Dzień trzeci – szukając chałupy

Już jakiś czas temu postanowiliśmy, że na emeryturze zamieszkamy w jakimś miłym kraju, w którym panuje swoboda światopoglądowa, gdzie panuje ogólna laicyzacja i zdrowy rozsądek. Postanowiliśmy zacząć od Niemiec, bo czemu nie? 

Zaopatrzeni w adresy i numery agentów od nieruchomości, z którymi poumawialiśmy się już tydzień wcześniej, wyruszyliśmy rano. Na południe. Pięć domów na zachodzie, jeden nad Bałtykiem, zwanym tutaj Ostsee.

Pierwszy dom był cudny, biało-niebieski:

Little house

Po pierwsze – tuż przy torach. Po drugie – malutki, mniej niż 70 m2. Po trzecie – pleśń, która siedzi w ścianach. Odpada.

Potem jest ciągle gorzej. Dom z pleśnią, dom tuż przy drodze krajowej, tam dach przecieka, a inny za duży, z kilkoma przybudówkami w malutkim ogrodzie, a inny wymaga strasznego remontu, a w naszej lidze trzeba się liczyć z każdym euro/groszem.

Jedziemy do Oldenburga, na wschodzie landu. To ostatni dom dzisiaj, więc liczymy na mały cud, że może wreszcie będzie coś fajnego. Dom jest duży, ładny, na wielkiej, zarośniętej działce, ma piękne podłogi, śmierdzi pleśnią, dach przecieka, agentka jest nieuprzejma, w sąsiedztwie mieszkają konie i śmierdzi, ale do plaży jest około 3 kilometry. Jedziemy więc na plażę

Baltic seaside in Germany

Kolor nieba jest wstrząsający i zapach morza, wodorostów i wakacji.

Baltic seaside – Germany

Prawie bezludne wydmy ciągnące się kilometrami i biały piasek z milionami kamieni. Fajnie byłoby tu mieszkać i chociaż raz w tygodniu iść i iść…

Wracamy. Po drodze odwiedzamy miasto Schleswig, ale jest zaniedbane i senne. 

Schlezwig town

Dzień drugi – Morze pełne Wattów

Niedziela. Trudno się ruszyć z domku naszego zastępczego. Wieje i jest zimno, mokro i ponuro, choć świeci słońce. Nawet pies chętnie wrócił ze spaceru. Pewnie słyszał o szeryfach tutejszych, strażnikach przyrody czy jak ich nazwać, którzy mają prawo zastrzelić psa, który biega bez smyczy dalej niż 200 metrów od domu. Hm… urzędnicy nawiedzeni.

Nasza gospodyni wpadła na kawcię i przez pół dnia opowiadała o życiu w Północnej Fryzji (bo tu właśnie jesteśmy). Okazało się, że ona też nie stąd, tylko z miasteczka oddalonego o 60 km. na wschód. Dowiedzieliśmy się, że mieszkają tu (jej mąż i 2 synów) od 10 lat i dopiero ostatnio sąsiedzi zaczęli im mówić „dzień dobry”. Dotąd byli tu nowi, a tutejsi nie ufają obcym. Co kraj to obyczaj, w Polsce w niektórych rejonach jest jeszcze gorzej.

Nasze szlachetne dupy ruszyliśmy dopiero po południu. Wypędził nas głównie apetyt na coś innego niż chińskie zupki, ale wszystkie sklepy były już zamknięte w najbliższym miasteczku zwanym Niebull. Odkryliśmy tam knajpę otwartą, do której pies nie bardzo chciał wejść, a my go nie posłuchaliśmy… To, co podano nam do jedzenia zrobione było z mrożonek i sosów z torebek… Pies miał rację, choć to on zjadł większość mojej porcji. 

Nabrawszy sił mieliśmy do wyboru – wracać do domku, czy wreszcie sprawdzić, co to jest Morze Wattowe, które wcale morzem nie jest. W każdym razie morze, które morzem nie jest ma 450 km długości, od wyspy Texel w Holandii do wyspy Fanø w Danii. Jest to najprościej ujmując obszar wodno-błotny, czasem bardziej wodny, a czasem bardziej błotny, o szerokości od 10 do 30 kilometrów. Czyli takim płytkim błotem można iść od 10 do 30 kilometrów w stronę morza i dopiero po przejściu tego dystansu natknąć się na normalne morze, takie jakie znamy z powieści o morzu – taka wielka woda z falami, statkami, syrenami i wilkami morskimi.

Najpierw widać wysoki nasyp, na który trzeba się wspiąć, żeby zobaczyć to:

Wattermeer

 Tu na horyzoncie widać prawdziwe morze. Plaża zrobiona jest z trawy, a piasek widać gdzieniegdzie wśród wodorostów i błota. Podejrzewam, że latem chyba tu pachnie gnijącymi wodorostami? Faktem jest, że cały ten obszar od Holandii po Danię to trzy wielkie Parki Narodowe – po jednym na każdy kraj.

Wattermeer

Szukaliśmy jeszcze tych Wattów, ale pewnie z powodu zapadającego mroku żadnego nie znaleźliśmy. 

Dzień pierwszy – jadąc i nudząc się

Jedziemy, jedziemy, jedziemy… Monotonia przerywana postojami na parkingach, z których to postojów najbardziej cieszy się pies, bo nowe zapachy i jakiś snaczek i zaznaczanie terytorium i można rozprostować ogonek i resztę. Wieje zimnem, jak to w marcu, nie chce się nawet wysiadać z samochodu. Jedziemy na północny wschód, mijamy Berlin z lewej, na południu zostawiamy Hamburg, a potem to już blisko – kilka godzin i przekraczamy granicę krainy zwanej Schleswig-Holstein. Jej historia jest równie skomplikowana co inne historie innych krajów, ale nie czas o tym pisać. 

Teraz jedziemy drogą nr 7 na Flensburg. Im dalej na północ, tym więcej podmokłych pól, długowłosych krów z wielkimi rogami i prześlicznych domów krytych strzechą:

To dla takich domków chciałam tu przyjechać, oprócz oczywiście wielu innych powodów. W każdym z tych domów chciałabym mieszkać, każdy z nich chciałabym mieć, pod warunkiem, że będzie mały i przytulny.

Zrobiło się trochę cieplej i mimo że jest pochmurno i mroczno, to pięknie oświetlone wioski i miasteczka po drodze dają jakiś świąteczny nastrój. A może mi się zdaje.

W każdym razie nie myślcie, że są tu tylko stare chałupy kryte strzechą. Są też takie kryte dachówką, gdzieniegdzie pojawiają się nowoczesne budynki typu szkło/aluminium, ale jakoś tak nie pasują do tych krów i ogólnie panującego spokoju. 

Z Flensburga skręcamy na zachód i następnych kilka godzin później, już po zmroku docieramy do naszego „domu daleko od domu”:

Maleństwo. Ale psu się podoba. Wokół ciemność i cisza, nie widać żadnych świateł, jakby nic nie było wokół. I pewnie nie ma. Ale słychać dzikie kaczki. Jutro niedziela, mamy tyle do zobaczenia, więc szybko spać.

Na północny zachód!

Jutro jedziemy, hurrrrraaaaaa!. Od dawna marazm mnie dopadł, a taki wyjazd jest jak doping i lepszy niż nowe kolczyki, albo nawet nowy stanik. I w dodatku jeszcze nigdy tam nie byliśmy, ani nawet ja nie byłam, ani Zbig, chociaż mieszkał w Niemczech jakieś 200 lat. Ooops, wydało się, jedziemy do Niemiec, ale na sam czubeczek, na sam północno-wschodni kraniuszek, zaraz, tuż obok legendarnej wyspy Sylt. No i do Danii też jedziemy. 

Jedziemy zobaczyć Morze Watowe (słyszeliście o takim?) i sprawdzić, czy to jest ewentualne miejsce do życia. Pierwszy raz będziemy mieszkać w wynajętym domku niedaleko plaży, której właściwie nie ma. I tez musimy sprawdzić co jest kiedy nie ma plaży.

Napiszę kiedy będę coś wiedzieć.

Sekretne życie blisko brzegu

W czasie odpływu ocean odkrywa swoje sekrety. W tej części świata Atlantyk może przypływać i odpływać nawet do wysokości 12 metrów, więc odpływ ukazujący dno oceanu sprawia, że możemy zobaczyć podwodne wspaniałości.

Low tide

Podwodne łąki pełne wodorostów, skorupiaków i pąkli. Pąkle to nadzwyczajne stworzenia – żyją przycupnięte nieruchomo na skałach, muszlach i wielorybach. Kiedy jest odpływ i jest sucho udają martwe, nie pozostawiając między swoją skorupą a podłożem żadnej szparki. Ale kiedy tylko poczują, że morze wraca podnoszą się, wpuszczając do środka wodę, z której filtrują pożywienie. 

Secret life of Ocean – Barnacles

Między pąklami leżą muszle skorupiaków wyglądających jak gałki oczne. Nie wiem, czy są zamieszkane, ale wolę nie sprawdzać, bo to nieuprzejme zaglądać do czyjegoś domu.

Secret life od Ocean – underwater landscape

Podwodna łąka i więcej oczu. Woda jest cudownie przezroczysta i nieruchoma. Mieszkańcy małego stawu w zagłębieniu skały czekają na powrót oceanu.

Secret life of Ocean

Wyglądają jak wielka kokarda z mniejszą kokardą. To czerwone to alga, która przywędrowała tu przed odpływem, a potem została na granitowej skale. Widać też kilka pąkli wtulonych w podłoże.

Secret life of Ocean – Bretagne

Algi to osobny rozdział przybrzeżnego życia tutaj. Wyglądają jak wstążki makaronu papardelle, jak małe, zielone krzaczki albo jak brązowe korale. Ten gość przybył z innej planety. Tak jak ten na dole:

Secret life of Ocean

Wiele rzeczy dziejących się tutaj jest dla mnie niewytłumaczalnych. Zapewne wyjaśnienie jest proste, ale nie spotkałam nikogo, kto umiałby wytłumaczyć powstanie takich śladów na piasku:

Secret life of Ocean – mistery of sand

Wiem, że te ślady zrobiła woda, malutkie falki zalewające leniwie gładki piasek i uciekające szybciutko do oceanu. Wiele kilometrów plaży miało takie wzorki. 

Sicret life of Ocean – sand’s spaghetti

Innego dnia na plaży pojawiło się takie zjawisko – piaskowe spaghetti. Pomyślałam najpierw, że to jakieś piaskowe dżdżownice, pojawiały się kiedy odpływała fala, wyłażąc długimi sznureczkami z piasku. Było ich tysiące, ciągle pojawiały się nowe na miejsce tych niszczonych przez fale. Rozgrzebałam obrzydlistwo paluchem, a to piasek! Nieznane formy życia istnieją i są śliczne.

Secret life of dunes – snail’s tree

Ślimakowe drzewo na wydmach. Takich drzew jest mnóstwo, a ślimaki-kwiaty są ich prawdziwą ozdobą. Nie udało nam się stwierdzić, czy ślimaki żyją, czy mają jakąś hierarchię, czy są to dla nich wieże obserwacyjne, czy rodzaj mieszkań komunalnych. Tyle pytań bez odpowiedzi 

Ile – Tudy

Powierzchnia 1,26 km2, populacja 691, nie licząc turystów. Maleńki cypelek z przylepionym do niego małym portem. 

Ile-Tudy – street

Małe domki stoją przy malutkich uliczkach. Wszystkie szlaki prowadzą nad morze. Tu widać kawałek portu od strony zachodniej. Po drugiej stronie widać stały ląd.

Street of Ile-Tudy

Z takich domeczków składa się całe miasteczko na wyspie, oprócz rynku, przy którym mieszczą się restauracje i hotel. Plac oblewa z dwóch stron słona woda, na której przy drewnianych pomostach cumują niewielkie jachty. Gdybyśmy poszli tą małą uliczką w prawo, wkrótce dotarlibyśmy na koniec miasteczka i znów wodę. 

Ile Tudy – Place with hotel and restaurant

Natomiast gdy pójdziemy prosto, to za kilka minut dojdziemy do kamiennego nabrzeża, chroniącego miasteczko przed sztormami i wielkimi falami.

Ile Tudy – lighthouse

Nie ma tu plaży, za to mieszka tu mnóstwo morskich ptaków i ludzi uprawiających kitesurfing. Do piaszczystej plaży trzeba iść w lewo, jakieś pół kilometra. Po drodze będziemy mijać kościół. Średniowieczny oczuwiście.

Typowo bretoński, granitowy kościół. Zbudowano go jednak w XVIII wieku, ale ten fakt jest starannie zakamuflowany – wygląda jakby pochodził z wieku XV, prawda?

Ile Tudy – church

Kościół – ciąg dalszy. Jak widać stoi „tyłkiem” do morza, zaraz za kościołem jest mały cmentarz.

Ile Tudy – church

Skręcamy w wąską uliczkę i odkrywamy to:

Ile Tudy – door detail

Mały detalik na drzwiach domu. Takie szczegóły też tworzą klimat miejsca, niestety niełatwo je zauważyć. Bardzo spodobało mi się też okno sklepu:

Ile-Tudy – shop window

INFO: Targ w Île-Tudy odbywa się w przez cały rok w poniedziałki rano na placu przed kościołem. Parkingi poza sezonem są bezpłatne. Trudno tu o zaopatrzenie, poza małym sklepikiem i kilkoma restauracjami nie ma niczego, gdzie możnaby kupić jedzenie. 

Pointe de la Torche

La Torche

To chyba najpiękniejsza plaża, na jakiej byłam. Biały piasek z maleńkimi kamyczkami, łagodnie zbiegający do oceanu. Plaża ciągnie się przez wiele kilometrów, można nią iść i iść. I ma jedną, niesamowitą cechę – po sezonie jest prawie pusta.

Pointe de la Torche

Od strony lądu osłaniają ją wysokie, piaszczyste wydmy, porośnięte trawami i niskimi, suchymi zaroślami. W okolicy nie ma wielu domów, ani hoteli. Obok parkingu jest kilka restauracji, głównie takich z naleśnikami. Przy parkingu jest też słynna szkoła surfingu „Twenty Nine”.

La Torche
La Torche – Dunes

Nie napisałam jeszcze, że cały ten raj należy do surferów. Na plaży obowiązuje absolutny zakaz kąpieli, bo można dostać dechą w głowę. Dozwolone są natomiast: surfing, windsurfing, kitesurfing i wszystkie inne formy tego sportu. Od 18 do 26 października 2014 (czyli już niedługo) na plaży La Torche odbędą się, jak co roku, Mistrzostwa Świata w windsurfingu. Jeszcze zdążycie!

La Torche – surfer

Wydmy przy plaży La Torche. Miejsce zwane Pointe de la Torche (bretońska nazwa: Beg an Dorchenn) to właściwie niewielki cypelek z granitowymi głazami i bunkrem z czasów wojny. Od tego miejsca w dwie strony rozciągają się te przepiękne plaże o kształcie półksiężyców. Jedna prowadzi do małej wioski (około 3 km), a druga, ciągnąca się jak Sahara, prowadzi gdzieś daleko, ale nie wiem gdzie.

La Torche & Quattro the Dog

Nasz samotny biały żagiel. Był bardzo szczęśliwy, bo mógł brodzić w płytkiej wodzie i uciekać przed falami. Widział małe rybki i próbował się bawić z każdym napotkanym psem, ale żaden nie chciał się z nim gadać. 

La Torche – Sun and Ocean

My też byliśmy szczęśliwi, bo szliśmy tą plażą i szliśmy i byliśmy szczęśliwi…

Saint-Guenole – Sant Wennol

Śniadanie tutaj to wspaniały wstęp do kolejnego dnia wakacji. Nasza Madame Martine codziennie serwuje coś innego – a to naleśniki z karmelem zrobionym ze słonego masła i cukru, a to ryż z owocami z kremem cytrynowym, a czasem far breton, ciasto tak bretońskie jak sama Bretania, a do tego ponoć proste jak wakacyjny poranek:

Far Bretonne Martine z Guilvinec:

Far Breton de Martine de Guilvinec

Składniki: 100 gram mąki / 75 gr. cukru pudru / pół litra mleka / 3 jajka / szczypta soli

Jak zrobić: Zmieszać mąkę, cukier, sól i dodać jajka. Wolno dolewać ciepłe mleko, pomieszać. Wysmarować masłem formę. Piec 10 minut w bardzo wysokiej temperaturze (nawet 210 st), potem 20 – 30 minut w temp. 180 st, aż far stanie się złoty. Bon Apetit!

Merçi Martine!

Po śniadanku pijemy kolejną kawę i wolniutko wygrzebujemy się z pieleszy, budzimy psa i wyruszamy. Dzisiaj jedziemy do Saint Guénolé, około 15 minut drogi od naszego domu. To niesamowite, że tyle jest do obejrzenia w tak niewielkiej odległości. Po drodze średniowieczny kościółek/kaplica z kwadratową wieżą – niespotykany kształt wśród bretońskich kaplic. Pochodzi z XIV wieku i niestety jest w ruinie.

Chapelle de Saint Guenole
Chapelle de Saint-Guenole

Saint-Guénolé słynie jednak z innych atrakcji. Są to ogromne, granitowe głazy – Rochers de Saint Guénolé.

Rochers de Saint Guenole

Pogoda dziś jest piękna, ale wyobraźcie sobie ten kawałek planety w czasie sztormu. 10 października 1870 roku Prefekt Finistere przyjechał tu na piknik z rodziną. Ogromna fala zabrała 5 osób z jego rodziny. Od tamtej pory to miejsce (poniżej) nazywa się „skałami prefekta”

Rochers Saint-Guenole

Skały przybierają różne kształty. To zwierzę spodobało nam się najbardziej:

Saint-Guenole – an animal

Żegnamy miasteczko, w którym oprócz skał wielką atrakcją są fabryki produkujące konserwy z darów morza – wszystko robione jest ręcznie, a ich wyroby są mniam. Jedziemy kawałek na północ do miejsca, które KONIECZNIE trzeba zobaczyć. Ale o tym następnym razem.

Pointe du Raz

We ventured a very long way—60 km to the northwest. Beg ar Raz—the Breton name for this place—means „strong current.” It is on the list of France’s „4 Great Sites.” And it looks fantastic, especially in fine weather.

Baaardzo daleko się wybraliśmy – 60 km na północny zachód. Beg ar Raz, bretońska nazwa tego miejsca oznacza silny nurt. Jest na liście „4 wielkich miejsc we Francji”. I wygląda fantastycznie, zwłaszcza przy pięknej pogodzie.

Pointe du Raz

Pointe du Raz is located on the Cap Sizun peninsula, and some consider it to be the westernmost point of Europe. In fact, the name of this part of Brittany—Finistère—means „end of the earth” (finir = end, terre = earth), so it truly marks that very end.

Pointe du Raz jest na przylądku Sizun i niektórzy uważają, że jest to najdalej na zachód wysunięty punkt Europy. Zresztą nazwa tej części Bretanii – Finistère – oznacza „koniec ziemi” (finir = koniec, terre = ziemia), więc właśnie to jest to zakończenie. 

Pointe du Raz

You need comfortable shoes for the walk starting from the parking area—which, in addition to a restaurant and souvenir shops, houses an information point and a modest museum. From there, it takes about 30 minutes to reach what is arguably the best view of the Atlantic in France; the route loops past the restrooms and a French Army radar station before taking about 20 minutes to return. I do not recommend this walk to the elderly during hot weather, even though the terrain is flat. For cliff-hiking enthusiasts, there is a roughly three-hour trail leading north to Pointe du Van, a spot that is perhaps even more rugged and rocky.

Trzeba mieć wygodne buty, żeby zawędrować od parkingu, przy którym oprócz restauracji i sklepów z pamiątkami mieści się punkt informacyjny i skromne muzeum. Stamtąd idzie się około 30 minut do najlepszego widoku na Atlantyk we Francji, zakręca się obok toalet i stacji radarowej Armii Francuskiej, i wraca się około 20 minut. Nie polecam tej trasy osobom starszym w upał, choć idzie się „po płaskim”. Dla uwielbiających piesze wędrówki na klifach jest trasa na około 3 godziny, która prowadzi na północ, do Pointe du Van, który jest chyba jeszcze bardziej skalisty.

Pionte du Raz

What else is there to say about this place? Numerous flocks of birds inhabit the cliffs, enjoying undisturbed peace. The entire cape encompasses a protected area of ​​approximately two thousand hectares.

Co jeszcze napisać o tym miejscu? Na klifach mieszkają liczne plemiona ptaków i mają tam święty spokój. Cały obszar przylądka to około dwa tysiące hektarów obszaru chronionego.

Pointe du Raz et „La Vieille”

The lighthouse is called „La Vieille”—”The Old One.” It would be worth coming here during a storm to see huge waves crashing against the old lighthouse. I saw it in a video. It takes your breath away.

Latarnia morska nazywa się „La Vieille” – Stara. Warto byłoby tu przyjechać w czasie sztormu, żeby zobaczyć wielkie fale uderzające w starą latarnię. Widziałam na filmie. Zapiera oddech.

We are heading back to our Breton house. On the way, we still need to visit Pont-Croix (Pontekroaz in Breton). The town looks as if time stood still there somewhere around the Middle Ages. And that’s about it.

Wracamy do naszego bretońskiego domu. Po drodze musimy jeszcze zwiedzić Pont-Croix (po bretońsku Pontekroaz). Miasteczko wygląda, jakby czas zatrzymał się tam w okolicach średniowiecza. I tyle.

Locronan

It is not known whether it was founded by a Celt from Cornwall or Ireland, nor whether this happened in the 6th century or somewhat later. What is certain, however, is that Locronan is one of the most beautiful towns in France—a fact proclaimed by a sign at the entrance.

Nie wiadomo, czy założył je Celt z Kornwalii, czy z Irlandii i nie wiadomo czy było to w 6 wieku, czy trochę później. Wiadomo jednak, że Locronan jest jednym z najpiękniejszych miasteczek we Francji i taki też napis widnieje przy wjeździe.

Locronan, near the church

And so it is. It is tiny—you can walk around it in 15 minutes at a brisk pace—but believe me, it is better to spend more time there. It is teeming with crêperies, biscuit shops, small restaurants, and a multitude of little shops selling local artists’ wares, and even local art galleries.

I tak jest. Jest malutkie, można je obejść szybkim marszem w 15 minut, ale wierzcie mi, lepiej spędzić tam więcej czasu. Roi się w nim od „creperies” (naleśnikarni), „biscuiteries” (biszkopciarni), małych restauracji i mnóstwa sklepików z wyrobami tutejszych artystów, a nawet galerii lokalnej sztuki. 

Locronan – magic place

Above—a Celtic bookshop right next to the church; a well in the foreground. It is out of use.

Powyżej – księgarnia celtycka, tuż obok kościoła, na pierwszym planie studnia. Nieczynna.

Locronan, street

The little shop on the side street is called „La Maison de Poésie” (House of Poetry), and you can buy postcards, books, and local souvenirs there. As for the poetry, I’m not so sure.

Sklepik w bocznej uliczce nazywa się „La Maison de Poesie” (Dom Poezji) i można w nim kupić kartki pocztowe, książki i pamiątki stąd. Co do poezji, to nie jestem pewna.

Locronon – street

Above – one of the narrow streets near the Town Hall. The back of the church is visible on the right. Below – the same street.

Powyżej – jedna z uliczek obok Merostwa. Z prawej widać tył kościoła. Poniżej – ta sama uliczka. 

Locronon – back street

Below is the Town Hall—the city authorities led by the Mayor. Next to it are the museum and the tourist office.

Poniżej – Merostwo, czyli władze miasta na czele z Merem. Obok jest muzeum i Biuro Turystyczne.

Locronon – Maire

We return to the square in front of the church. The church is dedicated to Saint Ronan, and its walls were built in the 13th century. In the 15th century, thanks to a generous donation from the Duke of Brittany, the church was transformed into a cathedral. What sets it apart from thousands of other cathedrals is a beautiful 15th-century stained-glass window, a floor featuring the black symbols of Brittany, and a massive pulpit.

I wracamy na plac przed kościołem. Patronem kościoła jest Św. Ronan, a kościelne mury wzniesiono w 13 wieku. W 15 wieku, dzięki hojnej dotacji Diuka Bretanii kościół przekształcono w katedrę. To, co go wyróżnia wśród tysięcy katedr, to piękny witraż z 15 wieku, posadzka z czarnymi symbolami Bretanii i ogromna ambona.

INTERESTING FACT: A massive procession takes place in Locronan every six years. The procession covers 12 kilometers and leads to sites where Druids once gathered for prayer in Celtic times. The next one will be in 2019. If you are interested in this type of worship, look up the term „Le nemeton” (for example, on Wikipedia).

CIEKAWOSTKA: Co 6 lat w Locronon odbywa się ogromna procesja. Procesja ma 12 kilometrów i prowadzi do miejsc, które w czasach celtyckich służyły modłom druidów. Następna będzie w 2019 roku. Jeśli jesteście zainteresowani tego typu kultem, to znajdżcie w np Wikipedii słowo „Le nemeton”. 

Locronan – Church

It was an excursion that took a good few hours, covering nearly 60 kilometers from Guilvinec. We had lunch at one of the many small restaurants near the town’s „entrance” (driving into the town itself isn’t allowed, but there are plenty of parking lots right at the entry point).

To była wyprawa na kilka ładnych godzin, prawie 60 kilometrów od Guilvinec. Zjedliśmy obiad w jednej z licznych restauracyjek przy „wchodzie” do miasta (wjeżdżać nie wolno, ale parkingów jest ogromna ilość przy wjeździe.

INTERESTING FACT: Films shot in Locronan include Chouans! directed by Philippe de Broca, Jean-Pierre Jeunet’s A Very Long Engagement, and Roman Polanski’s Tess.

CIEKAWOSTKA: W Locronan kręcono film „Chouans!” w reżyserii Philipe de Broca, „Bardzo długie zaręczyny” Jean-Pierre Jeuneta i „Tess” Romana Polańskiego, wszystkie znane w Polsce. 

INFO: Mandatory parking costs 3 euros, but you get a windshield sticker that grants you multiple entries throughout the summer – so it’s not an unreasonable price. Restrooms are located right next to the parking areas and are, of course, free of charge.

INFO: Obowiązkowy parking kosztuje 3 Euro, ale dostaje się naklejkę na szybę, która to naklejka (a nie szyba) upoważnia do wielokrotnego wjazdu przez całe lato, więc nie jest to wygórowana cena. Toalety są zaraz przy parkingach i są oczywiście bezpłatne.  

We’re heading back. It’s wonderful here, but there’s no sea. We still need to go to the beach, even if just for a moment.

Wracamy. Cudnie tutaj, ale nie ma morza. Trzeba jeszcze choć na chwilę iść na plażę.