Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Jutro jedziemy, hurrrrraaaaaa!. Od dawna marazm mnie dopadł, a taki wyjazd jest jak doping i lepszy niż nowe kolczyki, albo nawet nowy stanik. I w dodatku jeszcze nigdy tam nie byliśmy, ani nawet ja nie byłam, ani Zbig, chociaż mieszkał w Niemczech jakieś 200 lat. Ooops, wydało się, jedziemy do Niemiec, ale na sam czubeczek, na sam północno-wschodni kraniuszek, zaraz, tuż obok legendarnej wyspy Sylt. No i do Danii też jedziemy.
Jedziemy zobaczyć Morze Watowe (słyszeliście o takim?) i sprawdzić, czy to jest ewentualne miejsce do życia. Pierwszy raz będziemy mieszkać w wynajętym domku niedaleko plaży, której właściwie nie ma. I tez musimy sprawdzić co jest kiedy nie ma plaży.
W czasie odpływu ocean odkrywa swoje sekrety. W tej części świata Atlantyk może przypływać i odpływać nawet do wysokości 12 metrów, więc odpływ ukazujący dno oceanu sprawia, że możemy zobaczyć podwodne wspaniałości.
Low tide
Podwodne łąki pełne wodorostów, skorupiaków i pąkli. Pąkle to nadzwyczajne stworzenia – żyją przycupnięte nieruchomo na skałach, muszlach i wielorybach. Kiedy jest odpływ i jest sucho udają martwe, nie pozostawiając między swoją skorupą a podłożem żadnej szparki. Ale kiedy tylko poczują, że morze wraca podnoszą się, wpuszczając do środka wodę, z której filtrują pożywienie.
Secret life of Ocean – Barnacles
Między pąklami leżą muszle skorupiaków wyglądających jak gałki oczne. Nie wiem, czy są zamieszkane, ale wolę nie sprawdzać, bo to nieuprzejme zaglądać do czyjegoś domu.
Secret life od Ocean – underwater landscape
Podwodna łąka i więcej oczu. Woda jest cudownie przezroczysta i nieruchoma. Mieszkańcy małego stawu w zagłębieniu skały czekają na powrót oceanu.
Secret life of Ocean
Wyglądają jak wielka kokarda z mniejszą kokardą. To czerwone to alga, która przywędrowała tu przed odpływem, a potem została na granitowej skale. Widać też kilka pąkli wtulonych w podłoże.
Secret life of Ocean – Bretagne
Algi to osobny rozdział przybrzeżnego życia tutaj. Wyglądają jak wstążki makaronu papardelle, jak małe, zielone krzaczki albo jak brązowe korale. Ten gość przybył z innej planety. Tak jak ten na dole:
Secret life of Ocean
Wiele rzeczy dziejących się tutaj jest dla mnie niewytłumaczalnych. Zapewne wyjaśnienie jest proste, ale nie spotkałam nikogo, kto umiałby wytłumaczyć powstanie takich śladów na piasku:
Secret life of Ocean – mistery of sand
Wiem, że te ślady zrobiła woda, malutkie falki zalewające leniwie gładki piasek i uciekające szybciutko do oceanu. Wiele kilometrów plaży miało takie wzorki.
Sicret life of Ocean – sand’s spaghetti
Innego dnia na plaży pojawiło się takie zjawisko – piaskowe spaghetti. Pomyślałam najpierw, że to jakieś piaskowe dżdżownice, pojawiały się kiedy odpływała fala, wyłażąc długimi sznureczkami z piasku. Było ich tysiące, ciągle pojawiały się nowe na miejsce tych niszczonych przez fale. Rozgrzebałam obrzydlistwo paluchem, a to piasek! Nieznane formy życia istnieją i są śliczne.
Secret life of dunes – snail’s tree
Ślimakowe drzewo na wydmach. Takich drzew jest mnóstwo, a ślimaki-kwiaty są ich prawdziwą ozdobą. Nie udało nam się stwierdzić, czy ślimaki żyją, czy mają jakąś hierarchię, czy są to dla nich wieże obserwacyjne, czy rodzaj mieszkań komunalnych. Tyle pytań bez odpowiedzi
Powierzchnia 1,26 km2, populacja 691, nie licząc turystów. Maleńki cypelek z przylepionym do niego małym portem.
Ile-Tudy – street
Małe domki stoją przy malutkich uliczkach. Wszystkie szlaki prowadzą nad morze. Tu widać kawałek portu od strony zachodniej. Po drugiej stronie widać stały ląd.
Street of Ile-Tudy
Z takich domeczków składa się całe miasteczko na wyspie, oprócz rynku, przy którym mieszczą się restauracje i hotel. Plac oblewa z dwóch stron słona woda, na której przy drewnianych pomostach cumują niewielkie jachty. Gdybyśmy poszli tą małą uliczką w prawo, wkrótce dotarlibyśmy na koniec miasteczka i znów wodę.
Ile Tudy – Place with hotel and restaurant
Natomiast gdy pójdziemy prosto, to za kilka minut dojdziemy do kamiennego nabrzeża, chroniącego miasteczko przed sztormami i wielkimi falami.
Ile Tudy – lighthouse
Nie ma tu plaży, za to mieszka tu mnóstwo morskich ptaków i ludzi uprawiających kitesurfing. Do piaszczystej plaży trzeba iść w lewo, jakieś pół kilometra. Po drodze będziemy mijać kościół. Średniowieczny oczuwiście.
Typowo bretoński, granitowy kościół. Zbudowano go jednak w XVIII wieku, ale ten fakt jest starannie zakamuflowany – wygląda jakby pochodził z wieku XV, prawda?
Ile Tudy – church
Kościół – ciąg dalszy. Jak widać stoi „tyłkiem” do morza, zaraz za kościołem jest mały cmentarz.
Ile Tudy – church
Skręcamy w wąską uliczkę i odkrywamy to:
Ile Tudy – door detail
Mały detalik na drzwiach domu. Takie szczegóły też tworzą klimat miejsca, niestety niełatwo je zauważyć. Bardzo spodobało mi się też okno sklepu:
Ile-Tudy – shop window
INFO: Targ w Île-Tudy odbywa się w przez cały rok w poniedziałki rano na placu przed kościołem. Parkingi poza sezonem są bezpłatne. Trudno tu o zaopatrzenie, poza małym sklepikiem i kilkoma restauracjami nie ma niczego, gdzie możnaby kupić jedzenie.
To chyba najpiękniejsza plaża, na jakiej byłam. Biały piasek z maleńkimi kamyczkami, łagodnie zbiegający do oceanu. Plaża ciągnie się przez wiele kilometrów, można nią iść i iść. I ma jedną, niesamowitą cechę – po sezonie jest prawie pusta.
Pointe de la Torche
Od strony lądu osłaniają ją wysokie, piaszczyste wydmy, porośnięte trawami i niskimi, suchymi zaroślami. W okolicy nie ma wielu domów, ani hoteli. Obok parkingu jest kilka restauracji, głównie takich z naleśnikami. Przy parkingu jest też słynna szkoła surfingu „Twenty Nine”.
La Torche – Dunes
Nie napisałam jeszcze, że cały ten raj należy do surferów. Na plaży obowiązuje absolutny zakaz kąpieli, bo można dostać dechą w głowę. Dozwolone są natomiast: surfing, windsurfing, kitesurfing i wszystkie inne formy tego sportu. Od 18 do 26 października 2014 (czyli już niedługo) na plaży La Torche odbędą się, jak co roku, Mistrzostwa Świata w windsurfingu. Jeszcze zdążycie!
La Torche – surfer
Wydmy przy plaży La Torche. Miejsce zwane Pointe de la Torche (bretońska nazwa: Beg an Dorchenn) to właściwie niewielki cypelek z granitowymi głazami i bunkrem z czasów wojny. Od tego miejsca w dwie strony rozciągają się te przepiękne plaże o kształcie półksiężyców. Jedna prowadzi do małej wioski (około 3 km), a druga, ciągnąca się jak Sahara, prowadzi gdzieś daleko, ale nie wiem gdzie.
La Torche & Quattro the Dog
Nasz samotny biały żagiel. Był bardzo szczęśliwy, bo mógł brodzić w płytkiej wodzie i uciekać przed falami. Widział małe rybki i próbował się bawić z każdym napotkanym psem, ale żaden nie chciał się z nim gadać.
La Torche – Sun and Ocean
My też byliśmy szczęśliwi, bo szliśmy tą plażą i szliśmy i byliśmy szczęśliwi…
Śniadanie tutaj to wspaniały wstęp do kolejnego dnia wakacji. Nasza Madame Martine codziennie serwuje coś innego – a to naleśniki z karmelem zrobionym ze słonego masła i cukru, a to ryż z owocami z kremem cytrynowym, a czasem far breton, ciasto tak bretońskie jak sama Bretania, a do tego ponoć proste jak wakacyjny poranek:
Far Bretonne Martine z Guilvinec:
Far Breton de Martine de Guilvinec
Składniki: 100 gram mąki / 75 gr. cukru pudru / pół litra mleka / 3 jajka / szczypta soli
Jak zrobić: Zmieszać mąkę, cukier, sól i dodać jajka. Wolno dolewać ciepłe mleko, pomieszać. Wysmarować masłem formę. Piec 10 minut w bardzo wysokiej temperaturze (nawet 210 st), potem 20 – 30 minut w temp. 180 st, aż far stanie się złoty. Bon Apetit!
Merçi Martine!
Po śniadanku pijemy kolejną kawę i wolniutko wygrzebujemy się z pieleszy, budzimy psa i wyruszamy. Dzisiaj jedziemy do Saint Guénolé, około 15 minut drogi od naszego domu. To niesamowite, że tyle jest do obejrzenia w tak niewielkiej odległości. Po drodze średniowieczny kościółek/kaplica z kwadratową wieżą – niespotykany kształt wśród bretońskich kaplic. Pochodzi z XIV wieku i niestety jest w ruinie.
Chapelle de Saint Guenole
Chapelle de Saint-Guenole
Saint-Guénolé słynie jednak z innych atrakcji. Są to ogromne, granitowe głazy – Rochers de Saint Guénolé.
Rochers de Saint Guenole
Pogoda dziś jest piękna, ale wyobraźcie sobie ten kawałek planety w czasie sztormu. 10 października 1870 roku Prefekt Finistere przyjechał tu na piknik z rodziną. Ogromna fala zabrała 5 osób z jego rodziny. Od tamtej pory to miejsce (poniżej) nazywa się „skałami prefekta”
Rochers Saint-Guenole
Skały przybierają różne kształty. To zwierzę spodobało nam się najbardziej:
Saint-Guenole – an animal
Żegnamy miasteczko, w którym oprócz skał wielką atrakcją są fabryki produkujące konserwy z darów morza – wszystko robione jest ręcznie, a ich wyroby są mniam. Jedziemy kawałek na północ do miejsca, które KONIECZNIE trzeba zobaczyć. Ale o tym następnym razem.
Baaardzo daleko się wybraliśmy – 60 km na północny zachód. Beg ar Raz, bretońska nazwa tego miejsca oznacza silny nurt. Jest na liście „4 wielkich miejsc we Francji”. I wygląda fantastycznie, zwłaszcza przy pięknej pogodzie.
Pointe du Raz
Pointe du Raz jest na przylądku Sizun i niektórzy uważają, że jest to najdalej na zachód wysunięty punkt Europy. Zresztą nazwa tej części Bretanii – Finistère – oznacza „koniec ziemi” (finir = koniec, terre = ziemia), więc właśnie to jest to zakończenie.
Pointe du Raz
Trzeba mieć wygodne buty, żeby zawędrować od parkingu, przy którym oprócz restauracji i sklepów z pamiątkami mieści się punkt informacyjny i skromne muzeum. Stamtąd idzie się około 30 minut do najlepszego widoku na Atlantyk we Francji, zakręca się obok toalet i stacji radarowej Armii Francuskiej, i wraca się około 20 minut. Nie polecam tej trasy osobom starszym w upał, choć idzie się „po płaskim”. Dla uwielbiających piesze wędrówki na klifach jest trasa na około 3 godziny, która prowadzi na północ, do Pointe du Van, który jest chyba jeszcze bardziej skalisty.
Pionte du Raz
Co jeszcze napisać o tym miejscu? Na klifach mieszkają liczne plemiona ptaków i mają tam święty spokój. Cały obszar przylądka to około dwa tysiące hektarów obszaru chronionego.
Pointe du Raz et „La Vieille”
Latarnia morska nazywa się „La Vieille” – Stara. Warto byłoby tu przyjechać w czasie sztormu, żeby zobaczyć wielkie fale uderzające w starą latarnię. Widziałam na filmie. Zapiera oddech.
Wracamy do naszego bretońskiego domu. Po drodze musimy jeszcze zwiedzić Pont-Croix (po bretońsku Pontekroaz). Miasteczko wygląda, jakby czas zatrzymał się tam w okolicach średniowiecza. I tyle.
Nie wiadomo, czy założył je Celt z Kornwalii, czy z Irlandii i nie wiadomo czy było to w 6 wieku, czy trochę później. Wiadomo jednak, że Locronan jest jednym z najpiękniejszych miasteczek we Francji i taki też napis widnieje przy wjeździe.
Locronan, near the church
I tak jest. Jest malutkie, można je obejść szybkim marszem w 15 minut, ale wierzcie mi, lepiej spędzić tam więcej czasu. Roi się w nim od „creperies” (naleśnikarni), „biscuiteries” (biszkopciarni), małych restauracji i mnóstwa sklepików z wyrobami tutejszych artystów, a nawet galerii lokalnej sztuki.
Locronan – magic place
Powyżej – księgarnia celtycka, tuż obok kościoła, na pierwszym planie studnia. Nieczynna.
Locronan, street
Sklepik w bocznej uliczce nazywa się „La Maison de Poesie” (Dom Poezji) i można w nim kupić kartki pocztowe, książki i pamiątki stąd. Co do poezji, to nie jestem pewna.
Locronon – street
Powyżej – jedna z uliczek obok Merostwa. Z prawej widać tył kościoła.
Poniżej – ta sama uliczka.
Locronon – back street
Poniżej – Merostwo, czyli władze miasta na czele z Merem. Obok jest muzeum i Biuro Turystyczne.
Locronon – Maire
I wracamy na plac przed kościołem. Patronem kościoła jest Św. Ronan, a kościelne mury wzniesiono w 13 wieku. W 15 wieku, dzięki hojnej dotacji Diuka Bretanii kościół przekształcono w katedrę. To, co go wyróżnia wśród tysięcy katedr, to piękny witraż z 15 wieku, posadzka z czarnymi symbolami Bretanii i ogromna ambona.
CIEKAWOSTKA: Co 6 lat w Locronon odbywa się ogromna procesja. Procesja ma 12 kilometrów i prowadzi do miejsc, które w czasach celtyckich służyły modłom druidów. Następna będzie w 2019 roku. Jeśli jesteście zainteresowani tego typu kultem, to znajdżcie w np Wikipedii słowo „Le nemeton”.
Locronan – Church
To była wyprawa na kilka ładnych godzin, prawie 60 kilometrów od Guilvinec. Zjedliśmy obiad w jednej z licznych restauracyjek przy „wchodzie” do miasta (wjeżdżać nie wolno, ale parkingów jest ogromna ilość przy wjeździe.
CIEKAWOSTKA: W Locronan kręcono film „Chouans!” w reżyserii Philipe de Broca, „Bardzo długie zaręczyny” Jean-Pierre Jeuneta i „Tess” Romana Polańskiego, wszystkie znane w Polsce.
INFO: Obowiązkowy parking kosztuje 3 Euro, ale dostaje się naklejkę na szybę, która to naklejka (a nie szyba) upoważnia do wielokrotnego wjazdu przez całe lato, więc nie jest to wygórowana cena. Toalety są zaraz przy parkingach i są oczywiście bezpłatne.
Wracamy. Cudnie tutaj, ale nie ma morza. Trzeba jeszcze choć na chwilę iść na plażę.
Następnego dnia, upewniwszy się, że zabraliśmy dokumenty, psa i wodę wyruszyliśmy na zachód. Niedużo już tego zachodu zostało, bo zachód nam się kończył na przylądku Pointe de Penmarc’h, a dalej to albo skręcamy ostro na północ, albo nasze zwłoki zjedzą atlantyckie dorsze. Trasa od Guilvinec do Pointe de Penmarc’h to około 7 kilometrów, więc nie ma się co rozpędzać. Wąskie drogi na południu Finistère są przecudne – śliczne domki otoczone zielenią, porośnięte winobluszczem i zachwycające największymi na świecie hortensjami (o domkach jeszcze będzie, obiecuję), średniowieczne kaplice, celtyckie krzyże zniszczone przez wiatr i deszcz. I prawie pusto, jakby nikt tutaj nie jeździł samochodem.
St Pierre – super low tide
Po drodze mijamy wioskę Kerity z maleńkim kościółkiem z jedną nawą boczną (zwykle są dwie), oczywiście średniowiecznym. Do St Pierre dojeżdżamy kilka minut później.
Wita nas straszliwy zapach wodorostów schnących na pozbawionym wody piasku. Odpływ jest solidny, łodzie i stateczki wyglądają jak porzucone.
St Pierre – low tide
Trudno uwierzyć, ale przecież oglądamy dno oceanu jakby nie było. Fajne jest to, że nikt nie wyrzuca do wody wózków sklepowych, potłuczonych butelek po piwie itd. Te białe punkciki to są małe ptaszki, które szybciutko biegają po piasku i latają bardzo nisko nad wodą. Na horyzoncie widać następny cel naszej podróży – latarnię morską d’Eckmühl.
Latarnia jest bardzo daleko od St Pierre – około dwóch kilometrów. Została zbudowana w 1897 roku dzięki hojności księcia d’Eckmühl. Jak prawie wszystko dookoła wzniesiono ją z granitu, który jest dosłownie wszędzie.
Lighthouse d’Eckmuhl
Prowadzi na nią 307 stopni – nie liczyłam, bo mi się pomyliło po 128. Budynek u stóp latarni to Assocation Papa Poydenot – Stowarzyszenie Papa Poydenot, skupiające ratowników morskich. Budynek, w którym mieści się Stowarzyszenie zawiera też muzeum ratownictwa morskiego i można go odwiedzić za darmo.
INFO: wejście na latarnię kosztuje 2 Euro.
Near lighthouse – market place
Z drugiej strony jest mały ryneczek, gdzie w sezonie, w poniedziałek od 16:30 do 19:30 odbywa się targ.
Następny przystanek to … wyczerpała nam się bateria w aparacie.
Rano postanowiliśmy wreszcie ruszyć ciężkie tyłki i trochę pozwiedzać. Ponieważ w Pont l”Abbé (bretońska nazwa Pont’-n-Abad, czyli most Abada) właśnie odbywał się targ i nie trzeba tam jechać pól dnia, a tylko niecałą godzinę, więc ruszyliśmy. Targ jak targ, kupa dziadostwa, oprócz warzyw, owoców i warkoczy wędzonego czosnku, ale postanowiliśmy obejrzeć.
Chateau Pont l’Abbe
Miasto ma około 8,5 tys. mieszkańców i jest samozwańczą stolicą Pays Bigouden (Ar Vro Vigoudenn. Cudny język ten bretoński). Miasto założył pewien mnich z Loctudy w XI wieku. Wcześniej byli tu i Rzymianie i Normanowie, wcześniej ustawiono nawet kilka menhirów. Przez cały czas były jakieś bitwy, ktoś kogoś zamordował na szczytach władzy, żeby zająć jego stołek, jacyś chłopi nie chcieli płacić lokalnemu baronowi, aż w końcu w 1884 doprowadzono tu kolej i wszystko stało się bardziej proste, nawet przyjście Niemców w 1940 roku.
Point l’Abbe
Mieliśmy poznawać dalej historię i jej materialne dowody w tym ładnym mieście, a potem jechać dalej, ale w pewnym momencie Zbig złapał się za kieszeń i stwierdził, że zapomniał dokumentów – prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego i różnych takich. Straciliśmy więc nastrój na zwiedzanie i wróciliśmy do Guilvinec.
Żeby jednak nie zmarnować połówki dnia, to po południu przeszliśmy przez most za portem łączący nasze miasteczko z innym miasteczkiem:
Treffigat
Prawie wszystkie nazwy na drogowskazach i tablicach informacyjnych są dwujęzyczne, francusko/bretońskie. Bretoński w niczym, absolutnie w niczym nie przypomina francuskiego, ale czasem pojawiają się znajome słowa z niemieckiego i angielskiego.
Wracając do Treffiagat, to jest to właściwie wioska o powierzchni 8 kilometrów kwadratowych, na których mieszka 2,5 tys. ludzi. Niewiele tu do zwiedzania oprócz średniowiecznego kościoła.
Treffigat – church
Spenetrowaliśmy prawie wszystko w ciągu godziny (jak wszystko to wszystko):
Treffigat – „wide street”
i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wróciliśmy do domu.
INFO: wszystkie parkingi w bretońskich miasteczkach są bezpłatne (oprócz jednego miasta, ale o tym później). Miejsc do parkowania jest dużo, oczywiście poza sezonem, bo w lecie nie można wcisnąć szpilki. Poza tym wszystkie toalety również są bezpłatne – i te miejskie i te przy stacjach benzynowych, a ich czystość i wyposażenie są na bardzo dobrym poziomie, co stawia Francję wysoko w moim rankingu „Toalety Świata”.
Le Guilvinec to przede wszystkim port rybacki, zaplątane uliczki, których planu nie potrafimy do dziś odgadnąć i niesamowicie mili ludzie. I wielki spokój – prawie nie ma turystów, nie ma snobów z wielkimi jachtami i jeszcze większym ego. Rano, kiedy wychodzę z psem jest jeszcze szaro. Wszystkie okiennice zamknięte i nigdzie nikogo. Trochę bliżej portu spotykam zwykle kilka osób, które idą do lub z piekarni. Mówimy sobie „bonjour”, ja skręcam z Quattro na maleńką plażę zalaną prawie zupełnie przez przypływ, obserwujemy małe kutry wyruszające w morze, albo wracające do portu i wtedy wstaje słońce. Wracając kupujemy bagietkę na drugie śniadanie i tak zaczyna się nasz dzień. Spoooookój.
Le Guilvinec to jeden z ostatnich miejsc we Francji, gdzie mogą łowić tylko małe jednostki, takie jak ta:
Le Guilvinec
Port jest niewielki i niewiele tu do oglądania. Ale można wykupić 12-godzinny rejs i łowić wraz z załogą kutra, ale chyba trudno znieść kołysanie, zapach ryb i silnika diesla i do tego jeszcze pracować, ale cóż, każda rozrywka ma swoich amatorów.
Le Guilvinec
Guilvinec – le port
Powyżej: wyjście z portu. Widać kutry i łodzie płynące z portu i do portu. Sfotografowałam tylko dwie łodzie, ale wierzcie mi, trochę dalej jest ich wiele. Zdjęcie poniżej to kontynuacja tego powyżej, tylko niedługo przed zachodem słońca.
Guilvinec – l’ocean
W Guilvinec jest jedna z niewielu szkół rybołóstwa i jedna z ostatnich we Francji. To te budynki po prawej stronie, na samym cyplu. Skały są codziennie zalewane przez przypływ i wtedy miasteczko wydaje się bliżej. Prawie wszystkie domy są malutkie, przytulne, mają okiennice i strasznie chciałabym mieć jeden z nich, choćby najbrzydszy.
Le Guilvinec – the view
O domkach jeszcze napiszę, bo to moja wielka pasja zawsze. Na razie wracamy do hotelu, bo pies zmęczony…
Le Guilvinec – les boulles / petanque
Chyba w każdym miasteczku we Francji można spotkać takich graczy. To gra w bule (les boulles), znana również pod nazwą Petanque (w zależności od regionu). Panowie tłumaczyli mi na czym to polega – trzeba rzucić jak najbliżej małej kulki. Każdy ma 3 kule i wygrywa ten, kto dorzuci najbliżej. Bardzo skomplikowane.