Rejs statkiem wielkim lub małym. Kto o tym nie marzył, czytając o wielkich odkrywcach, dalekich lądach, skarbach ukrytych na bezludnych wyspach. Gdzie odnaleźć ślady romantyzmu ery żaglowców i odkrywania nowych lądów? Przecież nie w lotach samolotem.
Dojechaliśmy wieczorem, zmęczeni jak galernicy. Hotel czekał na nas tuż obok kościoła, za wysokim białym płotem. Od razu poczuliśmy się jak w domu daleko od domu, tym bardziej, że gospodarze / właściciele okazali się przeuroczy. Wieczór na dalekim zachodzie Europy zapada nawet dwie godziny później niż w Polsce, za to o ósmej rano jest jeszcze szaro.
Our hotel in Brittany
Ogród jest niewielki, ale my dostaliśmy „na własność” jego część, wraz z pokojem na parterze, z wyjściem wprost na wielki krzew margarytek.
Our hotel in Brittany
Jak widać pies już się rozgościł. Zapraszam do środka, pokoik jest naprawdę śliczny:
Our hotel in Brittany
Fajny pomysł, prawda? Madame Martine, nasza hotelarka 🙂 ma mnóstwo pomysłów, każdy pokój w hotelu ma inny charakter. A jakie serwuje śniadania!!! Mogłam zabrać luźniejsze ciuchy… Zobaczcie jeszcze jak wygląda po drugiej stronie:
Our hotel in Brittany
Wyjście do ogrodu, po prawej stara szafa z wielkim lustrem, a na wprost wiecznie-pracujący-człowiek-na-wakacjach, czyli Zbig.
Our hotel in Brittany
Maleńkie okienko w łazience, prawie zupełnie zarośnięte, wychodzące na obcy ogród, tajemniczy oczywiście. Pisałam już, że tu jest ślicznie? A miasteczko jest malutkie i do tego rybackie i nie ma tu wielu turystów. Ale o tym następnym razem.
Amerykanie mówią, że kiedy zaczynasz wyglądać jak twoje zdjęcie w paszporcie, to znak, że trzeba wyjechać na wakacje. Ja wyglądam jak moje zdjęcie w paszporcie co najmniej od roku (vide: zdjęcie jakiegoś arabskiego terrorysty, tyle że bez zarostu – to miej więcej ja). Wprawdzie tym razem paszportu nie potrzebuję, bo tym razem pozostaniemy w Europie, ale fakt – czas wyjechać, nareszcie. Tak więc wyjechaliśmy wczoraj wcześnie rano, kierunek zachód i jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Pierwszy raz z psem, a co za tym idzie z wielkimi obawami, czy pies wytrzyma – ma do dyspozycji cały bagażnik w samochodzie rasy „kuga”, czy będzie miał gdzie robić po drodze kupę i czy nie będzie zestresowany dłuuuugą jazdą.
Daje chłopak radę, choć na parkingach tysiące zupełnie nowych zapachów i nie ma nawet czasu jeść, taki jest podjarany. Ale po pierwszych godzinach, kiedy czuwał non stop, w końcu wyluzował i spał, czasem tylko podnosząc wielki łeb.
W pierwszy dzień daliśmy radę tylko 1089 km. Padnięci jak fiołki alpejskie legliśmy w hotelu na przedmieściach Saarbrucken, próbując wytłumaczyć psu, że nie powinien szczekać na każdy odgłos za drzwiami.
Quattro near Saarbrucken
A dziś znowu od rana mglistego jedziemy i jedziemy, przez całą Lotaryngię w strasznej, okropnej, wszystko-zasłaniającej mgle, przez paryskie obwodnice 20 km/godzinę, a potem walcząc ze snem. Ale już niedługo będziemy na miejscu. Będzie super – małe miasteczko rybackie i wielki Ocean. Jeszcze 230 kilometrów.
Nie mogę uwierzyć, że minął już rok od powrotu z Wielkiej Wyprawy. W międzyczasie było się tu i ówdzie, ale nic nie może się równać z przygodą życia. Muszę dokończyć opowieść, bo niedługo wyruszam do innej Czarodziejskiej Krainy i nie znoszę niedokończonych historii.
Był poniedziałek, 25 czerwca 2012 roku, słońce w pełnej krasie wstało o 5:17, a my siedemnaście minut przed nim. Kazano nam opuścić kabinę do 6 rano, więc musieliśmy się sprężać, żeby zdążyć zjeść ostatnie pyszne śniadanko na pokładzie Celebrity Constellation.
O 6:30 mieliśmy już nasze walizki (niesamowite jak sprawnie zorganizowali odbiór bagażu) i z drżeniem serca czekaliśmy na gościa, który gdzieś w jakiejś dziupli przechowywał nasz samochód. Nie czekaliśmy długo – po 30 minutach mieliśmy już kluczyki do pokrytego grubą warstwą kurzu i wieloma śladami ptasiej przemiany materii auta. Mogłam wtedy zacząć operację otwierania bagażnika z zawartością, która mogłaby wywołać epidemię nieznanej choroby na dużym obszarze (patrz: pierwszy wpis). Uchyliłam klapę i czekałam. Nic się nie stało, przelatujące ptaki nie padły w locie, a ja nie zemdlałam, więc odnalazłam torebkę, która była zagrożeniem epidemiologicznym i wyrzuciłam ją do kosza. (zawartości nie dało się rozpoznać, ale była czarna i mięciutka).
Sky above Amsterdam
O 7:30 już mknęliśmy autostradą A1 do domu. Dystans do pokonania: 1142 km.
Oprócz tego przebyliśmy:
Amsterdam do Leknes na Lofotach – 1017 mil morskich
Leknes do Longyearbyen (Spitsbergen) – 706 mil morskich
Longyearbyen do Honningsvag (Nord Cape) – 534 mil morskich
Włóczmy się bez celu po korytarzach siódmego pokładu, próbując odgadnąć na czym polega ten luksus, wart tysiąc dolców więcej niż nasza kajuta. Korytarz taki sam… Zazdroszczę im tylko, że mogą otworzyć okna, to chyba jedyna rzecz, jaka mi tu przeszkadza.
Zastanawiamy się, dlaczego ani razu nie kąpaliśmy się w żadnym z basenów… Nie, teraz już przepadło, ale powód jest jeden – nie chciało nam się. Może następnym razem, kiedy popłyniemy na Karaiby, albo chociaż na Maderę. Ale będziemy mieć na pamiątkę zwierzaczka, jednego z kilku gatunków, które żyją w okolicy basenu:
Celebrity Constellation – Animal near the pool
Jedzenie. To na „Celebrity Constellation” jedno z najwspanialszych doświadczeń i jedna z rzeczy, których będzie mi brakować jak nie wiem co. Nie wiem ile przytyłam, ale i tak warto było. Gdybym kiedyś miała kasę na rejs dookoła świata (od miesiąca do trzech miesięcy na statku!), to pewnie zanurzenie wzrosłoby o co najmniej kilka centymetrów. Zbig wprawdzie też jest zachwycony jedzeniem, ale po pierwsze on szybko się przyzwyczaja do luksusu, a po drugie i tak wszytko jest lepsze od tego co ja ugotuję.
Koniec – 22-ga. Idziemy spać, jutro kazali nam się wynieść o 6:30. Wyższe pokłady nie muszą zapewne się zrywać skoro świt, ale co tam. Trzeba wstać o piątej i zjeść ogromne śniadanie. Nie, chyba nie chcę do domu. Jutro musimy wrócić do rzeczywistości, a zacznie się od wielkiej niewiadomej w Amsterdamie – odzyskamy samochód, czy nie? A jeśli tak, to jaka forma życia czeka na nas w bagażniku, gdzie zostawiliśmy (no dobra, ja zostawiłam) kanapki, biały serek wiejski i jogurt?
„You’ve lived the life” – takie hasło ukazało się w dzisiejszej gazetce pokładowej. Może i tak. A poza tym kiwa. Tak Morze Północne wita strudzonych podróżników. Pewnie łapiemy jakieś boczne fale, na które nie działają stateczniki, bo nie jest stabilnie. Wielu ludzi narzeka, że nie mogli spać w nocy, bo czuli się „niepewnie”.
Ja też czuję się niepewnie, bo to ostatni dzień i wszystko minęło tak szybko i czuję niedosyt i popływałabym sobie jeszcze z miesiąc. Życie tu jest takie proste i nieskomplikowane. Póki co, idę pożegnać się z moim kumplem:
Celebrity Constellation – my dude
O 11-stej idziemy na ostatnią lekcję tańca – Latin line dance. Wiem, że Zbig nie chce, bo jego myśli już zajęła ponura rzeczywistość, z którą przyjdzie mu się zmierzyć już jutro. No i samochód, pozostawiony w rękach obcego człowieka w porcie Amsterdam… Czy jeszcze go zobaczymy? Czy będziemy mieli czym wrócić do domu? No i kanapki zostawione w bagażniku… Czy w mieście nie zapanowała jakaś epidemia?
Południe
Wykorzystujemy ostatnie pół dnia, żeby ostatni raz zwiedzić statek, oddać książkę do biblioteki, iść tam, gdzie jeszcze nie byliśmy, np. do kina, w którym codziennie można było zobaczyć dwa filmy.
Kino jest przytulne, na stole przy wejściu czekają porcje popcornu w tekturowych pudełeczkach. Postanowiłam trochę posiedzieć w tym spokojnym, mrocznym miejscu:
Celebrity Constellation – cinema
Zbig nieoczekiwanie postanowił odwiedzić pokład handlowy. Jakiś czas temu wypatrzył ciepłą bluzę z kapturem, która nie-została-wyprodukowana-w-Chinach i uznał, że taką właśnie chce mieć. Ja w moim skąpym sercu miałam nadzieję, że w ostatni dzień będą jakieś wyprzedaże, szalone obniżki cen pod hasłem „all must go”, ale nic takiego nie nastąpiło. Bluza jak kosztowała 45 dolców, tak kosztuje. Ale Zbig i tak jest zadowolony, a to jest bezcenne.
Wszelkie transakcje na statku odbywają się bezgotówkowo. Za wszystko płaci się kartą pokładową. Na koniec rejsu wszystko jest podliczane i ściągane z kart kredytowych, których numery trzeba było podać przy zaokrętowaniu. Fajne jest to, że wszystkie transakcje i ich bilans można w każdej chwili sprawdzić na ekranie telewizora. Dla mnie, skąpiradła, to prawdziwa ulga.
Po południu
Zbliża się straszny moment, kiedy trzeba się będzie pakować. Strasznie mi się nie chce, ale do 23-ciej wszystkie bagaże, oprócz podręcznych mają się znaleźć na korytarzu. Inni mają zapewne więcej obowiązków, bo trzeba: wymienić żetony z kasyna, zanim zostanie ono zamknięte, wykorzystać ostatnie minuty w internecie, bo przepadną jutro o 7 rano, zrobić sobie masaż, bo to redukuje opuchliznę w czasie długiego lotu do domu. Jak to dobrze, że nie musimy robić tego wszystkiego. Póki co, idziemy sobie zrobić zdjęcie z gościem z 3 pokładu, obok chińskiego biura plenarnego.
Nie wiem, kto to jest, ale zawsze stoi na trzecim pokładzie.
Zbig padł rażony katarem zaraz po kolacji, która dziś była „formal”. Nawet nie zaszczycił swoją obecnością ulubionego teatru, nie udał się do mesy na wieczorny kubek czekolady, nie podziwiał wspaniałych widoków, rozciągających się z jedenastego pokładu.
Zostawiłam go na pastwę losu z tysiącami chusteczek i udałam się schodami na rzeczony pokład.
Przede wszystkim miałam wspaniałe towarzystwo:
Towarzysz podróży
Po drugie podziwiałam „przydrożne” wsie, gdzie ludzie żyją nie tylko spokojnie, ale i dostatnio i nawet skaliste ogródki nie pozbawiają ich szczęśliwości. I jeszcze mają niezłe widoki:
Przydrożne wsie
Ludność Norwegii wyległa przed domy. Chętnie spytałabym, czy nie mają jakiegoś małego domku na odludziu, gdzie mogłabym pomieszkać:
Ludność Norwegii
Samotny, mały kajak wśród bezmiaru wód:
Samotny, biały kayak
ok. 23.00, w kajucie
Pod drzwi wsunięto info o wyokrętowaniu w Amsterdamie, wraz z tagami do bagażu, który musimy wystawić przed drzwi jutro do 22-giej…
Rozpadało się na dobre, Zbig zaczął kichać, znaczy będzie miał katar. A jak facet ma katar, to klękajcie narody. Jakoś to przeżyję, ale łatwo nie będzie. Uciekamy więc przed deszczem i przed katarem na nasz ulubiony statek, do naszego ulubionego miejsca z górami jedzenia i gorącą czekoladą.
Odpływamy punktualnie o 17-stej, deszcz dalej pada, temperatura 10 stopni, ale i tak tkwię na pokładzie, żeby pożegnać drugie co do wielkości miasto w Norwegii.
By, by Bergen
Żegnaj, Bergen
W wędrówce przez niezliczone fiordy będziemy przepływać pod mostem Askøy. Nasz statek jest dość duży, więc ledwo się pod tym mostem zmieścimy. Może nawet zawadzimy lekko kominem… Nie, kapitan Peppas obiecał, że wszystko będzie dobrze, tym bardziej, że przyjęliśmy na pokład pilota, który ma nas przeprowadzić przez zdradzieckie skały Byfjorden i Hjeltefjorden. Mamy do przepłynięcia 32 mile morskie, zanim znajdziemy się na pełnym morzu.
Jest! Pojawił się jak cienka kreska na horyzoncie:
Askoy Bridge
Zbliżamy się, zaraz będzie wiadomo, czy się zmieścimy, czy nie uszkodzimy komina, albo mostu…
Askoy coraz bliżej
Udało się! Ale naprawdę mało brakowało. A most od spodu też jest ładny:
Askoy bridge from below
Będziemy teraz lawirować wśród tysięcy wysp. Ale teraz muszę iść na kolację typu „formal”. Uwielbiam te gale, ale dziś wolałabym oglądać widoki.
Fløibanen Funicular, czyli kolejka szynowa na górę Floien, jakieś 150 metrów od targu rybnego i nabrzeża Bryggen. Wagony wygladają jak normalne autobusy ( może to są normalne autobusy?), które wspinają się około 320 metrów nad poziom morza. Trwa to około 5-6 minut, ale widok ze szczytu jest wspaniały. Cena biletu w obie strony: 80,- NOK dla dorosłych, 40,- NOK dla dzieci. Dla 2 dorosłych z 2 dzieci: 200,- NOK. Wagony odjeżdżają co 15 minut.
W Bergen jest kilka muzeów:
Permanetan na ulicy Nordahl Bruns Gate to Muzeum Sztuk Dekoracyjnych (Zachodniej Norwegii). Możan zobaczyć tam ekspozycję m.in. dywanów, tkanin, wyrobów ze srebra, mebli, porcelany, tradycyjnych strojów i zabawek.
Miejskie Muzeum Sztuki – głównie malarstwo, w tym kilka prac Edwarda Muncha.
Sjøfartsmuseet / Muzeum Morskie i Muzeum Historyczne na południu miasta, na terenie Uniwersytetu. Posiada zabytki z ery brązu i ery Wikingów. Nic dodać nic ująć.
Co tam muzea. Na zdjęciu poniżej: sztukę można znaleźć wszędzie, nawet na wejściu do kanału:
Troldhaugen / Wzgórze Trola, około 10 kilometrów od Bergen. To dom kompozytora Edwarda Griega i jego żony Niny, bardzo przytulny i ładnie położony. Mieszkali w nim od 1885 do jego śmierci w 1907. Griegowi udało się zostać sławnym jeszcze za życia, więc dom-muzeum zawiera jego nagrody i trofea, a także fortepian Steinway. Hm.
Pora wracać do centrum. Poniżej: Zbig świetnie się wczuwa w luzacki rytm życia mieszkańców. Jeszcze nie wie, że za chwilę dostanie kataru:
Main street in Bergen
Kiedy już odwiedzimy te wszystkie muzea, atrakcje kulturalne, napatrzymy się na okoliczne fiordy i inne zwierzęta, nadchodzi czas na … zakupy!!! Najlepszym miejscem do tego celu jest Torgalmeiningen, wielka ulica zamknięta dla samochodów. Łatwo na nią trafić z targu rybnego – stojąc przodem do zatoki mamy ją dokładnie z lewej strony. Jest tam wszystko co w Norwegii można kupić, łącznie z lokalnymi wyrobami rękodzieła. Polecamy trolle, są zawsze miłym prezentem 😉
Szczerze mówiąc nie przyszlibyśmy na Torgalmeiningen, gdyby nie zwabiła nas muzyka instrumentów dętych. Okazało się, że na owych instrumentach gra śliczna orkiestra złożona z samych blondynek (skąd oni biorą te wszystkie blondynki?) ubranych w czerwone kubraczki. Wesołe dźwięki marszy, granych jeden po drugim sprawiły, że serca nam urosły. Na zdjęciu poniżej widać przeszłość i przyszłość tego wspaniałego kraju:
Powyżej: przeszłość i przyszłość Norwegii – surowi woje i śliczna orkiestra na ulicy Torgalmeningen w Bergen
Bryggen naprawdę ma klimat. Okazało się, że za kolorowymi fasadami kolorowych domów kryje się dalszy ciąg średniowiecznego świata…
Nie mieliśmy o tym pojęcia, naprawdę. Zauważyłam wąskie przejście w ostatniej chwili, zajęta oglądaniem nieciekawych wystaw. I nagle… wejście na ulicę Pokątną!
Bryggen and it’s medieval word
Wąska uliczka z malutkimi sklepikami, sprzedającymi głównie rękodzieło: ceramika, serwetki, obrusiki, figurki, pozostałości z trupów zwierząt i oczywiście tłumy turystów, którzy tam nie pasują. Kilka kamiennych studni, otoczonych przez domki kryte dachówką. Wszystkie domki są z drewna, które pachnie jak… stare drewno, ale podnosi to atrakcyjność tego miejsca. To tak jak dla niektórych przechodzenie obok ciastkarni… nie oprzesz się.
Bryggen from yaht’s wharf
Kolorowe kamienice Bryggen widziane z nabrzeża
Niedaleko, na samym końcu Vågen, po jego północno-wschodniej stronie umiejscowił się Torget, znany również jako Fisketorvet, czyli Plac Rybny. Oprócz ryb sprzedają tam też owoce i kwiaty. Warto p o c z u ć ten klimat.
Bergen przywitało nas lekkim deszczem i szarością i jakoś tak nie nastrajało optymistycznie. Zbig postanowił targać parasol, jakbyśmy nie mieli ciepłych kurtek ani nic. Bardziej obawiam się gorąca niż jakiejś mżawki.
Niedaleko portu, przy ulicy Slottsgate jest pierwsza atrakcja Bergen:
Håkonshallen: część fortecy Bergen, zbudowana w 13 wieku jako dwór królewski służący do ceremonii. Pierwszy raz został użyty do tych celów przez króla Magnusa Håkonsson i księżniczkę duńską Ingeborg. Imprezka była niezła, bo trwała 3 dni i 2 noce, a gości przybyło ponad 1000. W 16 wieku duński gubernator Erik Rozenkrantz zlecił szkockim architektom budowę kamiennej wieży, w której zmieściły się i lochy (dzikie), i gubernatorskie apartamenty (przytulne), a na wyższym poziomie stanowiska armat. W 1944 roku duński statek z amunicją eksplodował w pobliskim porcie, co spowodowało ogromne szkody. Wieżę i dwór odbudowano, a od 1966 roku jest jedną z atrakcji turystycznych Bergen.
Poniżej: Bergen Hakonshallen. Gapię się na wieżę Rosenktantza.
Bergen – Hakonshallen
Nieopodal fortecy, również po północnej stronie Vågen stoi najstarsza budowla w Bergen:
Mariakirke – kościół św. Marii. Zbudowano go w 12 wieku, w stylu romańskim, czyli jedynym słusznym i obowiązującym w tamtych czasach. W ciągu wieków istnienia dostał gotycki chór i barokową ambonę. Przez 3 wieki był kościłem parafialnym dla hanzeatyckich kupców.
Idziemy dalej wzdłuż północnej strony portu i niespodziewanie wkraczamy do największej atrakcji turystycznej Bergen:
nabrzeża zwanego Bryggen. Są to magazyny i domy kupców z czasów Ligi Hanzeatyckiej. Te stare zostały zniszczone przez ogień, te obecne są ich replikami z kamienia. W jedynym oryginalnym budynku z 18 wieku mieści się Muzeum Hanzeatyckie. Parter był składnicą towarów, na pierwszym piętrze mieścił się pokój dzienny i biura. Na najwyższym piętrze były sypialnie kupców – malutkie kliteczki, w których mieściło się tylko łóżko.
Poniżej: na tyłach Bryggen.
Gościom nie wolno było ogrzewać pomieszczeń, ani nawet ich oświetlać, w obawie przed ogniem. Kupcy pozostawali w celibacie przez cały okres pobytu Bergen. Cóż, twarde prawo, ale prawo.
INFO: w okresie od 15 maja do 15 września muzeum jest otwarte od 9:00 do 17:00. W pozostałym okresie w dni powszednie od 11:00 do 14:00, w niedzielę do 16:00, w poniedziałki zamknięte. Cena: 60,- NOK. Raczej warto.