St. Pierre et Phare d’Eckmuhl

The next day, having made sure we had our documents, the dog, and water, we set off westward. There wasn’t much „west” left, though—our westward journey would end at Pointe de Penmarc’h; beyond that, we’d either have to make a sharp turn north or end up as a meal for Atlantic cod. The route from Guilvinec to Pointe de Penmarc’h is only about seven kilometers, so there was no need to rush. The narrow roads of southern Finistère are magnificent—charming cottages surrounded by greenery and draped in Virginia creeper, boasting the world’s largest hydrangeas (I promise to say more about the houses later), along with medieval chapels and Celtic crosses weathered by wind and rain. And the roads were nearly empty, as if no one drove here at all.

Następnego dnia, upewniwszy się, że zabraliśmy dokumenty, psa i wodę wyruszyliśmy na zachód. Niedużo już tego zachodu zostało, bo zachód nam się kończył na przylądku Pointe de Penmarc’h, a dalej to albo skręcamy ostro na północ, albo nasze zwłoki zjedzą atlantyckie dorsze. Trasa od Guilvinec do Pointe de Penmarc’h to około 7 kilometrów, więc nie ma się co rozpędzać. Wąskie drogi na południu Finistère są przecudne – śliczne domki otoczone zielenią, porośnięte winobluszczem i zachwycające największymi na świecie hortensjami (o domkach jeszcze będzie, obiecuję), średniowieczne kaplice, celtyckie krzyże zniszczone przez wiatr i deszcz. I prawie pusto, jakby nikt tutaj nie jeździł samochodem.

St Pierre – super low tide

On the way, we pass the village of Kerity, home to a tiny church with a single side aisle (there are usually two)—a medieval structure, naturally. We arrive in St. Pierre a few minutes later. We are greeted by the overpowering stench of seaweed drying on the exposed sand; the tide is well out, and the boats and small vessels look as though they have been abandoned.

Po drodze mijamy wioskę Kerity z maleńkim kościółkiem z jedną nawą boczną (zwykle są dwie), oczywiście średniowiecznym. Do St Pierre dojeżdżamy kilka minut później. Wita nas straszliwy zapach wodorostów schnących na pozbawionym wody piasku. Odpływ jest solidny, łodzie i stateczki wyglądają jak porzucone. 

St Pierre – low tide

It’s hard to believe, but we are actually looking at the ocean floor. It’s great that no one throws shopping carts, broken beer bottles etc into the water. Those little white specks are small birds darting across the sand and flying very low over the water. On the horizon, you can see the next stop on our journey: the d’Eckmühl Lighthouse. The lighthouse is quite far from Saint-Pierre—about two kilometers away. It was built in 1897 thanks to the generosity of the Prince d’Eckmühl. Like almost everything else in the area, it was constructed from granite, which is found literally everywhere.

Trudno uwierzyć, ale przecież oglądamy dno oceanu jakby nie było. Fajne jest to, etcnie wyrzuca do wody wózków sklepowych, potłuczonych butelek po piwie itd. Te białe punkciki to są małe ptaszki, które szybciutko biegają po piasku i latają bardzo nisko nad wodą. Na horyzoncie widać następny cel naszej podróży – latarnię morską d’Eckmühl. Latarnia jest bardzo daleko od St Pierre – około dwóch kilometrów. Została zbudowana w 1897 roku dzięki hojności księcia d’Eckmühl. Jak prawie wszystko dookoła wzniesiono ją z granitu, który jest dosłownie wszędzie.

Lighthouse d’Eckmuhl

It is reached by 307 steps—though I lost count after 128. The building at the foot of the lighthouse belongs to the Papa Poydenot Association, an organization of sea rescuers. This building also houses a maritime rescue museum, which is free to visit.

Prowadzi na nią 307 stopni – nie liczyłam, bo mi się pomyliło po 128. Budynek u stóp latarni to Assocation Papa Poydenot – Stowarzyszenie Papa Poydenot, skupiające ratowników morskich. Budynek, w którym mieści się Stowarzyszenie zawiera też muzeum ratownictwa morskiego i można go odwiedzić za darmo.

INFO: climbing the lighthouse costs 2 euros /wejście na latarnię kosztuje 2 Euro. 

Near lighthouse – market place

On the other side, there is a small market square where a market is held during the season on Mondays from 4:30 PM to 7:30 PM.

Z drugiej strony jest mały ryneczek, gdzie w sezonie, w poniedziałek od 16:30 do 19:30 odbywa się targ.

The next stop is… our camera battery ran out.Następny przystanek to … wyczerpała nam się bateria w aparacie. 

Pont l’Abbe et Treffiagat

In the morning, we finally decided to get off our lazy backsides and do some sightseeing. Since a market was taking place in Pont-l’Abbé (Breton name: Pont’-n-Abad, or „Abad’s Bridge”)—and the drive took less than an hour rather than half the day—we set off. It was a typical market—heaps of junk, aside from the vegetables, fruit, and braids of smoked garlic—but we decided to take a look anyway.

Rano postanowiliśmy wreszcie ruszyć ciężkie tyłki i trochę pozwiedzać. Ponieważ w Pont l”Abbé (bretońska nazwa Pont’-n-Abad, czyli most Abada) właśnie odbywał się targ i nie trzeba tam jechać pól dnia, a tylko niecałą godzinę, więc ruszyliśmy. Targ jak targ, kupa dziadostwa, oprócz warzyw, owoców i warkoczy wędzonego czosnku, ale postanowiliśmy obejrzeć.

Chateau Pont l’Abbe

The town has a population of around 8,500 and is the self-proclaimed capital of Pays Bigouden (Ar Vro Vigoudenn—Breton is a wonderful language). It was founded in the 11th century by a monk from Loctudy. Before that, Romans and Normans had been here, and even earlier, several menhirs had been erected. Throughout the ages, there were battles, assassinations at the highest levels of power as rivals vied for position, and peasants refusing to pay the local baron—until finally, the railway arrived in 1884 and everything became simpler, even the arrival of the Germans in 1940.

Miasto ma około 8,5 tys. mieszkańców i jest samozwańczą stolicą Pays Bigouden (Ar Vro Vigoudenn. Cudny język ten bretoński). Miasto założył pewien mnich z Loctudy w XI wieku. Wcześniej byli tu i Rzymianie i Normanowie, wcześniej ustawiono nawet kilka menhirów. Przez cały czas były jakieś bitwy, ktoś kogoś zamordował na szczytach władzy, żeby zająć jego stołek, jacyś chłopi nie chcieli płacić lokalnemu baronowi, aż w końcu w 1884 doprowadzono tu kolej i wszystko stało się bardziej proste, nawet przyjście Niemców w 1940 roku.

Point l’Abbe

We had planned to continue exploring the history and physical landmarks of this lovely town before moving on, but at one point Zbig checked his pockets and realized he had forgotten his documents—his driver’s license, vehicle registration, and the like. We lost the mood for sightseeing and headed back to Guilvinec. However, not wanting to waste the rest of the day, we spent the afternoon walking across the bridge beyond the harbor that connects our town to another:

Mieliśmy poznawać dalej historię i jej materialne dowody w tym ładnym mieście, a potem jechać dalej, ale w pewnym momencie Zbig złapał się za kieszeń i stwierdził, że zapomniał dokumentów – prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego i różnych takich. Straciliśmy więc nastrój na zwiedzanie i wróciliśmy do Guilvinec. Żeby jednak nie zmarnować połówki dnia, to po południu przeszliśmy przez most za portem łączący nasze miasteczko z innym miasteczkiem:

Treffigat

Almost all the names on signposts and information boards are bilingual – French and Breton. Breton bears absolutely no resemblance to French, yet familiar words from German and English sometimes appear.

Prawie wszystkie nazwy na drogowskazach i tablicach informacyjnych są dwujęzyczne, francusko/bretońskie. Bretoński w niczym, absolutnie w niczym nie przypomina francuskiego, ale czasem pojawiają się znajome słowa z niemieckiego i angielskiego. 

Returning to Treffiagat, it is essentially a village covering an area of ​​8 square kilometers, with a population of 2,500. There is little to see there, apart from the medieval church.

Wracając do Treffiagat, to jest to właściwie wioska o powierzchni 8 kilometrów kwadratowych, na których mieszka 2,5 tys. ludzi. Niewiele tu do zwiedzania oprócz średniowiecznego kościoła.

Treffigat – church

We explored almost everything within an hour (and I mean everything):

Spenetrowaliśmy prawie wszystko w ciągu godziny (jak wszystko to wszystko):

Treffigat – „wide street”

and with a sense of duty well fulfilled, we returned home.

i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wróciliśmy do domu.

INFO: All parking in Breton towns is free (except for one town, but more on that later). There are plenty of parking spaces—outside the peak season, of course, since in summer you wouldn’t be able to squeeze in a pin. Furthermore, all restrooms are free too—both the public ones and those at gas stations—and their cleanliness and facilities are excellent, placing France high on my „World Restrooms” ranking.

INFO: wszystkie parkingi w bretońskich miasteczkach są bezpłatne (oprócz jednego miasta, ale o tym później). Miejsc do parkowania jest dużo, oczywiście poza sezonem, bo w lecie nie można wcisnąć szpilki. Poza tym wszystkie toalety również są bezpłatne – i te miejskie i te przy stacjach benzynowych, a ich czystość i wyposażenie są na bardzo dobrym poziomie, co stawia Francję wysoko w moim rankingu „Toalety Świata”.

Le Guilvinec—our place in Brittany / Le Guilvinec, czyli nasze miejsce w Bretanii

Le Guilvinec is, above all, a fishing port—a place of winding streets whose layout remains a mystery to us to this day, and of incredibly friendly people. And there is a profound sense of calm: there are hardly any tourists, and no snobs with massive yachts and even bigger egos. In the morning, when I go out with my dog, it is still grey. All the shutters are closed, and there isn’t a soul around. Closer to the port, I usually run into a few people walking to or from the bakery. We exchange a „bonjour,” and I turn off with Quattro onto a tiny beach—almost completely submerged by the high tide—to watch the small fishing boats heading out to sea or returning to port just as the sun comes up. On the way back, we buy a baguette for a mid-morning snack, and that is how our day begins. Such peace.

Le Guilvinec to przede wszystkim port rybacki, zaplątane uliczki, których planu nie potrafimy do dziś odgadnąć i niesamowicie mili ludzie. I wielki spokój – prawie nie ma turystów, nie ma snobów z wielkimi jachtami i jeszcze większym ego. Rano, kiedy wychodzę z psem jest jeszcze szaro. Wszystkie okiennice zamknięte i nigdzie nikogo. Trochę bliżej portu spotykam zwykle kilka osób, które idą do lub z piekarni. Mówimy sobie „bonjour”, ja skręcam z Quattro na maleńką plażę zalaną prawie zupełnie przez przypływ, obserwujemy małe kutry wyruszające w morze, albo wracające do portu i wtedy wstaje słońce. Wracając kupujemy bagietkę na drugie śniadanie i tak zaczyna się nasz dzień. Spoooookój.

Le Guilvinec is one of the last places in France where only small vessels—like this one—are allowed to fish:

Le Guilvinec to jeden z ostatnich miejsc we Francji, gdzie mogą łowić tylko małe jednostki, takie jak ta:

Le Guilvinec

The port is small, and there isn’t much to see. However, you can book a 12-hour fishing trip and fish alongside the crew—though enduring the rocking motion, the smell of fish and diesel fumes, and the actual work involved might be tough; still, to each their own.

Port jest niewielki i niewiele tu do oglądania. Ale można wykupić 12-godzinny rejs i łowić wraz z załogą kutra, ale chyba trudno znieść kołysanie, zapach ryb i silnika diesla i do tego jeszcze pracować, ale cóż, każda rozrywka ma swoich amatorów.

Le Guilvinec
Guilvinec – le port

Above: the harbor exit. You can see cutters and boats sailing to and from the port. I only photographed two boats, but believe me, there are many more a little further out. The photo below is a continuation of the one above, just taken shortly before sunset.

Powyżej: wyjście z portu. Widać kutry i łodzie płynące z portu i do portu. Sfotografowałam tylko dwie łodzie, ale wierzcie mi, trochę dalej jest ich wiele. Zdjęcie poniżej to kontynuacja tego powyżej, tylko niedługo przed zachodem słońca.

Guilvinec – l’ocean

Guilvinec is home to one of the few remaining fishing schools—and one of the last in France. It’s those buildings on the right, right out on the headland. The rocks are submerged by the tide every day, and at those times, the town seems closer. Almost all the houses are tiny and cozy, with shutters, and I would love so much to own one of them—even the ugliest one.

W Guilvinec jest jedna z niewielu szkół rybołóstwa i jedna z ostatnich we Francji. To te budynki po prawej stronie, na samym cyplu. Skały są codziennie zalewane przez przypływ i wtedy miasteczko wydaje się bliżej. Prawie wszystkie domy są malutkie, przytulne, mają okiennice i strasznie chciałabym mieć jeden z nich, choćby najbrzydszy. 

Le Guilvinec – the view

I’ll write more about the little houses later, as they’ve always been a huge passion of mine. For now, we’re heading back to the hotel because the dog is tired… / O domkach jeszcze napiszę, bo to moja wielka pasja zawsze. Na razie wracamy do hotelu, bo pies zmęczony…

Le Guilvinec – les boulles / petanque

You can find players like this in practically every small town in France. It’s the game of boules—also known as pétanque, depending on the region. The men explained the rules to me: you have to throw your ball as close as possible to a small target ball. Each player has three balls, and the winner is the one who lands theirs closest. Very complicated stuff.

Chyba w każdym miasteczku we Francji można spotkać takich graczy. To gra w bule (les boulles), znana również pod nazwą Petanque (w zależności od regionu). Panowie tłumaczyli mi na czym to polega – trzeba rzucić jak najbliżej małej kulki. Każdy ma 3 kule i wygrywa ten, kto dorzuci najbliżej. Bardzo skomplikowane. 

Notre hotel—a lovely spot in Brittany / Notre hotel, czyli śliczne miejsce w Bretanii

We arrived in the evening, exhausted—worn out like galley slaves. The hotel awaited us right next to the church, behind a tall white fence. We immediately felt a sense of „home away from home,” especially since the hosts—the owners—turned out to be absolutely delightful. Evening falls up to two hours later in this far-western corner of Europe than in Poland, though at eight in the morning, it is still grey outside.

Dojechaliśmy wieczorem, zmęczeni jak galernicy. Hotel czekał na nas tuż obok kościoła, za wysokim białym płotem. Od razu poczuliśmy się jak w domu daleko od domu, tym bardziej, że gospodarze / właściciele okazali się przeuroczy. Wieczór na dalekim zachodzie Europy zapada nawet dwie godziny później niż w Polsce, za to o ósmej rano jest jeszcze szaro.

Our hotel in Brittany

The garden is small, but we were given a section of it „for our own use,” along with a ground-floor room that opens directly onto a large bush of marguerite daisies.

Ogród jest niewielki, ale my dostaliśmy „na własność” jego część, wraz z pokojem na parterze, z wyjściem wprost na wielki krzew margarytek.

Our hotel in Brittany

As you can see, the dog has already made himself at home. Come on in—the little room is truly lovely: / Jak widać pies już się rozgościł. Zapraszam do środka, pokoik jest naprawdę śliczny:

Our hotel in Brittany

Great idea, right? Madame Martine, our hotelier 🙂 is full of ideas; every room in the hotel has a unique character. And the breakfasts she serves! I really should have packed some looser clothes… Take a look at what it looks like on the other side, too:

Fajny pomysł, prawda? Madame Martine, nasza hotelarka 🙂 ma mnóstwo pomysłów, każdy pokój w hotelu ma inny charakter. A jakie serwuje śniadania!!! Mogłam zabrać luźniejsze ciuchy… Zobaczcie jeszcze jak wygląda po drugiej stronie:

Our hotel in Brittany

Heading out to the garden, there’s an old wardrobe with a large mirror on the right, and straight ahead—the man who’s always working even while on vacation: Zbig.

Wyjście do ogrodu, po prawej stara szafa z wielkim lustrem, a na wprost wiecznie-pracujący-człowiek-na-wakacjach, czyli Zbig.

Our hotel in Brittany

A tiny bathroom window—almost completely overgrown—looking out onto a stranger’s garden; a mysterious one, naturally. Did I mention already how lovely it is here? It’s a tiny fishing town, and there aren’t many tourists. But more on that next time.

Maleńkie okienko w łazience, prawie zupełnie zarośnięte, wychodzące na obcy ogród, tajemniczy oczywiście. Pisałam już, że tu jest ślicznie? A miasteczko jest malutkie i do tego rybackie i nie ma tu wielu turystów. Ale o tym następnym razem.

The passport photo—or, vacation time. / Zdjęcie w paszporcie, czyli wakacje

Americans say that when you start looking like your passport photo, it’s a sign you need to go on vacation. I’ve looked like my passport photo for at least a year now (picture a terrorist, only without the beard—that’s pretty much me). Admittedly, I don’t actually need a passport this time since we’re staying in Europe, but it’s true: it’s finally time to hit the road. So, we set off early yesterday morning, heading west, and drove and drove and drove and drove. It was our first time traveling with the dog, which naturally brought up some big worries: would he hold up okay (he had the entire trunk of the Kuga to himself)? Would there be a place for him to poop along the way? And would he get stressed out by the loooong drive?

Amerykanie mówią, że kiedy zaczynasz wyglądać jak twoje zdjęcie w paszporcie, to znak, że trzeba wyjechać na wakacje. Ja wyglądam jak moje zdjęcie w paszporcie co najmniej od roku (vide: zdjęcie jakiegoś arabskiego terrorysty, tyle że bez zarostu – to miej więcej ja). Wprawdzie tym razem paszportu nie potrzebuję, bo tym razem pozostaniemy w Europie, ale fakt – czas wyjechać, nareszcie. Tak więc wyjechaliśmy wczoraj wcześnie rano, kierunek zachód i jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy. Pierwszy raz z psem, a co za tym idzie z wielkimi obawami, czy pies wytrzyma – ma do dyspozycji cały bagażnik w samochodzie rasy „kuga”, czy będzie miał gdzie robić po drodze kupę i czy nie będzie zestresowany dłuuuugą jazdą.

The lad is doing just fine, even though there are thousands of brand-new scents at the rest stops and he’s so excited he doesn’t even have time to eat. But after the first few hours—during which he stayed on constant alert—he finally relaxed and fell asleep, only occasionally lifting his massive head.

Daje chłopak radę, choć na parkingach tysiące zupełnie nowych zapachów i nie ma nawet czasu jeść, taki jest podjarany. Ale po pierwszych godzinach, kiedy czuwał non stop, w końcu wyluzował i spał, czasem tylko podnosząc wielki łeb.

On the first day, we managed to cover only 1,089 km. Completely wiped out, we collapsed at a hotel on the outskirts of Saarbrücken, trying to explain to the dog that he shouldn’t bark at every sound outside the door.

W pierwszy dzień daliśmy radę tylko 1089 km. Padnięci jak fiołki alpejskie legliśmy w hotelu na przedmieściach Saarbrucken, próbując wytłumaczyć psu, że nie powinien szczekać na każdy odgłos za drzwiami.

Quattro near Saarbrucken

And today, we’ve been driving since the misty morning—on and on, across all of Lorraine through a terrible, awful, all-enveloping fog, crawling along the Paris ring roads at 20 km/h, and then fighting off sleep. But we’ll be there soon. It’s going to be great—a small fishing town and the vast ocean. Just another 230 kilometers to go.

A dziś znowu od rana mglistego jedziemy i jedziemy, przez całą Lotaryngię w strasznej, okropnej, wszystko-zasłaniającej mgle, przez paryskie obwodnice 20 km/godzinę, a potem walcząc ze snem. Ale już niedługo będziemy na miejscu. Będzie super – małe miasteczko rybackie i wielki Ocean. Jeszcze 230 kilometrów.

Something ends, something begins. / Coś się kończy, coś zaczyna

I can’t believe a whole year has passed since I returned from the Great Expedition. I’ve been here and there in the meantime, but nothing compares to the adventure of a lifetime. I need to finish the story, because I’m setting off for another Magical Land soon, and I can’t stand unfinished tales.

Nie mogę uwierzyć, że minął już rok od powrotu z Wielkiej Wyprawy. W międzyczasie było się tu i ówdzie, ale nic nie może się równać z przygodą życia. Muszę dokończyć opowieść, bo niedługo wyruszam do innej Czarodziejskiej Krainy i nie znoszę niedokończonych historii.

It was Monday, June 25, 2012; the sun rose in all its glory at 5:17 a.m., and we were up seventeen minutes earlier. We were required to vacate our cabin by 6:00 a.m., so we had to hurry to fit in one last delicious breakfast on board the Celebrity Constellation.

Był poniedziałek, 25 czerwca 2012 roku, słońce w pełnej krasie wstało o 5:17, a my siedemnaście minut przed nim. Kazano nam opuścić kabinę do 6 rano, więc musieliśmy się sprężać, żeby zdążyć zjeść ostatnie pyszne śniadanko na pokładzie Celebrity Constellation.

By 6:30, we already had our suitcases (it was amazing how efficiently they organized the baggage claim) and were waiting anxiously for the guy who had been keeping our car in some hideout somewhere. We didn’t have to wait long—after 30 minutes, we had the keys to a car covered in a thick layer of dust and numerous traces of avian droppings. Then I could begin the operation of opening the trunk, which held contents capable of triggering an epidemic of some unknown disease across a vast area (see: the first post). I lifted the hatch slightly and waited. Nothing happened—birds flying overhead didn’t drop dead in mid-air, and I didn’t faint—so I located the bag that posed the biohazard and tossed it into the trash (the contents were unrecognizable, but the object was black and soft).

O 6:30 mieliśmy już nasze walizki (niesamowite jak sprawnie zorganizowali odbiór bagażu) i z drżeniem serca czekaliśmy na gościa, który gdzieś w jakiejś dziupli przechowywał nasz samochód. Nie czekaliśmy długo – po 30 minutach mieliśmy już kluczyki do pokrytego grubą warstwą kurzu i wieloma śladami ptasiej przemiany materii auta. Mogłam wtedy zacząć operację otwierania bagażnika z zawartością, która mogłaby wywołać epidemię nieznanej choroby na dużym obszarze (patrz: pierwszy wpis). Uchyliłam klapę i czekałam. Nic się nie stało, przelatujące ptaki nie padły w locie, a ja nie zemdlałam, więc odnalazłam torebkę, która była zagrożeniem epidemiologicznym i wyrzuciłam ją do kosza. (zawartości nie dało się rozpoznać, ale była czarna i mięciutka).

Sky above Amsterdam

By 7:30, we were already speeding home along the A1 motorway. The distance to cover: 1,142 km. / O 7:30 już mknęliśmy autostradą A1 do domu. Dystans do pokonania: 1142 km.

In addition, we covered:

Amsterdam to Leknes in the Lofoten Islands – 1,017 nautical miles

Leknes to Longyearbyen (Spitsbergen) – 706 nautical miles

Longyearbyen to Honningsvag (Nord Cape) – 534 nautical miles

Honningsvåg to Molde – 683 nautical miles

Molde to Bergen – 133 nautical miles

Bergen to Amsterdam – 525 nautical miles

Total – 3,598 nautical miles; 1 nautical mile = 1.85 km

And that’s it.

Oprócz tego przebyliśmy:

Amsterdam do Leknes na Lofotach  – 1017 mil morskich

Leknes do Longyearbyen (Spitsbergen) –   706 mil morskich

Longyearbyen do Honningsvag (Nord Cape) –   534 mil morskich

Honningsvag do Molde –   683 mil morskich

Modle do Bergen –   133 mil morskich

Bergen do Amsterdamu –   525 mil morskich

Razem – 3598 mil morskich 1 mila morska = 1,85 km

I tyle. 

The end is near—meaning Denmark is already in sight. / Koniec jest bliski, czyli już widać Danię

Late afternoon / Późne popołudnie.

We wander aimlessly through the corridors of the seventh deck, trying to figure out what constitutes the luxury that costs a thousand bucks more than our cabin. The hallway looks just the same… The only thing I envy them is being able to open the windows – that’s probably the one thing that bothers me here. We wonder why we never once took a dip in any of the pools… Well, it’s too late now, but there’s only one reason: we just didn’t feel like it. Maybe next time – when we sail to the Caribbean, or at least to Madeira. But we’ll have a little animal as a souvenir – one of the several species that live around the pool area:

Włóczymy się bez celu po korytarzach siódmego pokładu, próbując odgadnąć na czym polega ten luksus, wart tysiąc dolców więcej niż nasza kajuta. Korytarz taki sam… Zazdroszczę im tylko, że mogą otworzyć okna, to chyba jedyna rzecz, jaka mi tu przeszkadza. Zastanawiamy się, dlaczego ani razu nie kąpaliśmy się w żadnym z basenów… Nie, teraz już przepadło, ale powód jest jeden – nie chciało nam się. Może następnym razem, kiedy popłyniemy na Karaiby, albo chociaż na Maderę. Ale będziemy mieć na pamiątkę zwierzaczka, jednego z kilku gatunków, które żyją w okolicy basenu:

Celebrity Constellation – Animal near the pool

The food. On the Celebrity Constellation, it’s one of the most amazing experiences—and one of the things I’m going to miss like crazy. I don’t know how much weight I’ve gained, but it was totally worth it. If I ever had the money for a round-the-world cruise (spending one to three months on a ship!), the ship’s draft would probably increase by at least a few centimeters. Zbig is delighted with the food too, of course, but for one thing, he gets used to luxury quickly, and for another, anything beats my cooking anyway.

Jedzenie. To na „Celebrity Constellation” jedno z najwspanialszych doświadczeń i jedna z rzeczy, których będzie mi brakować jak nie wiem co. Nie wiem ile przytyłam, ale i tak warto było. Gdybym kiedyś miała kasę na rejs dookoła świata (od miesiąca do trzech miesięcy na statku!), to pewnie zanurzenie wzrosłoby o co najmniej kilka centymetrów. Zbig wprawdzie też jest zachwycony jedzeniem, ale po pierwsze on szybko się przyzwyczaja do luksusu, a po drugie i tak wszytko jest lepsze od tego co ja ugotuję.

That’s it—10 p.m. We’re off to sleep; we’ve been told to clear out by 6:30 tomorrow. People on the upper decks probably don’t have to be up at the crack of dawn, but oh well. We have to get up at five and eat a huge breakfast. No, I don’t think I want to go home. Tomorrow we have to return to reality, starting with a big unknown in Amsterdam: will we get our car back or not? And if we do, what kind of life form will be waiting for us in the trunk, where we left (okay, fine—where I left) sandwiches, cottage cheese, and yogurt?

Koniec – 22-ga. Idziemy spać, jutro kazali nam się wynieść o 6:30. Wyższe pokłady nie muszą zapewne się zrywać skoro świt, ale co tam. Trzeba wstać o piątej i zjeść ogromne śniadanie. Nie, chyba nie chcę do domu. Jutro musimy wrócić do rzeczywistości, a zacznie się od wielkiej niewiadomej w Amsterdamie – odzyskamy samochód, czy nie? A jeśli tak, to jaka forma życia czeka na nas w bagażniku, gdzie zostawiliśmy (no dobra, ja zostawiłam) kanapki, biały serek wiejski i jogurt? 

Sleep. I love cruises. / Spać. Kocham rejsy.

You,ve lived the life, or the last day / czyli ostatni dzień

24 June / czerwca

Sunrise 4:30 a.m., Sunset 10:16 p.m. / wschód słońca 4:30, zachód 22:16

Temperatura: 12°. 

Position: North Sea / Pozycja: Morze Północne

Misty morning / Mglisty poranek

„You’ve lived the life” – that’s the slogan that appeared in today’s onboard newsletter. Maybe so. Besides, there’s a bit of a roll. That’s how the North Sea welcomes weary travelers. We’re likely catching some beam seas that the stabilizers can’t handle, because it’s far from steady. Many people are complaining that they couldn’t sleep last night because they felt „unsettled.” I feel unsettled too—because it’s the last day, everything has gone by so fast, and I’m left wanting more; I could easily keep sailing for another month. Life here is so simple and uncomplicated. For now, though, I’m off to say goodbye to my buddy:

„You’ve lived the life” – takie hasło ukazało się w dzisiejszej gazetce pokładowej. Może i tak. A poza tym kiwa. Tak Morze Północne wita strudzonych podróżników. Pewnie łapiemy jakieś boczne fale, na które nie działają stateczniki, bo nie jest stabilnie. Wielu ludzi narzeka, że nie mogli spać w nocy, bo czuli się „niepewnie”. Ja też czuję się niepewnie, bo to ostatni dzień i wszystko minęło tak szybko i czuję niedosyt i popływałabym sobie jeszcze z miesiąc. Życie tu jest takie proste i nieskomplikowane. Póki co, idę pożegnać się z moim kumplem:

Celebrity Constellation – my dude

At eleven, we’re off to our final dance class—Latin line dance. I know Z. doesn’t want to go; his mind is already consumed by the grim reality he has to face tomorrow. And then there’s the car, left in the hands of a stranger at the port of Amsterdam… Will we ever see it again? Will we have a way to get home? Not to mention the sandwiches left in the trunk… Has some sort of epidemic broken out in the city?

O 11-stej idziemy na ostatnią lekcję tańca – Latin line dance. Wiem, że Z. nie chce, bo jego myśli już zajęła ponura rzeczywistość, z którą przyjdzie mu się zmierzyć już jutro. No i samochód, pozostawiony w rękach obcego człowieka w porcie Amsterdam… Czy jeszcze go zobaczymy? Czy będziemy mieli czym wrócić do domu? No i kanapki zostawione w bagażniku… Czy w mieście nie zapanowała jakaś epidemia?

Noon / Południe

We use the last half-day to explore the ship one last time, return a book to the library, and visit places we hadn’t been to yet—such as the cinema, where two movies were shown daily. The cinema is cozy; portions of popcorn in cardboard boxes await on a table by the entrance. I decided to sit for a while in this quiet, dimly lit space:

Wykorzystujemy ostatnie pół dnia, żeby ostatni raz zwiedzić statek, oddać książkę do biblioteki, iść tam, gdzie jeszcze nie byliśmy, np. do kina, w którym codziennie można było zobaczyć dwa filmy. Kino jest przytulne, na stole przy wejściu czekają porcje popcornu w tekturowych pudełeczkach. Postanowiłam trochę posiedzieć w tym spokojnym, mrocznym miejscu:

Celebrity Constellation – cinema

Z. unexpectedly decided to visit the retail deck. Some time ago, he’d spotted a warm hoodie—one that wasn’t made in China—and decided it was exactly the one he wanted. In my stingy heart, I had hoped there would be sales on the last day—wild price cuts with an „everything must go” theme—but nothing of the sort happened. The hoodie cost 45 bucks, and it still does. But Z. is happy anyway, and that’s priceless.

Z. nieoczekiwanie postanowił odwiedzić pokład handlowy. Jakiś czas temu wypatrzył ciepłą bluzę z kapturem, która nie-została-wyprodukowana-w-Chinach i uznał, że taką właśnie chce mieć. Ja w moim skąpym sercu miałam nadzieję, że w ostatni dzień będą jakieś wyprzedaże, szalone obniżki cen pod hasłem „all must go”, ale nic takiego nie nastąpiło. Bluza jak kosztowała 45 dolców, tak kosztuje. Ale Z. i tak jest zadowolony, a to jest bezcenne.

All transactions on the ship are cashless; you pay for everything using your boarding pass. At the end of the cruise, the total is calculated and charged to the credit cards whose details were provided upon embarkation. It’s great that you can check all transactions and your running balance on the TV screen at any time. For a penny-pincher like me, that’s a real relief.

Wszelkie transakcje na statku odbywają się bezgotówkowo. Za wszystko płaci się kartą pokładową. Na koniec rejsu wszystko jest podliczane i ściągane z kart kredytowych, których numery trzeba było podać przy zaokrętowaniu. Fajne jest to, że wszystkie transakcje i ich bilans można w każdej chwili sprawdzić na ekranie telewizora. Dla mnie, skąpiradła, to prawdziwa ulga.

Afternoon / Po południu

The dreaded moment of packing is fast approaching. I really don’t feel like doing it, but all luggage—except for carry-ons—has to be out in the hallway by 11 PM. Others likely have a longer to-do list: cashing in casino chips before the place closes, using up their remaining internet minutes before they expire at 7 AM tomorrow, or getting a massage to help reduce swelling during the long flight home. It’s a relief that we don’t have to do any of that. For now, we’re off to take a photo with the guy from Deck 3, right next to the Chinese plenary office.

Zbliża się straszny moment, kiedy trzeba się będzie pakować. Strasznie mi się nie chce, ale do 23-ciej wszystkie bagaże, oprócz podręcznych mają się znaleźć na korytarzu. Inni mają zapewne więcej obowiązków, bo trzeba: wymienić żetony z kasyna, zanim zostanie ono zamknięte, wykorzystać ostatnie minuty w internecie, bo przepadną jutro o 7 rano, zrobić sobie masaż, bo to redukuje opuchliznę w czasie długiego lotu do domu. Jak to dobrze, że nie musimy robić tego wszystkiego. Póki co, idziemy sobie zrobić zdjęcie z gościem z 3 pokładu, obok chińskiego biura plenarnego.

I don’t know who that is, but he’s always standing on the third deck. / Nie wiem, kto to jest, ale zawsze stoi na trzecim pokładzie.

Fjords—or rather, more fjords / Fiordy, czyli więcej fiordów

Late afternoon; not very warm, but it’s not raining. / Późne popołudnie, niezbyt ciepło, ale nie pada.

Z. was struck down by a bad cold right after dinner—which was a „formal” affair tonight. He didn’t even grace the ship’s theater with his presence, nor did he head to the mess for his evening cup of chocolate or admire the magnificent views from the eleventh deck. I left him to his fate—surrounded by thousands of tissues—and made my way up the stairs to that very deck.

Z. padł rażony katarem zaraz po kolacji, która dziś była „formal”. Nawet nie zaszczycił swoją obecnością ulubionego teatru, nie udał się do mesy na wieczorny kubek czekolady, nie podziwiał wspaniałych widoków, rozciągających się z jedenastego pokładu. Zostawiłam go na pastwę losu z tysiącami chusteczek i udałam się schodami na rzeczony pokład.

Above all, I had wonderful company: / Przede wszystkim miałam wspaniałe towarzystwo:

Towarzysz podróży

Secondly, I admired the „roadside” villages, where people live not only peacefully but also prosperously, and even rocky gardens don’t deprive them of happiness. And they have some pretty good views, too: / Po drugie podziwiałam „przydrożne” wsie, gdzie ludzie żyją nie tylko spokojnie, ale i dostatnio i nawet skaliste ogródki nie pozbawiają ich szczęśliwości. I jeszcze mają niezłe widoki:

Przydrożne wsie

The people of Norway had come out in front of their houses. I would have loved to ask if they happened to have a small, secluded cottage where I could stay for a while: / Ludność Norwegii wyległa przed domy. Chętnie spytałabym, czy nie mają jakiegoś małego domku na odludziu, gdzie mogłabym pomieszkać:

Ludność Norwegii

A solitary, small kayak amidst the vast expanse of waters: / Samotny, mały kajak wśród bezmiaru wód:

Samotny, biały kayak

around 11:00 PM, in the cabin / ok. 23.00, w kajucie

A notice about disembarkation in Amsterdam was slipped under the door, along with luggage tags for the bags we need to put out in the hallway by 10 p.m. tomorrow… Is that it? Really?

Pod drzwi wsunięto info o wyokrętowaniu w Amsterdamie, wraz z tagami do bagażu, który musimy wystawić przed drzwi jutro do 22-giej… To już? Naprawdę? 

No matter—there are still 525 nautical miles to Amsterdam. / Nic to, do Amsterdamu jeszcze 525 mil morskich. 

One bridge away—or, goodbye Bergen / O jeden most, czyli żegnaj Bergen

It started pouring in earnest, and Z. began to sneeze—which meant a runny nose was on the way. And when a guy gets a runny nose, heaven help us all. I’ll survive it somehow, but it won’t be easy. So, we’re fleeing the rain and the sniffles for our favorite ship—heading to our favorite spot, with its mountains of food and hot chocolate. We set sail right on time at 5:00 PM; the rain is still coming down and it’s 10 degrees out, but I’m staying out on deck anyway to bid farewell to Norway’s second-largest city.

Rozpadało się na dobre, Z. zaczął kichać, znaczy będzie miał katar. A jak facet ma katar, to klękajcie narody. Jakoś to przeżyję, ale łatwo nie będzie. Uciekamy więc przed deszczem i przed katarem  na nasz ulubiony statek, do naszego ulubionego miejsca z górami jedzenia i gorącą czekoladą. Odpływamy punktualnie o 17-stej, deszcz dalej pada, temperatura 10 stopni, ale i tak tkwię na pokładzie, żeby pożegnać drugie co do wielkości miasto w Norwegii.

By, by Bergen
Żegnaj, Bergen

As we journey through the countless fjords, we will pass under the Askøy Bridge. Our ship is quite large, so we will barely fit beneath it—we might even graze it slightly with our funnel… No, Captain Peppas has promised that everything will be fine, especially since we have taken a pilot on board to guide us through the treacherous waters of Byfjorden and Hjeltefjorden. We have 32 nautical miles to cover before reaching the open sea.

W wędrówce przez niezliczone fiordy będziemy przepływać pod mostem Askøy. Nasz statek jest dość duży, więc ledwo się pod tym mostem zmieścimy. Może nawet zawadzimy lekko kominem… Nie, kapitan Peppas obiecał, że wszystko będzie dobrze, tym bardziej, że przyjęliśmy na pokład pilota, który ma nas przeprowadzić przez zdradzieckie skały Byfjorden i Hjeltefjorden. Mamy do przepłynięcia 32 mile morskie, zanim znajdziemy się na pełnym morzu.

There it is! It appeared like a thin line on the horizon: / Jest! Pojawił się jak cienka kreska na horyzoncie:

Askoy Bridge

We’re getting closer; we’ll soon know if we’ll fit—or if we’ll damage the chimney or the bridge… / Zbliżamy się, zaraz będzie wiadomo, czy się zmieścimy, czy nie uszkodzimy komina, albo mostu…

Askoy coraz bliżej

We made it! But it was a really close call. And the bridge looks nice from underneath, too: / Udało się! Ale naprawdę mało brakowało. A most od spodu też jest ładny:

Askoy bridge from below

We’ll be navigating through thousands of islands now. But right now, I have to go to a formal dinner. I love these galas, but today I’d rather be taking in the scenery. / Będziemy teraz lawirować wśród tysięcy wysp. Ale teraz muszę iść na kolację typu „formal”. Uwielbiam te gale, ale dziś wolałabym oglądać widoki.