Moja Prowansja – Baux-de-Provence

Miasteczko Baux-de-Provence ma tylko 22 stałych mieszkańców! Trudno w to uwierzyć, dopóki nie podejdzie się bliżej i nie dostrzeże się z zaskoczeniem, że miasteczko składa się głównie z ruin…

Docieramy po kamiennych schodach zziajani z parkingu u stóp wzgórza, na którym dumnie prezentują się ruiny miasteczka, a wyżej ruiny zamku. Zamek posiada ogromne katapulty i inne bojowe sprzęty wojenne z czasów średniowiecza.

Near entrance

Na zdjęciu powyżej mury obronne twierdzy, budowanej od XI do XIII wieku przez władcę tych ziem, którego ród według rodu, pochodził od biblijnego Baltazara. Budowane jakąś tania siłą roboczą, ale o tym historia niechętnie wspomina. Oczywiście dzieje twierdzy są równie burzliwe, jak historia wszystkich innych twierdz w średniowieczu.

Near entrance

Przez Baux  przewija się 1,5 miliona zwiedzających rocznie, co widać na załączonym obrazku. 22 mieszkańców kontra turyści… 

Beaux-de-Provence – street

W czasach „ancien regime”, czyli w czasach Ludwików o różnych numerach Baux trafiło do korony francuskiej, wcześniej przechodząc z rąk do rąk między władcami królestw włoskich. W połowie XVII wieku miasteczko i okoliczne ziemie zostały podarowane Księstwu Monako, co dało Grimaldim prawo do tytułu Markiza Baux.

Beaux de Provence- Merostwo

Dziedziniec, który prowadzi do Merostwa jest również w ruinie tzw. kontrolowanej, czyli raczej nie powinno się nic nikomu zwalić na głowę. Jest uroczy, a detale ujawniają minioną urodę i znaczenie tego miejsca w dawnych czasach:

Beaux-de-Provence

Na początku XIX wieku w okolicy odkryto złoża boksytów, eksploatowane jeszcze w XX wieku. Obecnie ekonomia opiera się głównie na turystyce i trochę na produkcji oliwy, a jeszcze bardziej trochę na małych warsztatach rzemieślniczych. W każdym razie dochód roczny na domostwo wynosił trochę ponad 22 tysiące euro. Hm.

Beaux-de-Provence – street view

Co by wam jeszcze powiedzieć o Baux? Produkuje się tu wino czerwone i różowe, sklasyfikowane w 1956 roku jako Coteaux-d’aix-en-provence i robią go około 6.000 hektolitrów rocznie. To raczej nie są wielkie ilości, natomiast wiatr mistral wieje tu silnie przez 100 dni w roku, a przez 83 dni słabo. 

Beaux-de-Provence – street view

Poza tym Baux należy do stowarzyszenia Najpiękniejszych Miasteczek Francji (Les Plus Beaux Villages de France), co jest przynależnością bardzo prestiżową. A, nie napisałam jeszcze, że nazwa Baux w języku okcytańskim (prowansalskim) znaczy „klif”, „skalista skarpa”.

Beaux-de-Provence – view from the bailey

Widok z murów obronnych. Poniżej jest pionowa skała nie do zdobycia przez średniowiecznego rycerza. Ani nikogo, oprócz himalaistów – desperatów. W okolicznych jaskiniach mieszkali kiedyś ludzie… co ja mówię, kiedyś. Nadal mieszkają, co widać na obrazku poniżej. Tylko teraz mają drzwi, okna i internet.

Beaux-de-Provence – view from the bailey

INFO: Zamek, czyli Chateau jest otwarty latem od 9 do 20:30. W kwietniu, maju, czerwcu i wrześniu od 9.00 do 19.15, od listopada do lutego od 10.00 do 17.00.

Parkingi koszują 5 Euro, a wejście na zamek od kwietnia do września to koszt 10 E (ulgowy 8,-), od października do marca 8,- E, ale wtedy jest bez rycerzy i strzelania z kuszy.

CIEKAWOSTKA: w gminie Baux w 1998 był kręcony jeden z moich ulubionych filmów – RONIN Johna Frankenheimera

Moja Prowansja – Carrieres de Lumieres

W sercu Val d’Enfer (Doliny Piekła), w departamencie Bouches-du-Rhone, niedaleko miasteczka Beaux-de-Provence (dojazd drogą 27) jest miejsce, zwane Carrières de Lumieres (Kamieniołomy Światła). Ukryte wsród wapiennych skał, często wyrzeźbionych przez wiatr na kształt potworów, trolli i ich maczug przypomina wielkie katedry stworzone przez maszyny budowlane. Natomiast wejście zostało zaprojektowane przez budowniczych świątyń w Egipcie jakieś 3.000 lat p.n.e. I maszyny budowlane.

Carrieres de Lumieres

Kamieniołomy powstały w średniowieczu, kiedy budowano zamek w Beaux-de-Provence. W latach 30-tych ubiegłego wieku (dwudziestego) kamieniołomy zamknięto z powodów ekonomicznych, a w 1959 Jean Cocteau, zauroczony miejscem postanowił nakręcić tu swój awangardowy film „Testament Orfeusza”. 

Upłynęło 16 lat. Miejsce wpadło pod administrację niejakiego Alberta Plècy, który postanowił zorganizować pokaz obrazów wyświetlanych wprost na gigantycznie wysokie skały i nazwał ten spektakl i miejsce Katedrą Obrazów. Tematyka jest zmieniana corocznie – od Picassa w 2009 roku (250 000 odwiedzających) poprzez impresjonistów, Klimta i innych malarzy wiedeńskich i wielu innych. Obrazy są niesamowite, ich wielkość sprawia, że czujemy się otoczeni przez kolory i dźwięki, trochę przytłoczeni przez gigantyczne postaci. Wpiszcie w wyszukiwarkę http://www.carrieres-lumieres.com albo tylko carrieres de lumieres i obejrzyjcie obrazy. Warto.

My trafiliśmy na spektakl Michał Anioł, Leonardo da Vinci, Rafael. Obrazy z tego okresu są ciemne, więc i wnętrza były bardzo ciemne. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie posadzki, na które wyświetlano zdjęcia posadzek watykańskich.

Province – Carrieres de Lumieres

Kiedy się kroczy po takich watykańskich pięknościach, przepięknych mozaikach i marmurowych wzorach, wydaje się, że przestrzeń jest ruchoma i otacza nas jak tkanina (uwaga na zawroty głowy, serio). 

Musiałam trzymać się ściany, wrażenie „płynięcia” przestrzeni wokół było dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Obrazy zmieniają się często, są wyświetlane równocześnie na wszystkich ścianach „katedry” i wierzcie mi, tych ścian są dziesiątki. Mogłam więc widzieć setki ohydnych, tłustych aniołków Rafaela, ale reszta była wspaniała.

INFO: Spektakl trwa około 40 minut, ale wcale nie trzeba wychodzić po zakończeniu, można tam spędzić cały dzień. Później można obejrzeć (w innej katedrze) rzeczony film Jean’a Cocteau. Cena biletu dla dorosłego to 10,50 euro, dzieci poniżej 7 lat i dziennikarze wchodzą za darmo! Spektakl o malarstwie renesansu potrwa do 3 stycznia 2016. Następny zacznie się 4 marca, a tematym będzie Marc Chagall i Alicja w krainie czarów…

Moja Prowansja – Saint Remy de Provence

Jedziemy dziś do Saint – Rémy. Nie wiem gdzie to jest dokładnie, ale wiem, że na południe od Avignon. Nasi Francuzi opowiadają nam o wszystkim, co widać po drodze, a ja wypatruję pól lawendowych, które pewnie są … nie tutaj. Tutaj są pola kukurydzy, plantacje drzew owocowych i winorośli. Pytam Christiana o tutejsze wina, ale macha tylko lekceważąco ręką i jak to Francuz wydyma usta. No dobra, ale i tak chciałabym spróbować.

Saint Rémy to kolejne małe, urokliwe, prowansalskie miasteczko, w którym chciałoby się mieszkać, choć przez rok. Wydaje się, że w takich miasteczkach nie ma problemów, wszyscy są życzliwi, uprzejmi i szczęśliwi, a cały okrutny i brutalny świat jest gdzieś daleko, a zło nigdy nie przekroczy miejskich rogatek.

Saint-Remy de Provence
Saint-Remy de Provence
Saint-Remy-de-Provence

Po tych uliczkach chadzała księżniczka Karolina z Monako, która mieszkała tu przez kilka lat. Innym słynnym mieszkańcem Saint Rémy był niejaki Vincent van Gogh, który przez dwa lata był pensjonariuszem pobliskiego domu waria… przepraszam, szpitala psychiatrycznego (w klasztorze Saint-Paul de Mausole), ale on raczej się nie przechadzał.

Ale w Saint Rémy urodził się ktoś, kto przewyższył sławą van Gogha, a nawet księżniczkę Karolinę z Monako. Tym kimś był facet o ksywie Nostradamus.

Był rok 1503, kiedy się tu urodził. Nie wiem, czy kiedykolwiek przepowiedział coś w swoim domu, ale myślę, że nie zdążył, bo po 15 latach wyjechał na studia do Avignon, a po studiach włóczył się po Prowansji zbierając zioła… hm. 

Sant-Remy de -Provence – Nostradamus House

(wybaczcie ten kawałek palucha). A, tak naprawdę nazywał się Michel de Nostredame, a na ścianie domu wisi tablica, która opowiada całą historię:

Opuszczamy Rue de Hoche, bo trzeba wrócić z renesansu do współczesności. Współczesność objawia się w sposób magiczny (sklepik „Koń na biegunach”):

Wiele małych sklepów sprzedaje nie tylko lawendę, która jest wszędzie i mydło marsylskie, które też jest wszędzie, ale przede wszystkim wspaniałości do jedzenia:

Saint-Remy de Provence – lovely shop

Co my tu mamy? Farandole prowansalskie, miód lawendowy, confit z zołami prowansalskimi, soki, bisquity o smakach różnych, tapenady z oliwek, czosnku, kaparów i anchois, musztardy z pastisem, konfitura z cytryn, musztarda a la truffe, karczochy z bazylią, konfitura z cebuli z miodem, miód kasztanowy…

Lovly shop a Saint Remy de Provence

… olej lawendowy, pasztet z oberżyny, syrop tymiankowy i kasztanowy, ocet truskawkowo-figowo-pieprzowy, makaroniki z miodem i lawendą, ratatuille, ogórki z miętą…

Saint Remy de Provence – lovely shop

O matko…

Moja Prowansja – Fontaine de Vaucluse

2 września 2015

Zdarzyło wam się, żeby ktoś wyciskał dla was na śniadanie sok ze świeżych pomarańczy, a potem wiózł was wiele kilometrów, żeby pokazać wam kawałek swojej ojczyzny? Nasi Francuzi tak właśnie robili każdego dnia naszego u nich pobytu. Śniadania w w Prowansji to głównie brioszka z masłem / konfiturą, popijana mocną kawą. Na słodko. Mniam. Ale wolę więcej protein.

Po godzinie dotarliśmy do małego miasteczka otoczonego wysokimi, skalistymi zboczami gór Vaucluse, porośniętymi gdzieniegdzie zielonym czymś w dużych ilościach. To wszystko odbija się w rzeczce zwanej Sorgue

Fontaine de Vaucluse – la riviere Sorgue

Rzeka Sorgue jest tak intensywnie zielona, że nawet Chicago River nie jest tak zielona w Dzień św. Patryka. Te szare plamki to kaczki, grubiutkie i zadowolone. Idziemy w górę rzeki, jej prawym brzegiem. Restauracje, kawiarnie, sklepy i stragany z pamiątkami, mydłem marsylskim, oczywiście lawendą w setkach odsłon i figurkami do bożonarodzeniowej szopki, robionej tu przez wszystkich… na Boże Narodzenie.

Pod poziomem ulicy, tuż nad wodą, jeden za drugim, w długim korytarzu, przypominającym bunkier ciągnie się szereg trochę innych sklepów. Tym razem pojawiają się cukiernie z łakociami, jakich nie powstydziłby się sułtański dwór. Obok sklep z zabawkami i regionalne delikatesy, perfumerie, a wszystko to lokalne, swojskie, PROWANSALSKIE!

Na samym końcu niespodzianka – tradycyjna fabryka papieru. Tradycyjna, czyli stara, średniowieczna, robiąca papier czerpany, gruby, piękny.

Fontaine de Vaucluse – paper manufacture

To maszyna, która za pomocą tłoków (?) międli masę papierową w różnych fazach umiędlenia. Właściwie to tylko ta z lewej pracowała. Tam, skąd pada światło są wielkie koła napędzane przez wodę i te koła napędzają z kolei tę skomplikowaną maszynerię na dole.

Fontaine de Vacluse p papier manufacture

Dalej masa papierowa jest zabierana przez pracownika, wylewana na jakieś tace / sita, gładzona i urobiona na kształt karty papieru. 

My też idziemy dalej, mijając takie widoczki:

Fontaine de Vaucluse – la riviere Sorgue

Wokół piętrzą się się jeszcze wyższe góry z jaskiniami, w których w neolicie mieszkali neardentalczycy. Podobno. Teraz pniemy się pod górę do miejsca, dla którego ludzie przyjeżdżają do tego miasteczka – do Żródła.

F ontaine de Vaucluse – La Source

La Source (Źródło) otoczone jest owalnie przez strome klify wysokie na 230 metrów. W starożytności było miejscem kultu, współcześnie jest obiektem badań naukowców. Do tej pory nie  udało się dotrzeć do jego dna, robot zanurzył się na głębokość – 308 metrów. Jak głęboka jest La Source? Nie wiadomo i nie wiemy czy kiedykolwiek ujawni swoje sekrety. Wiadomo natomiast, że w porze topnienia śniegu woda płynie z prędkością 110 m3 na sekundę.

W tym roku, jak widać, stan wody jest bardzo niski. Najstarsi mieszkańcy nie pamiętają tak niskiego stanu wody, która w czasie deszczowych lat sięgała wysoko – na skałach po prawej stronie od wejścia widać znaczniki poziomu wody.

Fontaine de Vaucluse – cliff of La Source

Byłam dzielna i udałam się stromą ścieżką do źródła. Woda ciemnozielona, prawie czarna i zupełnie nieruchoma. Taka mała groza na słoneczne przedpołudnie.

Fontaine de Vaucluse – La Source

Zdyszana wróciłam na górę i poszliśmy zobaczyć inne atrakcje miasteczka

Kościół św. Verana, który żył w VI i jak większość katolickich świętych narozrabiał obrzydliwie. Zburzył pogańską świątynię poświęconą Źródłu, a na jej miejscu postawił świątynię poświęconą Dziewicy. Hm.

Zamek Biskupów de Cavaillon – górujące nad miasteczkiem ruiny.

CIEKAWOSTKA: w latach 1337 – 1353 w Fontaine de Vaucluse mieszkał Francesco Petrarka. Tam napisał najpiękniejsze sonety, po spotkaniu po raz pierwszy Laury de Noves w kościele św. Klary w Avignon (było to 6 kwietnia 1327 roku). Potem pojechał do Włoch, gdzie zmarł w mieście Arqua. Muzeum Petrarki jest w miasteczku.

INFO: Parkingi są nawet w centrum miasteczka. Najlepiej jechać tam poza sezonem. Cena: 4 EUR za samochód. Muzeum Petrarki otwarte od 10 do 12 i od 14 do 18, trochę inaczej w sezonie od czerwca do 1 października. Bilet kosztuj 3,50 EUR, ulgowy i dla grup – 1,50 EUR.

W drodze do Prowansji

31 sierpnia zostawiliśmy psa pod opieką wielu wujków i wyruszyliśmy w drogę. Droga wlokła się ponad 1200 kilometrów w pierwszym dniu i resztę dnia drugiego. W sumie 1750 kilometrów ciągnących się w nieskończoność przez Brno, Wiedeń, Graz, potem drogą A4 z Wenecji do Padwy, na Weronę i Brescia, następnie prawie prosto na południe na Cremonę, w końcu drogą ciągnącą się południowym wybrzeżem Włoch i Francji, składającą się głównie z tuneli i wiaduktów nad przepaściami (to trzeba przeżyć, zwłaszcza kiedy ma się lęk wysokości), przez Monaco i Niceę. Około 20 km przed Tulonem skręciliśmy na północ i już… 

Sama droga to osobna historia, oszałamiające widoki, zapierające dech wysokości, widok morza w tysiącach odcieni niebieskości w krótkich odcinkach drogi pomiędzy tunelami, zmęczenie i coraz większe pragnienie, żeby to się wreszcie skończyło.

Przyjechaliśmy do Belgentier późnym popołudniem i dosłownie wypadliśmy z samochodu na asfalt niewielkiego parkingu. Otoczyło nas słoneczne ciepło, pachnące ziołami i kurzem, cisza małego miasteczka w której gdzieś szemrała łagodnie woda. 

Zadzwoniliśmy do Naszych Francuzów. Okazało się, że jesteśmy prawie naprzeciw bramy ich domu i wreszcie wpadliśmy w ich zadowolone (nie wiedzieć czemu) objęcia.

Poniżej: dom Naszych Francuzów, przepięknie położony w dolinie wśród wzgórz, na skraju miasteczka:

Przywitały nas również psy naszych gospodarzy, trochę mniej zadowolone (nie wiedzieć czemu) – Pani Shoubie i Pan Bouchon. Później się zaprzyjaźniliśmy, ale początki były trudne:

Dogs of our hosts

Był 1 września 2015. I zaczęły się nasze wakacje.

Dzień piąty – szpanując na Sylt

Sylt jaki jest, każdy (każdy, kto kiedykolwiek interesował się choćby turystyką, o geografii Europy nie wspominając) widzi – podłużny, bogaty i bardzo piaszczysty z jednej strony. Jest miejscem szpanerskim, drogim i zawsze modnym, a wszyscy Niemcy, których znam chcieliby tam zamieszkać, oprócz 20 tys. które już tam mieszkają.

Na wyspę można się dostać tylko drogą powietrzną, promem albo pociągiem, który zabiera również samochody. My zostawiliśmy auto przed maleńkim dworcem:

Train station Niebull – on the road to Sylt

Bilet dla dwojga dorosłych plus wielki pies tam i z powrotem kosztował 25 euro (nie pies tam i z powrotem, tylko podróż), co jest kwotą ogromną, zwłaszcza za psa, który całą drogę leżał wystraszony pod ławką. Podróż trwała pół godziny i nie okazała się wstrząsająco interesująca. Wyskoczyliśmy na peron w Westerland. Cóż… ruchliwa ulica, taka nieciekawa. Taksówki, jakiś autobus, pies zaraz zrobił kupę na klombie przed budynkiem dworca.

Train station Westerland Sylt

To właśnie ten dworzec i TEN klombik, gdzie na szczęście były woreczki, co widać na załączonym powyżej obrazku. A na placu dworcowym – zielone ludziki:

Green People Westerland / Sylt

Zieloni turyści? Nie dowiedzieliśmy się, bo odkryliśmy drogę na plażę i plażę również:

Sea border Westerland / Sylt

Wstęp na plażę kosztuje 1,75 euro za osobę, pies się załapał za darmo. Nie wiem, czy ta cena obowiązuje również w latem. Dziś jest 12 marca, więc może załapaliśmy się na jakąś taniochę? Plaża jest wielka, morze piękne, ale to miasteczko jakoś tu nie pasuje. Wszystkie przepiękne domy, z których słynie Sylt są wszędzie, tylko nie w największym mieście wyspy. Tak wygląda Westerland od strony wysokich wydm:

Sylt / Westerland – view from the dunes

Od strony plaży wygląda to jeszcze bardziej nieodpowiednio. Hotele zupełnie nie pasują do klimatu wyspy i doprawdy nie wiem, czemu wszyscy chcą tu przyjechać:

Sylt / Westerland – hotels

Posiedzieliśmy na piasku, nawdychaliśmy się spalin ze spychaczy, ciężarówek i traktorów, które licznie nawiedzały dziś (?) plażę i postanowiliśmy wracać. Wracając nie mogliśmy ominąć szpanerskiej głównej ulicy, pełniącej rolę deptaku, promenady i w ogóle tutejszego Champs-Elisees. Hotele i restauracje, markowe sklepy i butiki, w bocznych uliczkach knajpki i niewielkie sklepy – wszystko to można znaleźć na tym niewielkim kawałku ziemi:

Sylt / Westerland

Wyobrażam sobie tłumy, które przewalają się tędy każdego dnia w „sezonie” i cieszę się, że zaliczyłam to przed sezonem i raz i wystarczy. A pomyśleć, że w 1804 żyło tu tylko ok. 430 mieszkańców. I komu to przeszkadzało?

Sylt / Westerland

Polonica: W latach 1951 – 1963 burmistrzem wyspy był zbrodniarz wojenny Heinz Reinefarth. Rząd RFN nigdy nie zgodził się na ekstradycję zbrodniarza, zamiast tego przyznając mu generalską rentę. Dopiero w 2014 roku na gmachu ratusza pojawiła się dwujęzyczna tablica o następującej treści:

Warszawa, 1 sierpnia 1944

Żołnierze  Polskiego  Państwa  podziemnego  przystępują  do  walki   przeciwko   niemieckiemu okupantowi

Powstanie zostaje stłumione przez reżim nazistowski

Ponad 150 000 osób zostaje zamordowanych, niezliczona jest liczba rannych i maltretowanych mężczyzn, kobiet i dzieci

Heinz Reinefarth, od 1951 do 1963 burmistrz Westerlandu, był jako dowódca grupy bojowej współodpowiedzialny za tę zbrodnię.

Zawstydzeni pochylamy się nad ofiarami z nadzieją na pojednanie.

W 70 rocznicę Powstania Warszawskiego

Dzień czwarty – zachwycając się Romo / Tatooine

Dziś jedziemy na północ, do Danii. Wielka wyprawa, całe 20 kilometrów, ale znalazłam kilka domów, które mnie zachwyciły, w których zakochałam się miłością czystą i niespełnioną zapewne. Miłość tak mnie skołowała, że nie zrobiłam żadnych zdjęć, ale jeśli lubicie stare (XVIII – XIX wiek) niewielkie domy kryte strzechą, z malutkimi okienkami na pięterku, z drewnianymi podłogami i prostymi meblami, przytulne, białe i słodkie, to zrozumiecie moje szaleństwo.

Pytamy znudzonego agenta jak daleko jest morze. Mówi, że 3 kilometry, ale prawdziwa plaża jest na wyspie Rømø, 20 kilometrów od domku. Jedziemy więc na wyspę. Prawie nie ma ruchu, niewiele zabudowań po drodze, ludzi wcale, chłodno, słonecznie i spokojnie. Przejeżdżamy przez dłuuuuuuuuugi most łączący Danię z wyspą, potem jeszcze kilka kilometrów na zachód, mijamy wydmy i wjeżdżamy na plażę. Tak, dosłownie wjeżdżamy na plażę:

Romo Island – Denmark

Otwiera się przed nami ogromna przestrzeń lśniąca złotem, bielą, żółcią i szarością. Największa połać piasku, jaką kiedykolwiek widziałam, no może poza kawałkiem Sahary. Daleko, daleko widać ciemną kreskę – tam zaczyna się morze:

Romo Island – Denmark

Niebo jest czyste, błękitne, a na tej wielkiej, świetlistej cudownej przestrzeni widać ludzi, samochody i latawce. I lśniące morze z białymi falami. I jest tak spokojnie…

Pamiętacie pustynną planetę Tatooine (tę, która ma dwa słońca, na której mieszkał Jabba the Hutt, na której wychowali się Anakin i Luke Skywalkerowie i gdzie przede wszystkim jest knajpa Mos Eisley,  w której Obi-Wan Kenobi i Luke spotkali Hana Solo i Chewbaccę)? Takie mam skojarzenie patrząc na tę … pustynną planetę:

Romo Island like Tatooine

No i jeszcze potomek gościa (boczna linia) zwanego Chewbacca:

Romo Island and Quattro

Zakochałam się w tej wyspie nie wiem po co. I tak trzeba wracać.

Romo Island – Denmark

Dzień trzeci – szukając chałupy

Już jakiś czas temu postanowiliśmy, że na emeryturze zamieszkamy w jakimś miłym kraju, w którym panuje swoboda światopoglądowa, gdzie panuje ogólna laicyzacja i zdrowy rozsądek. Postanowiliśmy zacząć od Niemiec, bo czemu nie? 

Zaopatrzeni w adresy i numery agentów od nieruchomości, z którymi poumawialiśmy się już tydzień wcześniej, wyruszyliśmy rano. Na południe. Pięć domów na zachodzie, jeden nad Bałtykiem, zwanym tutaj Ostsee.

Pierwszy dom był cudny, biało-niebieski:

Little house

Po pierwsze – tuż przy torach. Po drugie – malutki, mniej niż 70 m2. Po trzecie – pleśń, która siedzi w ścianach. Odpada.

Potem jest ciągle gorzej. Dom z pleśnią, dom tuż przy drodze krajowej, tam dach przecieka, a inny za duży, z kilkoma przybudówkami w malutkim ogrodzie, a inny wymaga strasznego remontu, a w naszej lidze trzeba się liczyć z każdym euro/groszem.

Jedziemy do Oldenburga, na wschodzie landu. To ostatni dom dzisiaj, więc liczymy na mały cud, że może wreszcie będzie coś fajnego. Dom jest duży, ładny, na wielkiej, zarośniętej działce, ma piękne podłogi, śmierdzi pleśnią, dach przecieka, agentka jest nieuprzejma, w sąsiedztwie mieszkają konie i śmierdzi, ale do plaży jest około 3 kilometry. Jedziemy więc na plażę

Baltic seaside in Germany

Kolor nieba jest wstrząsający i zapach morza, wodorostów i wakacji.

Baltic seaside – Germany

Prawie bezludne wydmy ciągnące się kilometrami i biały piasek z milionami kamieni. Fajnie byłoby tu mieszkać i chociaż raz w tygodniu iść i iść…

Wracamy. Po drodze odwiedzamy miasto Schleswig, ale jest zaniedbane i senne. 

Schlezwig town

Dzień drugi – Morze pełne Wattów

Niedziela. Trudno się ruszyć z domku naszego zastępczego. Wieje i jest zimno, mokro i ponuro, choć świeci słońce. Nawet pies chętnie wrócił ze spaceru. Pewnie słyszał o szeryfach tutejszych, strażnikach przyrody czy jak ich nazwać, którzy mają prawo zastrzelić psa, który biega bez smyczy dalej niż 200 metrów od domu. Hm… urzędnicy nawiedzeni.

Nasza gospodyni wpadła na kawcię i przez pół dnia opowiadała o życiu w Północnej Fryzji (bo tu właśnie jesteśmy). Okazało się, że ona też nie stąd, tylko z miasteczka oddalonego o 60 km. na wschód. Dowiedzieliśmy się, że mieszkają tu (jej mąż i 2 synów) od 10 lat i dopiero ostatnio sąsiedzi zaczęli im mówić „dzień dobry”. Dotąd byli tu nowi, a tutejsi nie ufają obcym. Co kraj to obyczaj, w Polsce w niektórych rejonach jest jeszcze gorzej.

Nasze szlachetne dupy ruszyliśmy dopiero po południu. Wypędził nas głównie apetyt na coś innego niż chińskie zupki, ale wszystkie sklepy były już zamknięte w najbliższym miasteczku zwanym Niebull. Odkryliśmy tam knajpę otwartą, do której pies nie bardzo chciał wejść, a my go nie posłuchaliśmy… To, co podano nam do jedzenia zrobione było z mrożonek i sosów z torebek… Pies miał rację, choć to on zjadł większość mojej porcji. 

Nabrawszy sił mieliśmy do wyboru – wracać do domku, czy wreszcie sprawdzić, co to jest Morze Wattowe, które wcale morzem nie jest. W każdym razie morze, które morzem nie jest ma 450 km długości, od wyspy Texel w Holandii do wyspy Fanø w Danii. Jest to najprościej ujmując obszar wodno-błotny, czasem bardziej wodny, a czasem bardziej błotny, o szerokości od 10 do 30 kilometrów. Czyli takim płytkim błotem można iść od 10 do 30 kilometrów w stronę morza i dopiero po przejściu tego dystansu natknąć się na normalne morze, takie jakie znamy z powieści o morzu – taka wielka woda z falami, statkami, syrenami i wilkami morskimi.

Najpierw widać wysoki nasyp, na który trzeba się wspiąć, żeby zobaczyć to:

Wattermeer

 Tu na horyzoncie widać prawdziwe morze. Plaża zrobiona jest z trawy, a piasek widać gdzieniegdzie wśród wodorostów i błota. Podejrzewam, że latem chyba tu pachnie gnijącymi wodorostami? Faktem jest, że cały ten obszar od Holandii po Danię to trzy wielkie Parki Narodowe – po jednym na każdy kraj.

Wattermeer

Szukaliśmy jeszcze tych Wattów, ale pewnie z powodu zapadającego mroku żadnego nie znaleźliśmy. 

Dzień pierwszy – jadąc i nudząc się

Jedziemy, jedziemy, jedziemy… Monotonia przerywana postojami na parkingach, z których to postojów najbardziej cieszy się pies, bo nowe zapachy i jakiś snaczek i zaznaczanie terytorium i można rozprostować ogonek i resztę. Wieje zimnem, jak to w marcu, nie chce się nawet wysiadać z samochodu. Jedziemy na północny wschód, mijamy Berlin z lewej, na południu zostawiamy Hamburg, a potem to już blisko – kilka godzin i przekraczamy granicę krainy zwanej Schleswig-Holstein. Jej historia jest równie skomplikowana co inne historie innych krajów, ale nie czas o tym pisać. 

Teraz jedziemy drogą nr 7 na Flensburg. Im dalej na północ, tym więcej podmokłych pól, długowłosych krów z wielkimi rogami i prześlicznych domów krytych strzechą:

To dla takich domków chciałam tu przyjechać, oprócz oczywiście wielu innych powodów. W każdym z tych domów chciałabym mieszkać, każdy z nich chciałabym mieć, pod warunkiem, że będzie mały i przytulny.

Zrobiło się trochę cieplej i mimo że jest pochmurno i mroczno, to pięknie oświetlone wioski i miasteczka po drodze dają jakiś świąteczny nastrój. A może mi się zdaje.

W każdym razie nie myślcie, że są tu tylko stare chałupy kryte strzechą. Są też takie kryte dachówką, gdzieniegdzie pojawiają się nowoczesne budynki typu szkło/aluminium, ale jakoś tak nie pasują do tych krów i ogólnie panującego spokoju. 

Z Flensburga skręcamy na zachód i następnych kilka godzin później, już po zmroku docieramy do naszego „domu daleko od domu”:

Maleństwo. Ale psu się podoba. Wokół ciemność i cisza, nie widać żadnych świateł, jakby nic nie było wokół. I pewnie nie ma. Ale słychać dzikie kaczki. Jutro niedziela, mamy tyle do zobaczenia, więc szybko spać.