:00 przez cały rok.
Na głównej ulicy, jak na każdej głównej ulicy mieszczą się najważniejsze instytucje konieczne do funkcjonowania miasteczka. Puby są na pewno, jest też kilka restauracji. W barze można zjeść najdalej wysuniętą na północ pizze albo kebab, w restauracji – norweską czarną gęś, lub pulpety z renifera.
Jest też bank, biblioteka, przedszkole ze smutnymi słoneczkami wymalowanymi na szybach. Naprzeciwko remiza strażacka. Na wschodnim skraju jest wyciąg narciarski, latem nieczynny z wiadomych względów.
Przy głównej ulicy jest też pomnik górnika – nie jakiś monument, ale niewielka postać zmęczonego człowieka, który z kilofem w ręku wraca do domu.
Pomnik górnika na głównej ulicy w Longyearbyen
Statue of coal miner – main street in Longyearbyen
Pozycja: Adventfjorden, archipelag Svalbard ( czyli „zimne wybrzeże”), wyspa Spitsbergen
Ok. 6:30
Przed 5 rano wpłynęliśmy do do fiordu Isfjorden o długości 107 kilometrów, co czyni go drugim co do wielkości fiordem na wyspie Spitsbergen. Chmury wiszą tak nisko, że nie widać szczytów nagich, stromych, czarnych gór. Powierzchnia wody jest gładka, czyli nie ma wiatru. Nawet ptaki się jeszcze nie obudziły, bo nie ma ani jednego. Chyba, że mają jakieś obfitsze poranne pastwiska.
Ponure wody Isfjorden. Jest około 5 rano, wszyscy jeszcze śpią, ale na mostku ktoś czuwa?
5 a.m., Isfjorden.
Strome zbocza Spitsbergenu:
Spitsbergen and it’s steep hills
Mijamy małe przystanie kutrów i coś, co wygląda na manufaktury do przetwarzania ryb i małe doki. Jest bardzo cicho, jakbyśmy płynęli przez martwe wody.
Trawlers in Adventfjorden
Zbliżamy się do portu Bykaia, Adventfjorden:
Port Bykaia, the gate of Spitsbergen
Ciekawe jaką pogodę miał John Munroe Longyear, kiedy latem 1901 roku przybył jako turysta na Spitsbergen, gdzie właśnie odkryto pokłady węgla. John wraz z przyjacielem Frederickiem Ayer (teść gen. Pattona, notabene) kupili norweską firmę górniczą i w 1905 założyli Arctic Coal Company z siedzibą w Bostonie, Massachusetts. Górnicy pochodzący głównie z Norwegii i Szwecji, żyjąc w bardzo ciężkich warunkach wybudowali osadę, w której osiedliło się 500 osób. Potem osada, zwana Longyear City rozrosła się i dzisiaj jest centrum administracyjnym i handlowym z 2040 mieszkańcami, zatrudnionymi głównie w górnictwie węgla, w arktycznych ośrodkach akademickich i badawczych i przemyśle turystycznym. Teraz miasto nazywa się Longyearbyen i niedługo się w nim znajdziemy.
ok. 9:00
Właśnie przycumowaliśmy w porcie Bykaia w Adventfjorden. Byłam w wielu portach, ale ten jest jakiś… mały. I wydaje się… zabałaganiony.
Na zboczu góry, przy której jest port widać słupy kolejki i wagoniki do transportu węgla. A swoją drogą… jeśli tu jest węgiel, to znaczy, że kiedyś musiały być tu wielkie drzewa i o wiele wyższe temperatury. Hm, czy ktoś na to już wpadł przede mną?
Mały kuter (?) ciągnie cumę naszego statku na brzeg:
Small ship is draging a rope for moor our ship
Port z bliska. Właśnie zacumowaliśmy:
Z okna na 10 pokładzie widzę też dwie budy dla psów. Kundelki leżą na dachach swoich domów i nie robi na nich wrażenia nasz okręt – znowu najwyższy budynek w mieście. Port wygląda na wymarły, czasem tylko podjeżdża jakaś furgonetka. Niedługo powinny pojawić się autokary, które mają nas zawieźć do centrum Longyearbyen. Cena biletu: 5$.
Zbig karmi fiordy, żeby mógł sie potem chwalić, że jadły mu z ręki:
Zbig and fjord
Przy okazji wypatrzyłam kogoś z załogi, kto wyprowadza małego, białego pieska na spacer. Już jakiś czas temu słyszałam szczekanie w części pokładu należącym do załogi, ale kiedy kogoś o to spytałam, to oczywiście zaprzeczył. Nie mówcie nic kapitanowi, a jeśli chodzi o mnie, to nie mam nic przeciwko zwierzętom na statku, pod warunkiem, że nie są to szczury.
10:00
Zbig nakarmił fiord i nie pozostaje nam nic innego, jak wyruszyć. Słońce zaczyna znajdować sobie małe otworki w chmurach. To będzie piękny dzień.
Pozycja: na zachodzie jesteśmy na tym samym równoleżniku, co południowe wybrzeża Grenlandii. Na wschodzie, daleko, daleko, około 2000 mil mijamy straszliwą Workutę.
Ok. 10:00
Całą noc wiatr uderzał w statek, który trzeszczał i kołysał się, wywołując niepokój u szczurów lądowych. Nie jest to sztorm, ale fale są wyższe niż w poprzednie dni. Z mapy wynika, że jesteśmy między Morzem Grenlandzkim a Morzem Barentsa, czyli gdzieś pośrodku Oceanu Arktycznego.
Na horyzoncie pustka – ani skał, ani okrętów, ani platform wiertniczych. Widziałam mewę latającą tuż nad falami, ale ona chyba mieszka na statku i wędruje sobie z nami po świecie. Jest szaro, chmury wiszą nisko, a nastroje może poprawić tylko obfite i pyszne jedzenie. Tego na szczęście nam tu nie brakuje. I nie mogę się oprzeć tym małym, cukierniczym cudeńkom, z których każde ma inny smak…
You have to try this…. incredible taste. Thanks to our cooks.
ok. 12:00
Zajrzeliśmy na wykład „Ocean ahead: how our ships move”. Było to dość ciekawe, nawet jak dla kogoś, kto tak jak ja ma niewiele wspólnego z techniką, choć wiele jej aspektów jest bardzo interesujących. Na szczęście wśród wielu bezcennych informacji przekazanych nam monotonnym głosem przez Głównego Mechanika, uzyskałam odpowiedź na nurtujące mnie pytanie: „czym do diabla powodowany jest ten powtarzający się głośny dźwięk, jakby statek miał właśnie zderzenie z małą, malutką górą lodową?”. „It’s a splash” – odpowiedział. Jasne. Pasażerom z Titanica też tak mówiono.
Idziemy do kawiarenki internetowej dowiedzieć się jakie są ceny.
ok. 17:00
Prowadzimy dziś bardzo zdrowy tryb życia. Poza jedzeniem i wykładem wylegujemy się prawie cały dzień. Odpuściliśmy nawet lekcję foxtrota na korzyść filmu „Tower heist”. Posiedzieliśmy w bibliotece, porozmawialiśmy z bardzo sympatycznym małżeństwem z Niemiec i tak zleciał nam czas. W domu nigdy nie mamy okazji do takiego lenistwa i to przy pełnym korycie.
Piękna biblioteka na naszym statku:
Wieje bardzo, więc nawet nie wychodziliśmy na pokład spacerowy, zresztą po co się męczyć. Jesteśmy podekscytowani jutrzejszym dniem – dotrzemy na legendarny Spitsbergen, największą wyspę archipelagu Svalbard.
Svalbard, odkryty przez holenderskiego kapitana Willema Barentsa w 1596 jest otoczony jednymi z najbardziej niebezpiecznych wód na Ziemi. Wyspy są domem dla lisów arktycznych, niedźwiedzi polarnych, reniferów i wielu gatunków ptaków. Góry na wyspach są dzikie i strome, tworzą głębokie fiordy kształtowane przez potężne lodowce. Duża część archipelagu jest chroniona jako rezerwaty i Norweskie Parki Narodowe.
Przy każdej okazji wypatruję wielorybów. Wieloryb ponoć objawia się tym, że wypuszcza wysoko fontannę wody i pokazuje kawałek ogona. Nic takiego nie udaje mi się zobaczyć na wzburzonej powierzchni.
To właśnie teraz jest pora ich corocznych wędrówek z cieplejszych regionów do zimnych, ale bogatych w plankton wód północy. Pokonują ponoć 16 tysięcy kilometrów, co jest chyba rekordem wędrówek zwierząt. Choć marzę o zobaczeniu tych przepięknych stworzeń, to jednak wolałabym, żeby omijały z daleka wody Norwegii. To dziwne, ale rząd tego kraju ładuje miliardy koron w ochronę przyrody na całym świecie, a wraz z Japonią i Islandią nie chce zaprzestać polowań na wieloryby. Shame on you, Norway!
NOTKA: Jeśli jesteś zainteresowny/a ochroną morskich zwierząt, a w szczególności waleni, odwiedź stronę http://www.seashepherd.org „Sea Shepherd” to fantastyczna organizacja działająca na rzecz ochrony morskich zwierząt. Nie dajcie się zwieść propagandzie, która przedstawia „pasterzy morza” jako terrorystów, zagrażających porządkowi społecznemu. Nikt inny nie występuje tak mocno w obronie bezbronnych mieszkańców morza.
ok. 20:00
Wieczornych atrakcji jest bez liku: poza turniejami w kasynie możemy odwiedzić promenadę handlową i dowiedzieć się czegoś o diamentach. Możemy obejrzeć mecz Włochy : Irlandia na Euro 2012. Możemy obejrzeć występ statkowych artystów w teatrze. Możemy iść tańczyć na Midnight sun white party. Możemy iść napić się kakao, może coś przekąsić, a potem poczytać książeczki w ciepłym świetle przyłóżkowych lamp, zerkając na film w pokładowej TV.
Mimo, że ciągle jasno wybieramy tę ostatnią opcję.
INFO: ceny internetu na statku są następujące: 1 minuta – 75 centów. 38 minut – 24,95$. 90 minut – 49,95$. 555 minut – 199,95$. Jeśli ktoś w czasie rejsu będzie tylko siedział przy komputerze, to jest jeszcze opcja 1666 minut za 399,95$.
RADA: Nie warto korzystać z „płatnych” restauracji. Kolacja w jednej z dwóch restauracji a la carte kosztuje średnio 30$ na głowę. To, co dostaje się do jedzenia niewiele różni się od „darmowych” kolacji w ogólnej restauracji („darmowych”, czyli w cenie rejsu). Obsługa jest równie fantastyczna jak w specjalnych restauracjach, a alkohol i tak zamawiany jest w okolicznych barach i jest dokładnie taki sam.
wschód słońca: hahaha, skoro nie zaszło, to jak ma wzejść?
temperatura: 12 stopni, słonecznie
Pozycja: Lofoty
ok. 8:00
Welcome to Lofoten:
Lofoten – Leknes
Witamy na Lofotach:
Lofoten
Obudził mnie głośny dźwięk łańcucha kotwicznego. Na czwartym pokładzie marynarze zaczęli spuszczać szalupy, którymi dotrzemy do portu. Szalupy, dotąd wiszące nad pokładem wydawały się małe, ale teraz, kiedy widzę jak wędrują w dół i kołyszą się niebezpiecznie nad pokładem, to widzę, jakie są wielkie. Dowiaduję się, że mogą zabrać do 120 osób i wydają mi się jeszcze większe.
Zdejmowanie szalupy z wieszaka:
Launch off
Szalupy welcome to – do portu Leknes
From ship to the harbour
Nie zdecydowaliśmy się na kupno wycieczki krajoznawczej. Za to wczoraj kupiliśmy bilety na autobus (7$ od osoby, mają jeździć co 20 minut, przystanek koło kościoła, możemy jeździć tyle razy, ile chcemy), który z portu ma nas zawieźć do Leknes – największego miasta archipelagu Lofotów, na wyspie Vestvagoy (nad „a” powinno być małe kółeczko, a „o” powinno być przekreślone). Trudno to sobie wyobrazić bo z pokładu widzę kilkanaście rozrzuconych domostw i coś, co wygląda na kościół albo remizę strażacką, a w tle niewielkie góry pokryte resztkami śniegu i rzadkimi lasami.
Lofoty są ponoć siedzibą wielu milionerów – ludzi, którzy dorobili się na hodowli łososi. Osiedlają się właśnie tu, ze względu na „balsamiczny” klimat, który niewątpliwie jest zasługą Golfstromu, czyli Prądu Zatokowego. Oczywiście tutejsza ekonomia oparta jest na rybołówstwie, zresztą po co zmieniać coś, co istnieje tutaj od setek, jeśli nie tysięcy lat?
ok. 11.00
Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy drugie śniadanie i rozleniwieni patrzymy na kursujące ze statku na ląd i z lądu na statek szalupy. Trzeba się zbierać, to pierwsze zejście na ten tajemniczy ląd, zamieszkany od pokoleń przez Wikingów („Norsemen” jest ponoć bardziej poprawne politycznie). I nie zapomnieć paszportów!
15:30
Z pokładu #1 wsiedliśmy do szalupy, która malowniczo okrążyła statek i po 10 minutach przycumowała w porcie.
Witamy w Leknes na Lofotach
Leknes Port – Lofoten
Port to drewniany pomost, przy którym nie zmieściłyby się trzy końskie furmanki, a co dopiero nasz statek. Port to także 3 budyneczki wielkości garaży, w których są głównie sklepy z pamiątkami. Tuż za portem jest mała górka, na którą nie wiadomo czemu wszyscy postanowili wejść. Trochę dalej małe domki przycupnięte na brzegu z niskimi drzewami owocowymi.
Okazuje się, że Leknes leży w głębi lądu, około 5 km. od portu, więc podróż trwa krótko. Mijamy przydrożne bagienka, w których brodzą mewy, kilkanaście domów z drewna, które raczej nie świadczą o zamożności ich mieszkańców.
Uliczka w Leknes:
Little street in Leknes
Miasteczko typu „knajpa/kościół”, choć knajp tu raczej niewiele. Kilka ładnych domów przy uliczkach ze żwirową nawierzchnią, kwitną tulipany, czyli wiosna wreszcie nadeszła. Główna ulica to kilkanaście sklepów z różnościami: chiński market, włóczki, suknie ślubne, bank, poczta, kwiaciarnia, optyk.
Lokalna autostrada i droga na Ostrołękę, tfu, na Narwik
Local highway – Lofoten
Dodge Viper przed domem towarowym i Zbig już chce tu zostać:
Zbig and Dodge Viper – Leknes
Na końcu miasteczka małe centrum handlowe z dwoma supermarketami (jeden to dyskont) i ładnie urządzonymi sklepami z wyposażeniem domów, trochę ciuchów, księgarnia, apteka. Za centrum, na parkingu kilka straganów z ciuchami i zabawkami, ale tandeta niesamowita. Zbig za to namierza największą dla niego atrakcję Lofotów: Dodge Viper, w dodatku pomarańczowy.
Wróciliśmy po dwóch godzinach. Naprawdę nie było już co oglądać.
LOKALNE KULINARIA:
Torrfisk – suszony na drewnianych półkach dorsz. Klippfisk – solona ryba, znana od XVII wieku, kiedy do rozsądnego poziomu spadły ceny soli. Fiskeboller – zawijasy z ryby, często podawane ze śmietaną. I najbardziej chyba znana norweska potrawa – lutefisk – suszony dorsz albo łupacz moczony i doprowadzony do fermentacji, najczęściej jedzony na Boże Narodzenie. Fiskepudding to puszysty pudding rybny.
Aquavit – do popicia tych wszystkich rybich delicji. Bardzo popularna w Skandynawii wódka, destylowana z ziemniaków, przechowywana w drewnianych beczkach, aromatyzowana kminkiem i koprem. Produkowana od XIV wieku.
WARTO ZWIEDZIĆ: Muzeum Wikingów – około 15 km na północny wschód od Leknes. Mieści się w największym budynku ery Wikingów odkrytym kiedykolwiek. Dzięki bogatym znaleziskom artefaktów, archeolodzy odtworzyli dom w pełnym wymiarze. Dzięki temu można wkroczyć prosto do świata ery brązu i zobaczyć, że nie byli to tylko barbarzyńscy brutale uganiający się z toporami. Ich społeczeństwo było wysoce zorganizowane, a największą wartością był honor. Królowie i inni przywódcy byli wybierani przez społeczność i to zwykli ludzie decydowali o prawach i zasadach.
INFO: W Laknes jest kilka kafejek internetowych. Informacja turystyczna znajduje się przy ulicy Storgata 31, w centrum handlowym.
SŁOWNICZEK: Tak – Ja; Nie – Nei; Dzień dobry – God Dag; Dziękuję bardzo – Tusen takk.
ok. 22:00
Kolacja jak marzenie. Musiałam oddać Zbigowi zupę kokosową, bo okazała się jak żyleta. No i znowu dostaliśmy specjalny deser po deserze – suflet czekoladowy z biała czekoladą z Grand Marnier. Cieszę się, że jesteśmy specjalnymi gośćmi, ale… Nie, żadne ale. Bardzo, bardzo warte grzechu.
Leknes pożegnaliśmy o 17:00. Teraz płyniemy prosto na północ, ale nadal wzdłuż wybrzeża. Widać ośnieżone, strome góry wyrastające prosto z morza. Następny port – Longyearbyen. Mamy do przepłynięcia 706 mil morskich.
Nasz statek przyczajony w fiordzie za skałką. Myśli, że go nie widać:
Our ship hidden in fjord – Lofoten
Lofoty, do widzenia:
Good by Lofoten!
RADA: Nie jestem pewna, czy warto płacić za zorganizowane wycieczki lądowe. Ta do Leknes kosztowała 169$ od osoby, trwała 3 godziny i obejmowała mały rejs na Vestfjord, lub wędrówkę po okolicznych muzeach i przejazd przez podwodny tunel do Flakstadoey. Sama nie wiem, ale tyle kasy za 3 godziny…
Ptaki i Norwegia zniknęły, za to na zachodzie mijamy dużo platform wiertniczych. Jedne wyglądają jak zamczyska z wieżą pośrodku, inne jak dziwne zwierzęta z długimi szyjami i ogonkiem. Morze nadal jest gładkie, chmury odbijają się w nim jak w jeziorze.
Niedawno w głównym hallu na 3 pokładzie zakończyły się pokazy kulinarne. Można było zobaczyć jak się robi sushi, jak plecie się kosze z ciasta chlebowego, jak robi się róże z marcepanu, jak się rzeźbi w owocach i warzywach.
Fantastyczne rzeźby z owoców i warzyw:
Carving on Celebrity Constellation
Nauczyłam się składania serwetek i pojęłam wreszcie na czym polega różnica między sushi a sushimi. Na pewno ta wiedza przyda mi się bardzo w domu i w zagrodzie. A swoją drogą, jak daleko trzeba wyjechać, żeby nauczyć się składania serwetek?
Kosz wyplatany z ciasta chlebowego, gotowy widać w tle:
Bread basket
ok. 17.00
Uczyliśmy się tańczyć tango. W ten sposób chciałam uczcić urodziny Zbiga, nawet wbrew jego woli. I co się okazało? W tangu jesteśmy świetni. To pierwszy taniec, który potrafiliśmy zatańczyć nie depcząc sobie po stopach!
Morze nadal jest spokojne, choć pojawiły się długie, boczne fale. Niebieskie Morze Norweskie:
Norvegian sea
ok. 23:30
Słońce świeci jak o 16-stej latem. To pierwsza noc, kiedy słońce nie zajdzie wcale. Znów widać ląd – bardzo ostre skały w kształcie kłów wyrastają prosto z morza. Nie dziwię się, że żeglarskie opowieści pełne są potworów z głębin, pożerających wielkie statki.
Linie Celebrity zafundowały Zbigowi torcik z dwoma świeczkami, a siedmiu kelnerów odśpiewało „Happy birthday”. Torcik i odśpiewanie odbyły się już po kolacji i deserze i mimo, że obżarta straszliwie, nie mogłam porzucić niezjedzonej czekoladowej pyszności. Teraz jestem na cukrowym haju i nie mogę spać. Za około pół godziny przekroczymy krąg polarny. Będzie się działo.
ok. północy
Południową granicę regionu arktycznego wyznacza Krąg Polarny (Arctic Circle), geograficzny pierścień otaczający glob, w odległości około 1650 mil od Bieguna Północnego. Ta umowna linia leży na Oceanie Arktycznym, przechodzi przez tysiące wysp i północne części Europy, Azji i Ameryki Północnej. I przez osiem krajów: Norwegię, Szwecję, Finlandię, Rosję, Stany Zjednoczone na Alasce, Kanadę, Grenlandię i Islandię.
Jesteśmy na szerokości geograficznej północnej 66 stopni 33′ 44″. Właśnie przekroczyliśmy krąg polarny i życie już nigdy nie będzie takie samo.
Jutro, a właściwie już dziś dopłyniemy do Lofotów i ich stolicy – Leknes.
wschód słońca: 3:59 zachód słońca: brak, słońce pozostaje nad horyzontem / Sunrise: 3:59 Sunset: None, sun remains above the horizon
Urodziny Zbiga / Zbig’s birthday
Ok. 10:00 / about 10:00 a.m.
Pozycja statku: na Morzu Norweskim, gdzieś na wschodzie Molde. Moja pozycja: biblioteka. / Ship’s position: In the Norwegian Sea, somewhere east of Molde. My position: library.
Morze jest niesamowicie gładkie, jakby powierzchnia pokryta była lodem. Na sterburcie ciągle widać wybrzeża Norwegii, a nad nimi białe chmury, które wyglądają jak góry lodowe i to potęguje wrażenie zimna. Nad statkiem znów latają ptaki, za to od wczoraj nie widziałam żadnych statków. Dziś wieczorem przepłyniemy za krąg polarny. I pierwsza noc bez zachodu słońca.
The sea is incredibly smooth, as if the surface were covered in ice. To starboard, the Norwegian coast is still visible, and above them, white clouds that look like icebergs, intensifying the feeling of cold. Birds are flying over the ship again, but I haven’t seen any ships since yesterday. Tonight we’ll sail beyond the Arctic Circle. And the first night without a sunset.
Spokojne Morze Norweskie:
Norway Sea
Teraz będzie o jedzeniu. Muszę o tym napisać, bo jedzenie to moja pasja, więc jeśli wam się nie podoba, to odpuśćcie sobie ten akapit. Śniadanie cudowne, czyli bez zmian. Niedługo przestanę się mieścić w jakiekolwiek ciuchy. Zostaną mi do chodzenia spodnie od piżamy na gumce. I tak nie jestem w stanie spróbować wszystkiego. Bufet podzielony jest na części: najpierw świeże owoce – arbuzy, winogrona, kilka rodzajów melonów, ananasy, grapefruity. Potem wędliny, łosoś wędzony, sery i twarożki. Tych ostatnich naliczyłam 6 rodzajów. Potem część zwana „american breakfast” – boczki, jajka w 4 postaciach i różne takie, warzywa do smażenia i kawał wiekiej szynki dopiero co wyjęty z piekarnika. Potem przedział z owsianką, kaszką manną i dodatkami: cukier trzcinowy, owoce leśne, brzoskwinie, śliwki, morele, coś, czego nie znam, ale spróbuję. Następnie święte miejsce: omlety smażone z wieloma dodatkami wedle życzenia. Potem jogurty, w końcu pieczywo – 10 koszy wypełnionych różnymi rodzajami chleba i bułek, łącznie z bajglami, które jadłam ostatnio z 15 lat temu w Montrealu (wiadomo, że montrealskie bajgle są najlepsze na świecie). No i wreszcie dział dla dzielnych ludzi ze Zjednoczonego Królestwa, czyli „english breakfast” z cała jego wspaniałością: kaszanką, fasolą, grzankami, kiełbaskami, bekonem, pieczarkami, placuszkami z ziemniaków i sama nie wiem z czym jeszcze. Kiedy mieszkałam w Anglii, takie śniadanko to była codzienna tradycja, ale tutaj… nie, raczej nie.
Now it’s about food. I have to write about it because food is my passion, so if you don’t like it, skip this paragraph. Breakfast is wonderful, meaning no changes. Soon I won’t be able to fit into any of my clothes. I’ll be stuck with pajama bottoms with elastic waistbands. I can’t try everything anyway. The buffet is divided into sections: first, fresh fruit – watermelon, grapes, several types of melon, pineapple, grapefruit. Then cold cuts, smoked salmon, cheeses, and cottage cheese. I counted six types of the latter. Then the „American breakfast” section – bacon, eggs in four different ways, and various other things, vegetables for frying, and a large piece of ham fresh out of the oven. Then a section with oatmeal, semolina, and toppings: cane sugar, forest fruits, peaches, plums, apricots, something I’m not familiar with, but will try. Next, the holy grail: fried omelets with a variety of toppings to choose from. Then yogurt, and finally, bread—10 baskets filled with various types of bread and rolls, including bagels, which I last ate about 15 years ago in Montreal (Montreal bagels are known to be the best in the world). And finally, the section for the brave folk from the United Kingdom: the „English breakfast,” with all its splendor: black pudding, beans, toast, sausages, bacon, mushrooms, potato pancakes, and who knows what else. When I lived in England, such a breakfast was a daily tradition, but here… no, not really.
Obsługa jest na każde zawołanie. Na bieżąco smażą omlety, opiekają warzywa i pieczywo, ładują na talerze wszystko, o co się poprosi. I jeszcze podają kawę do stolików, bo grubym leniom nie chce się ruszyć tyłków i przemieścić się na odległość 10 metrów.
The staff is always on call. They fry omelets, toast vegetables and bread, and pile everything you ask for onto plates. And they even serve coffee to the tables because the fat, lazy people can’t be bothered to move 10 meters.
Z jadalni można wyjść prosto na pokład rufowy. Tam zwykle jest zacisznie i można nostalgicznie obserwować kilwater, czyli „przypowierzchniową warstwę wody zaburzonej przez ruch jednostki nawodnej, a przede wszystkim przez obroty śrub okrętowych (mamy dwie) oraz turbulentny charakter opływu hydrodynamicznego kadłuba jednostki pływającej” (za Wikipedią). I po co tak sobie komplikować życie?
From the dining room, you can walk straight onto the aft deck. It’s usually quiet there, and you can nostalgically observe the wake, which is „the near-surface layer of water disturbed by the motion of the vessel, primarily by the rotation of the ship’s propellers (we have two) and the turbulent nature of the hydrodynamic flow around the vessel’s hull” (according to Wikipedia). And why complicate life so much?
ok. 12:00 / about noon
Został zbudowany w St.Nazaire we Francji i zwodowany w 2002 roku. Jest statkiem klasy Millenium obecnie zarejestrowanym w Valetta na Malcie. Ma długość 294 metry, tonaż 91.000 i osiąga prędkość 24 węzłów (ok. 44 km/h), co nie dziwi przy napędzie dwóch silników o mocy 19MW. Zabiera 1950 pasażerów i 999 osób załogi.
Built in St. Nazaire, France, and launched in 2002, she is a Millennium-class vessel currently registered in Valletta, Malta. She is 294 meters long, has a gross tonnage of 91,000, and can reach a speed of 24 knots (approximately 44 km/h), which is not surprising given her twin 19MW engines. She can accommodate 1,950 passengers and a crew of 999.
Ma 13 pokładów. Dwa najniższe, to bebechy statku, kabiny załogi, zapewne mesa i wszystko to, czego pasażerowie nie powinni oglądać. Pokład #2 zwany Continental to kabiny pasażerskie i „przychodnia” lekarska. Pokład #3, zwany Plaza to (od dziobu) wielki teatr, kabiny pasażerskie, w tym nasza na sterburcie, recepcja, Grand Foyer z wielkimi schodami otoczone statkowymi biurami, sale konferencyjne i kino. Pokład #4, zwany Promenade – balkony teatru, klub urządzony w stylu angielskim, w którym to klubie nigdy nie byliśmy. Potem jest galeria fotografii uczestników rejsu i zakład fotograficzny, gdzie zawsze napada na nas gość zwany przez nas Jabba the Hutt i chce nam zrobić zdjęcie. Chodzimy tędy na kolacje, więc spotkania są nieuniknione. Potem przechodzimy przez wielką „klubokawiarnię” zwaną Randez-Vous, by w końcu dojść do świątyni pożeraczy kolacji – pięknej restauracji „San Marco”. Kolejny pokład to Entertainment – jaskółka teatru, tutejsze centrum handlowe „The Emporium”, które z masą kiczowatych zegarków i biżuterii, sweterków z futerkiem, matrioszkami i ikonami, małą perfumerią i sklepem z alkoholem powinno się raczej nazywać „Małe centrum handlowe imienia krasnali ogrodowych”.
It has 13 decks. The lowest two are the ship’s innards, crew cabins, presumably the mess hall, and everything passengers shouldn’t see. Deck #2, called the Continental, contains passenger cabins and a medical „clinic.” Deck #3, called the Plaza, is (from the bow) a grand theater, passenger cabins, including ours on the starboard side, a reception desk, a Grand Foyer with a grand staircase surrounded by ship’s offices, conference rooms, and a cinema. Deck #4, called the Promenade, contains the theater’s balconies, and a club decorated in an English style, which we’ve never been to. Then there’s the cruise photo gallery and the photo studio, where a guy we call Jabba the Hutt always attacks us and wants to take our picture. We go this way for dinner, so meetings are inevitable. Then we pass through a large „club café” called Rendez-Vous, and finally reach the temple of the diners – the beautiful restaurant „San Marco.” Next up is the Entertainment area – a theater swallow, and the local shopping mall „The Emporium,” which, with its masses of kitschy watches and jewelry, fur-trimmed sweaters, matryoshka dolls and icons, a small perfume shop, and a liquor store, should more accurately be called „The Little Shopping Mall Named After Garden Gnomes.”
Następne 4 pokłady to wyłącznie kabiny pasażerskie, oprócz pokładu # 7 i 8. Tam w środkowej części mieści się śliczna biblioteka. Im wyżej, tym drożej, im drożej, tym większe kabiny z oknami i balkonami. To jedyna rzecz, jakiej zazdroszczę bogatym pasażerom – możliwości otwarcia okna. W kabinach dla biedaków powietrze jest przerażająco suche i czasem stęchłe i nic nie jest w stanie tego zmienić.
The next four decks are exclusively passenger cabins, except for decks 7 and 8. There, in the middle section, is a lovely library. The higher the deck, the more expensive it is; the more expensive, the larger the cabins with windows and balconies. The only thing I envy wealthy passengers is the ability to open a window. In the cabins for the poor, the air is terribly dry and sometimes musty, and nothing can change that.
Pokład #10 – mój ulubiony. I nie dlatego, że jest na nim klub fitness i spa i baseny i jacuzzi. Tam jest śniadanie i drugie śniadanie i trzecie śniadanie i brunch i lunch i obiadek i podwieczorek i wieczorna herbatka i midnight snack w razie potrzeby.
Deck 10 is my favorite. And not just because it has a health club and spa and pools and jacuzzis. It serves breakfast, second breakfast, third breakfast, brunch, lunch, dinner, afternoon tea, and evening tea, plus a midnight snack if needed.
Basen wewnętrzny na 10-tym pokładzie:
Celebrity Constellation – indoor swimmingpool
Na pokładzie 11 uczymy się tańczyć i chodzimy na spacery. Jest tam restauracja „Tuscan Grill”, do której nigdy nie pójdziemy i bary, zamknięte z uwagi na zimno. Ale przede wszystkim jest to miejsce do obserwacji bliższej i dalszej okolicy. Może uda nam się zobaczyć jak wygląda ten krąg polarny.
On deck 11, we learn to dance and go for walks. There’s a restaurant called the Tuscan Grill, which we’ll never go to, and bars that are closed due to the cold. But above all, it’s a place to observe the surroundings, both near and far. Maybe we’ll even get a glimpse of the Arctic Circle.
Taki jest nasz statek, który będzie naszym domem jeszcze przez kilkanaście dni. Nazywa się Constellation. Celebrity Constellation. / This is our ship, which will be our home for the next several days. It’s called Constellation. Celebrity Constellation.
wschód słońca: 5:03 zachód słońca: 23:05 / sunrise: 5:03 sunset: 23:05
Ok. 5:45, gdzieś na Morzu Północnym / somewhere on North Sea, 5:45 a.m.
Najwyższy czas wstawać. Pan i Władca śpi, więc powinnam być cicho, ale jak tu być cicho, skoro jestem podekscytowana jak dziecko czekające na Świętego Mikołaja. No i chce mi się pić i jeść. Trzeba poszukać jakiegoś pokarmu. Idę na 10 pokład na kakao i może coś na ząb. Hm, na pewno coś na ząb.
It’s high time to get up. The Lord and Master is asleep, so I should be quiet, but how can I be quiet when I’m as excited as a child waiting for Santa Claus? And I’m thirsty. I need to find something to eat. I’m going to the 10th floor for cocoa and maybe a snack. Hmm, definitely a snack.
Oj chmury. / Oh clouds.
ok. 7:00 / about 7:00 a.m.
Wieje bardzo, jest dużo chmur, a słońce robi sobie w nich małe dziurki i oświetla reflektorkami kawałeczki morza. Fale nieduże, bez białych grzyw i kołysze umiarkowanie. W restauracji mimo wczesnej pory siedziało już mnóstwo Chińczyków. „Early risers breakfast” serwują od 6:30, więc jestem prawie na czas. Na pokładzie 11 jest ścieżka do biegania, jedno okrążenie to 1/3 kilometra. Kilkoro ludzi biegało, zmagając się z wiatrem.
It’s very windy, there are a lot of clouds, and the sun is making small holes in them, illuminating patches of sea with its spotlights. The waves are small, without white crests, and the swaying is moderate. Despite the early hour, there were already a lot of Chinese people in the restaurant. „Early risers breakfast” is served from 6:30, so I’m almost there. There’s a jogging track on deck 11; one lap is a third of a kilometer. Several people were jogging, struggling with the wind.
11th deck, so cold
Powyżej – zdjęcie z 11 pokładu na okrętowe atrakcje (brr, zimno)
Wieczorem (każdego wieczora, aż do końca rejsu) dostajemy gazetkę pokładową z informacjami na temat atrakcji nadchodzącego dnia, godzinami otwarcia restauracji, sklepów i barów, programu kinowego, lekcji tańca i tematów seminariów. Wszystko jest ekscytujące, a czasu tak mało…
In the evening (every evening until the end of the cruise), we receive an onboard newsletter with information about the upcoming day’s attractions, restaurant, shop, and bar opening hours, movie schedules, dance classes, and seminar topics. Everything is so exciting, yet so little time…
ok. 9:00 / about 9:00 a.m.
Temperatura 12 st., gdzieś na wschodzie jest północna Dania, na zachodzie – Edinborough. Lecę na Spa Seminar „Right hairstyle for your face”. Wreszcie się dowiem.
Temperature: 12 degrees Celsius, northern Denmark somewhere to the east, Edinborough to the west. I’m off to the Spa Seminar „Right hairstyle for your face.” I’ll finally find out.
od 10:30 do 16:00 / from 10:30 a.m. to 4 p.m.
Dowiedziałam się, jaka jest najlepsza dla mnie fryzura: taka, w której nigdy nie pokazałabym się publicznie. Cały kit po to, żeby zwabić mnie do fryzjera. No way. Nie z tymi cenami: czesanie od 39$ (zawsze osłabia mnie to „od”; powinni choćby orientacyjnie podawać jakieś „do”, na przykład od 39 do 999.999$, przynajmniej wiedziałabym czego się spodziewać), farbowanie odrostów od 69$, pasemka od 89$. Wprawdzie nie byłam u fryzjera od 1994 roku, ale nie mówcie mi, że to jest tanio!
I figured out what the best hairstyle for me is: one I’d never wear in public. It’s all a ploy to lure me into a hairdresser. No way. Not with these prices: a haircut from $39 (that „from” always makes me cringe; they should at least give a rough estimate, like from $39 to $999,999, so I’d know what to expect), root dye from $69, highlights from $89. I haven’t been to a hairdresser since 1994, but don’t tell me it’s cheap!
Ceny zabiegów kosmetycznych tez są dla mnie wstrząsające: masaż szwedzki 119$, wosk bikini 59$ (jasne, bikini, tu nawet nie można zdjąć swetra, choć niektórzy siedzą w wirówkach na odkrytym pokładzie), botox na czoło 400$, manicure 50$, pedicure 70$.
The prices of cosmetic treatments are also shocking to me: Swedish massage $119, bikini wax $59 (yes, bikini, you can’t even take off your sweater here, even though some people sit in whirlpool baths on the open deck), forehead botox $400, manicure $50, pedicure $70.
Idę z nowopoznaną parą z Singapuru na herbatę. Przegapiłam zajęcia ze scrapookingu, ale muszę zdążyć na 13:15 na kurs country line dance. Potem trzeba będzie znaleźć Zbiga (ciekawe co robi swoją drogą, mam nadzieję, że nie przepuszcza kasy w kasynie, choć od tego kasy-na są) i udać się na jakiś, najlepiej obfity lunch. Potem będę musiała tupnąć nóżką i zmusić Zbiga siłą i perswazją do pójścia ze mną na kurs walca angielskiego o 15:00. W tym samym czasie jest pokaz ozdabiania ciast…
I’m going for tea with a couple from Singapore I just met. I missed the scrapooking class, but I have to make it to the country line dancing class at 1:15 PM. Then I’ll have to find Zbig (I wonder what he’s doing, by the way; I hope he’s not blowing money at the casino, although that’s what casinos are for) and go get some, preferably a hearty, lunch. Then I’ll have to put my foot down and force Zbig to come with me to the English waltz class at 3:00 PM. There’s a cake decorating demonstration at the same time…
Spotykam w korytarzu jednego z naszych dwóch stewartów. Pochodzi z Goa, gdzie jak mnie przekonywał jest bardzo bezpiecznie i jest mnóstwo turystów i na pewno będę zadowolona z pobytu. Jasne, zwłaszcza mnóstwo turystów mnie rajcuje.
I meet one of our two stewards in the hallway. He’s from Goa, where he assured me it’s very safe and full of tourists, and I’m sure I’ll enjoy my stay. Sure, I’m especially excited about the crowds of tourists.
ok. 17:30 / about 5:30 p.m.
Zaliczyliśmy tego angielskiego walca, choć szczerze mówiąc już w drodze powrotnej zapomnieliśmy kroków. Cóż, my nie dansiory, jak twierdzi Zbig. Na kursie country line dance też się nie popisałam, bo opanowałam tylko połowę.
We did the English waltz, though to be honest, we forgot the steps on the way back. Well, we’re not danseurs, as Zbig claims. I didn’t do well in the country line dancing class either, only mastering half of them.
Bardzo, bardzo wyczerpujący dzień. A przecież teraz trzeba się szykować na galową kolację, a potem kapitan zaprasza na szampana. Nie lubię szampana, ale skoro kapitan zaprasza… No i w co się ubrać?!!! Po krótkim ataku paniki wybieram małą czarną, Zbig biała koszula i garnitur. Wyglądamy jak pasażerowie z 8 pokładu!
A very, very exhausting day. And now we have to get ready for the gala dinner, and then the captain invites us for champagne. I don’t like champagne, but since the captain invites us… So what should I wear?!!! After a brief panic attack, I choose a little black dress, Zbig a white shirt and a suit. We look like passengers from deck 8!
ok. 21:30 / about 9:30 p.m.
Słońce świeci w najlepsze, jakby była 4 po południu w letni dzień. Galowa kolacja … nie potrafię opisać boskiego smaku łososia pieczonego na kawałku drewna, wraz z tym wędzonym drewnem podanego. A na deser najlepsza tarta Tatin, jaką kiedykolwiek w życiu jadłam.
The sun was shining brightly, as if it were 4 p.m. on a summer day. A gala dinner… I can’t describe the divine taste of salmon roasted on a piece of wood, served with that wood-smoked sauce. And for dessert, the best tarte Tatin I’ve ever eaten.
Właśnie zakończył się godzinny show, najpierw z udziałem kapitana i starszych (stopniem) oficerów. Ciekawe, kto wtedy prowadził statek? Czy historia Titanica niczego ich nie nauczyła?
The hour-long show, first featuring the captain and senior officers, has just ended. I wonder who was running the ship back then? Didn’t the Titanic’s story teach them anything?
Po zakończeniu prezentacji oficerów w galowych mundurach (mniam) przez kapitana Athanasiosa Peppas na scenę wkroczył zespół taneczno-wokalny i zaprezentował show iHollywood – musical oparty na muzyce filmowej. Muszę przyznać, choć nie jestem miłośniczką tego typu rozrywki, że młodzi ludzie dali z siebie wszystko. Widownia też.
After Captain Athanasios Peppas presented the officers in their dress uniforms (yummy), a dance and vocal group took the stage and presented the iHollywood show – a musical based on film music. I must admit, even though I’m not a fan of this type of entertainment, that the young people gave it their all. The audience did too.
Idziemy robić zdjęcia na 11 pokład, zwany Sunrise. Po schodach. / We’re going to take photos on deck 11, called Sunrise. Up the stairs.
Poniżej: Zbig czujnie obserwuje morze
Zbig on the sea
ok. 23:20 / about 11:20 p.m.
Jeszcze jest jasno. Na wschodzie, czyli od sterburty (starboard), gdzie mieści się nasza kabina, widać brzeg Norwegii, a przez lornetkę nawet całkiem wyraźną Norwegię. Jakoś tak przyjemniej, kiedy zamiast bezmiaru wód majaczy zamglony ląd. A, i mamy norweską sieć w telefonach komórkowych.
It’s still light. To the east, from the starboard side (where our cabin is located), we can see the Norwegian coast, and even Norway quite clearly through binoculars. It’s somehow nicer when, instead of vast waters, there’s a misty land looming. Oh, and we have Norwegian network on our cell phones.
Poniżej: przez lornetkę widać norweskie domki, przyklejone do niegościnnie wylądającego wybrzeża. / Below: Through binoculars, Norwegian cottages can be seen, clinging to the inhospitable shoreline.
LEKCJA: Taniec zwany Canadian Stomp, najlepiej tańczy się przy piosenkach Shania Twain
Palce prawej nogi, pięta, tupnąć. Palce lewej nogi, pięta, tupnąć x 2
Krok do tyłu prawą nogą (powoli), lewą nogą (powoli),
prawą do tyłu (szybko), lewą do tyłu (szybko), prawa (powoli)
Przeplatanka w prawo, przeplatanka w lewo, prawą nogę przekładamy nad lewą, robiąc 1/4 obrotu w lewo, i w tymże kierunku skręcamy lewą nogę i resztę ciała. I znowu od początku.
Odmianą tego tańca jest The Achy Breaky Dance i megatrudny (dla mnie) Chattahoochee dance.