Willemstad, Curacao

Po pierwsze mieszkańcy mówią o swojej wyspie „kurasał”. Wspominam o tym, bo słyszałam już różne wersje tej nazwy. Po drugie, zanim zagłebię się z wami w gorące uliczki stolicy, to muszę przeprosić za niedostateczne wyjaśnienie mechanizmu działania mostu królowej Emmy. Poniżej krótki film o moście (kiedy już przedrzecie się przez reklamy):

Widać na nim, jak kawał mostu przesuwa się jak otwierane drzwi. Statek przepływa, most wraca na swoje miejsce. I tak nawet kilkanaście razy dziennie. Super! Niektórzy (ja na przykład) specjalnie zostają na moście, żeby na nim „pojechać” i machać do przepływających okrętów 🙂

Po przejściu przez most znajdujemy się w Punda – starej części miasta. Tuż obok mostu jest składnica złomu – tysiące kłódek, które zakochani przypinają, aby przypięczętować swą miłość na wsze czasy… Dobrze, że nie na moście, bo mimo pontonów leżałby pewnie na dnie kanału.

Willemstad, Curacao

Potem łazimy wiele godzin gorącymi ulicami karaibskiego Amsterdamu, oglądając wystawy słynnych sklepów (Kalvin Klein, Victoria’s Secret itd) i omijając cuchnące studzienki ściekowe.

Ten gość na pomniku to pierwszy premier niepodległych Antyli Holenderskich, Moises Frumencio da Costa Gomez. A skoro o polityce mowa, to tak wygląda nieco odrapany Parlament wyspy, liczący 21 osób:

Parlament of Curacao

Willemstad jest również miejscem najstarszego osadnictwa żydów na Karaibach. W XV wieku rząd Hiszpanii wyrzucił z kraju Żydów sefardyjskich (bo jak wiecie, Żydzi dzielą się na Sefardyjczyków i Aszkenazyjczyków) a część z nich osiedliła się właśnie tutaj. Odkrywam synagogę, która jest najstarszą bożnicą w Ameryce:

Synagogue, Willemstad, Curacao

No i wreszcie pora na tradycyjną kawę (w każdym porcie). Kawiarni, knajpek i restauracji mijamy całe mnóstwo, wreszcie wybieramy najbardziej zacienioną. Trzy ciemnoskóre kelnerki snują się między stolikami, starannie omijając gości wzrokiem… Poczułam się jak w PRL-u za młodych lat. Dziękuję Willemstad za przypomnienie tamtych obrzydliwych czasów! Stwierdziliśmy, że olewamy kawę, bo ileż można czekać, ale wtedy jedna z panienek raczyła przynieść kartę, przyjęła zamówienie i przyniosła je z obrażoną miną… Cztery i pół dolca na głowę za kawę. Przypomnienie sobie dawnych czasów – bezcenne.

Willemstad, Curaçao

Właściwie to Amsterdam, Curaçao. Myślę, że każdy kto zobaczy stolicę wyspy będzie miał takie skojarzenie. Nie dość, że położona nad wodami kanału Sint Annabaai i zatoki Schottegat, to… zresztą zobaczcie:

Willemstad, Curacao
Willemstad, Curacao

Ale po kolei. Willemstad składa się z dwóch części – Otrobanda (czyli Druga Strona), gdzie jest port i Punda, najstarsza część miasta. Żeby się dostać się do Pundy, idziemy długim nabrzeżem, przechodzimy przez ładne osiedle bloków i przez stary fort przerobiony na centrum handlowo-kawiarniane.

Na drugą stronę kanału można się dostać po moście, to oczywiste. Ale po jakim moście! Jest to największy na świecie most pontonowy, zbudowany w 1888 i wyremontowany w 2006 i nosi imię królowej Emmy. Kiedy kanałem ma przepłynąć statek, most się „zwija” na bok i jeśli jest się na moście, to trzeba czekać, aż statek przepłynie i most wróci na miejsce. Zdarza się to nawet kilkanaście razy dziennie, ale nikt nie narzeka. Jest wyłożony drewnem i pięknie oświetlony w nocy.

Queen Emma Bridge, Willemstad
Willemstad, Curacao

Curaçao

22 grudnia 2023, temp. 30, wschód słońca 6:51, zachód 18:16

Jesteśmy 60 kilometrów na północ od Wenezueli. Curaçao, wyobrażacie sobie?

Curacao

Dopłynęliśmy do portu Willemstad około dzesiątej rano. Upał był taki piekielny, że nie miałam ochoty nigdzie łazić, ale widok był niezmiernie zachęcający po tych wszystkich karaibskich atrakcjach, jakie mieliśmy okazję dotąd oglądać. I tu przed nosem miałam wyspę, której nazwa jest znana na całym świecie, choć pod postacią trunku.

Curaçao to jedna z wysp znanych jako Wyspy ABC – A to Aruba, B to Bonaire, C to właśnie Curaçao. Wszystkie należą do Królestwa Niderlandów i są zarządzane przez gubernatora. Curaçao i Aruba odrzuciły w referendum niepodległość i postanowiły pozostać częścią Europy. Poza tym językiem urzędowym jest tu holenderski i język zwany papiamento, który składa się z kilkunastu innych języków, choć głównie z portugalskiego i hiszpańskiego. Co jeszcze ciekawego można napisać o Curaçao? Uprawia się tu głównie pomarańcze, z których wyrabia się słynny trunek, są tu nieziemsko piekne plaże, a prawie cała słodka woda pochodzi z odsolonej wody morskiej.

Poza lepkim upałem i ładną architekturą, niedługo po zejściu na ląd mieliśmy przyjemność poznać jednego z obywateli tego niewielkiego kraju:

Cudowny, prawda? Choć może to była dziewczynka? Gapiłyśmy się na siebie dość długo, chciałam jej dać jabłuszko, ale bałam się że spłoszę stworzonko, więc tylko robiłam jej zdjęcia, a ona pozowała ślicznie, odwracając się z stronę obiektywu. A potem nadeszli ludzie i piękność odeszła w pobliskie zarośla. Tak poznałam iguanę.

Na morzu

21 grudnia 2023, temperatura 28, temperatura wody 28, wschód słońca 6:29, zachód 18:03, pozycja: widać na południowym horyzoncie wyspę Blanquilla

Dziś płyniemy wraz ze stadami latających ryb, które bielą się na powierzchni granatowego morza, mknąc z wielką prędkością nad malutkimi tęczami ukazującymi się w słońcu. Temperatura na sterburcie do wytrzymania, widok pustki jak zwykle wspaniały, pora porozmawiać o… piratach z Karaibów. Tych prawdziwych.

To byli naprawdę paskudni ludzie. Legendy stworzone w romantycznych opowieściach i popkulturowych przekazach nijak się mają do rzeczywistości tamtych czasów pełnych okrucieństwa. Przyzwyczailiśmy się do obrazu piratów, szlachetnych obrońców uciśnionych, kierujących się pięknymi zasadami moralnymi, równością rasową i rycerskością wobec kobiet. Taaa, jasne. Rabowali wszystkich jak leciało, nawet najbiedniejszym odbierali ostatnią kromkę chleba. Palili, gwałcili i mordowali bez litości, stosowali straszliwe tortury, nie oszczędzając kobiet i dzieci, często traktując ich jak towar.

Nie będę przedstawiać historii piractwa na Karaibach, bo nikomu nie będzie się chciało tego czytać, ale mogę zdradzić kilka sekretów:

Czy piraci nosili papugi na ramieniu? – Tak, papugi były łowione na wyspach i traktowane jako lokata kapitału, ponieważ można było je drogo sprzedać. Były też zwierzątkami domowymi, łatwiej było na statku mieć papugę niż psa.

Dlaczego piraci nosili opaski na oku? – Nie, nie dlatego, że stracili oko. Kiedy napadali na jakiś statek, musieli pokonać jego załogę. Walka toczyła się nie tylko na pokładzie, ale też pod pokładem, gdzie było ciemno… choć oko wykol. Wtedy po zdjęciu opaski to drugie oko widziało w ciemności o wiele lepiej.

Czy kapitan miał dyktatorską władzę na statku? – Tak, ale był demokratycznie wybierany przez załogę i mógł zostać odwołany.

Czy były kobiety – piratki? – Tak, dwie. Ale o tym następnym razem.

Teraz płyniemy śladami piratów z Karaibów, podziwiając zachód słońca. Jutro dopłyniemy na kolejną wyspę w archipelagu Małych Antyli.

St. George’s, Grenada

20 grudnia 2023, słońce wzeszło o 7:15, zaszło o 17:16, temperatura ok. 30 stopni, pochmurno

Grenada

Grenada to niewielka wyspa na Morzu Karaibskim, otoczona jeszcze mniejszymi wyspami: Carriacou, Ronde Island i Małą Martyniką. Wszystkie one tworzą państwo Grenada, które słynie głównie z uprawy gałki muszkatołowej (40% światowej produkcji, pomimo następstw huraganu, który zniszczył 80% upraw) i kakaowców. Poza tym należy do Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, są tam piękne plaże i wodospady, raj dla turystów wszelkiej maści, a szczególnie dla nurków. Poza tym są tam góry porośnięte pierwotnym lasem, żyzna ziemia i mili ludzie, a za niewielkie pieniądze można zostać obywatelem tego kraju. Poza tym wyspa słynie z amerykańskiej inwazji w 1983 roku, o której Clint Eastwood nakręcił agitkę pt. „Heartbreak Ridge” (Wzgórze Złamanych Serc).

Zacumowaliśmy o 8 rano w porcie w stolicy wyspy St. George’s. Miasto liczy wraz z aglomeracją około 35 tysięcy mieszkańców. Ponieważ obiecaliśmy sobie, że nie pojedziemy już na żadne wyprawy po wulkanicznych, górzystych wyspach, więc nie śpiesząc się ruszyliśmy w upalne popołudnie na pieszą wędrówkę (poniżej: nasz statek z lewej, ten z buźką).

St. George’s Port

Z portu widać było remontowany Fort George, nazwany tak w 1763 roku cześć króla Jerzego III, w roku w którym Brytyjczycy przejęli wyspę od Francuzów. Śliczny widok? Cierpliwości, będzie ładniej.

St. George’s Fort

Po przejściu obok napisu „GRENADA” znaleźliśmy się w dłuuugim centrum handlowym, pełnym niewielkich sklepików z przeznaczonymi dla turystów ciuchami, pamiątkami, kapeluszami, butami, torbami, magnesami na lodówki, lokalną biżuterią i milionem dupereli. Ulica przed centrum handlowym wydawała się ładna, na drzewie obok wejścia zamontowany był głośnik, przez który słychać było śpiew ptaków, a oferujący swoje usługi taksówkarze nie byli zbyt natarczywi.

Ulice miasta wznoszą się dość stromo. Bałam się, że nie dam rady, bo moja posklejana noga mocno dawała mi się we znaki po wędrówkach w poprzednich dniach (ogólnie miałam wrażenie, że te kilogramy metalu, którymi mam poskładaną kość podgrzewają się na skutek upału i powodują ból), ale postanowiłam się nie dawać. Ruszyliśmy pod górę po krzywym chodniku mokrym od deszczu. Pierwsze zaskoczenie: paskudne rynsztoki z zieloną zawiesiną, odrapane fasady domów i bezdomne, pokryte krostami psy wałęsające się między jadącymi wolno samochodami.

Na rynku (?) jest wielki, zadaszony targ. Betonowe, brudne stragany nie zachęcają do kupna czegokolwiek, a już na pewno nie jedzenia, które oprócz przypraw i ciuchów było tam sprzedawane. Oczywiście wszędzie słychać było głośne reggae i to chyba był jedyny miły akcent tego miejsca.

St. George’s market, Grenada

W drodze powrotnej jeszcze spotkaliśmy ubraną w tradycyjny strój dziewczynę

Grenada’s traditional dress

Wróciliśmy do naszego pływającego hotelu z ulgą, wiele godzin przed wypłynięciem z portu, rozkoszując się statkowym porządkiem i sałatką z sosem vinegrette. Pożegnaliśmy Grenadę z ulgą w tropikalnej ulewie. Płyniemy dalej, mając do przebycia 433 mile morskie (802 kilometry), prosto na zachód.

Roseau

Nasz przewodnik odwozi nas na ulicę przed wejściem do portu, obok budynku Muzeum. W cieniu stoją policjanci w ślicznych mundurach. Upał nawet dla nich jest wielki, bo zdjęli czapki.

Museum building, Roseau, Dominica

Wysiadam szczęśliwa, że to koniec, choć nogi mam jeszcze miękkie. Obiecujemy sobie z Panem i Władcą, że o ile kolejna wyspa nie będzie płaska jak naleśnik, to nie jedziemy już na żadną wyprawę, choćby nam mieli za to płacić! Koniec z górami i przepaściami, dosyć drżenia o życie na zabójczych zakrętach i pionowych podjazdach!

Roseau, Port entrance

Żeby ukoić skołatane nerwy postanawiamy napić się (tradycyjnie) kawy. W mieście nie jest to łatwe, bo budynki nie zachęcają do odwiedzania ich, a znaleźć bar/kawiarnię/pub potrafią chyba tylko miejscowi.

Wleczemy się powoli ulicami Roseau, patrząc z niepokojem na warunki, w których mieszkają tu ludzie. Dominica leży w strefie huraganów i trzęsień ziemi, dodatkowo ma czynne wulkany i być może nikomu nie chce się, albo nie opłaca remontować tu domów, ale trochę to smutne, że panuje tu aż taka bieda…

Wreszcie, całkiem niedaleko portu słyszymy głośną muzykę dobiegającą z czegoś takiego:

Pub, Roseau, Dominica

Tak, to stąd dobiegają dźwięki świątecznych przebojów granych w rytmie reggae przez kapelę Mikołajów. Wnętrze pubu jest dość ciemne, ale wszystkie stoły i ławy są zajęte, kilka kelnerek w czerwonych czapeczkach roznosi rum w szklaneczkach. Siedzimy i pijemy kawę, przypominając sobie, że nadchodzą Święta, bo w tym klimacie raczej trudno o tym pamiętać. I nagle widzę to:

Roseau pub

Widzicie? Z prawej strony na lodówce? Tak, polska flaga z orłem nawet… Niesamowite, prawda? Pytam Pani Barmanki skąd ta flaga? Mówi że właściciel był kiedyś w Polsce i przywiózł… Jaki świat jest mały 🙂

Roseau, Dominica

Odpływamy o 18.00. Żegnaj Dominico, biedna bogata wyspo. Mamy dziś w nocy do przepłynięcia 199 mil morskich (369 kilometrów). Do następnej wyspy.

Roseau i Dominica

Jedziemy znowu po straszliwie krętych drogach, przepaście nie przestały być straszne, jedynie ruch na drodze prawie żaden. Kilka kilometrów dalej znów się zatrzymujemy – tym razem idziemy w stronę gorących źródeł. Pan Przewodnik nalewa mi w dłoń wodę – jest gorąca i pachnie siarką. Gorące źródła są dowodem na to, że pod powierzchnią wyspy nadal drzemią nieposkromione siły wulkanów.

Dominica

Potem ruszamy z powrotem, okrążając wyspę z drugiej strony. Dominica ma mnóstwo strumieni, potoków, źródeł i rzeczek. Ma tak wiele płynącej wody, że inwestuje w energię wodną. Aż 40 procent elektryczności na wyspie pochodzi z wody! Ale za to homoseksualizm jest zakazany.

Pojawia się coraz więcej domów, droga staje się szersza, zaczynam odzyskiwać wiarę, że wrócimy cali i zdrowi.

Po pokonaniu wielu, wielu zakrętów wreszcie widzimy kres naszej podróży.

Mijamy jeszcze dom prezydenta Dominiki

House of Dominica’s President

Jeszcze spędzamy chwilę w prawie zupełnie pustym ogrodzie botanicznym, w którym można zobaczyć szkolny autobus przywalony przez baobab w czasie huraganu (nikt nie zginął). Wprawdzie zdjęcie mi nie wyszło ale można znaleźć w internecie.

Im bliżej portu, tym domy robią się brzydsze, bardziej zaniedbane, mniejsze i zniszczone, jakby stolica odcinała się od całej niesamowitej urody wyspy. Ulice są wąskie i tak ściśle zabudowane, że nie ma miejsca na rośliny.

Im bliżej portu, tym gęściej. Miasto nazywało się kiedyś Charlotte Town, ale to nie zmienia faktu, że zabudowa jest w stylu francuskim kolonialnym. Stolica jest rozległa, zajmuje około 30 hektarów, ale nie ma tu ani jednego porządnego hotelu.

Dominica

Jedziemy w góry. Nasz przewodnik i kierowca (na zdjęciu poniżej) przekonuje nas, że nie, skąd, żadnych przepaści, spacerek dla staruszka w parku jest bardziej niebezpieczny… Taaa… Dominica jest wyspą pochodzenia wulkanicznego i jak już wiecie z poprzednich sprawozdań, takie wyspy są bardzo górzyste, pokryte stromymi wzgórzami, a jej najwyższy szczyt ma prawie 1450 metrów wysokości, więc jest gdzie się wspinać. Samochód jest stary, ale prawie daje radę wspinać się coraz wyżej.

Our Guide, Dominica

Nasz pan przewodnik jest niesamowity. Zatrzymuje się często i pokazuje nam rośliny swojego kraju: tak rośnie kakao, tu jest awokado (owoce awokado są tu ogromne, to co sprzedają w sklepach jest wielkości pestki tutejszych owoców), tak rosną banany, a to papaje, a ta roślina nazywana jest uszami słonia, a to muszkatel, a tu kwiat migdałowca… zrywa z drzew, daje nam do próbowania lub wąchania. Nachylenie drogi przekracza nasze wyobrażenia, a on zostawia samochód na ręcznym hamulcu, z włączonym silnikiem i idzie w krzaki zbierać dla nas owoce albo trawę cytrynową… Mam zawał, ale co tam, trzeba jechać dalej, prawie ciągle pod górę, wąskimi drogami, gdzie od przepaści nie oddziela nas żadna barierka, gdzie droga skręca pod kątem 45 stopni, z drugiej strony jest skała i właśnie mija nas ciężarówka…

Już dawno nie widać żadnych domów, wydaje się, że już nie można wyżej, ale ciągle jest jeszcze wyżej. Roślinność wokół jest dzika, nieujarzmiona i przebogata, często tworzy nad nami dach, przez który nie przedziera się światło

Po godzinnej jeździe nasz pan zatrzymuje się, ogłaszając postój, można wysiąść, rozprostować nogi, skorzystać z toalety (ostrzega, że toaleta kosztuje dolara, płatne do skrzynki na drzwiach), ewentualnie coś przekąsić, no i zrobić zdjęcie najsłynniejszych wodospadów na Dominice, zwanych Trafalgar Falls (niestety, słabo widoczne z tej odległości, ale nie mamy czasu, żeby jechać bliżej)

In the mountains, Dominica
Trafalgar Falls, Dominica

Rozmawiam z panią, która sprzedaje mydła z niewielkiego straganu (mydła są specjalnością Dominiki, są powszechnie produkowane z różnymi dodatkami, na różne dolegliwości skórne, ale znane są z zawartości siarki), pytam jak się żyje na wyspie. Mówi, że teraz jest trudno, bo ceny bardzo wzrosły, bo była epidemia, ale ogólnie jest nieźle i oby nie było gorzej. Ludzie, którzy nie mają prawie niczego nie narzekają tak często jak my, nażarci Europejczycy. Po kilkunastu minutach ruszamy dalej, i to ruszamy odrobinę w dół.

Roseau, Dominica

19 grudnia 2023, słońce wzeszło o 6:26, zaszło o 17:39, temp. 30 stopni

Roseau, Dominica

Znów strasznie gorąco. Nasz wielki statek zacumował przy niewielkim pomoście prowadzącym do stolicy Dominiki – malutkiej wyspy leżącej w archipelagu Małych Antyli, pomiędzy Guadelupą a Martyniką. Roseau ma około 15 tysięcy mieszkańców, nazwę zawdzięcza Francuzom, choć teraz jest niepodległą republiką i członkiem Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, dzięki czemu jeżdżą tu po złej stronie drogi i mówią po angielsku. Ale poza francuską nazwą miasta przetrwała tu również odmiana francuskiego, zwana patois, której zupełnie nie rozumiem. Jak we wszystkich miastach na Karaibach jest tu głośno i radośnie, muzykę słychać z każdego straganu, sklepu i rogu. Oczywiście niepodzielnie panuje reggae. Nas wita ten siedzący pod parasolem muzyk:

Reggae in Roseau

Wita nas też wymalowany na asfalcie wizerunek narodowego ptaka Dominiki – amazonka cesarska. Muszę o niej opowiedzieć, bo to strasznie smutna historia. Ta papuga mieszka na Dominice i nigdzie indziej na świecie. Mieszka w lasach deszczowych na wyspie i żywi się nasionami, pędami roślin i owocami. Jak wiele gatunków traci swoje siedziby z powodu ekspansji człowieka i oczywiście wycinana lasów deszczowych i za bardzo nie chce się rozmnażać, bo kto by chciał, kiedy dom jest ciągle niszczony? Oprócz tego huragan David z 1979 zniszczył pięć milionów drzew na wyspie, a w kolejnym roku huragan Allen postrącał z drzew wszystkie owoce. W 2012 roku na wyspie zostało około 160, może 200 papug. W 2017 był kolejny huragan Maria, po przejściu którego zostało prawdopodobnie około 50 ptaków. Organizacja ICUN wpisała amazonkę na listę gatunków krytycznie zagrożonych…

Amazona imperialis from Dominica

Fort-de-France, Martinique

c.d. Na Martynice w imieniu Francji rządzi Prefekt. Prefekt to ma klawe życie, bo mieszka w pięknym , białym pałacu, który wyróżnia się bardzo wśród często starych i odrapanych i wymagających pilnego remontu budynków w stolicy

Forte-de-France

Ponieważ nie jestem przedstawicielką firmy turystycznej, więc pokazuję nie tylko piękne miejsca, ale i te paskudne, które raczej nie są zamieszczane w przewodnikach. A Francja, jak wszystkie kraje kolonialne ma wiele na sumieniu, nie tylko w kwestii niewolnictwa, wykorzystywania taniej siły roboczej i ograbiania wszystkich miejsc, w których sprawuje władzę. Większość obywateli tzw. terytoriów zamorskich Francji (Martyniki, Gujany Francuskiej, Reunion i Gwadelupy) żyje poniżej granicy ubóstwa, a większość aktywów należy do potomków białych kolonizatorów. Fala strajków i protestów w 2009 roku, które rozprzestrzeniły się też na sąsiednią Gwadelupę spowodowała, że rząd w Paryżu zgodził się częściowo na żądania protestujących i odrobinę poprawił sytuację czarnoskórej i kreolskiej ludności.

Mimo ciężkich warunków życia, ludzie tu są bardzo pogodni i uśmiechają się, pozdrawiają i chętnie wdają się w rozmowy. Żeby wspomóc lokalną gospodarkę, kupiliśmy na straganie kreolskie przyprawy. Miły pan spytał skąd jesteśmy, zapewne słysząc mój akcent. Powiedziałam, że z Polski i kiedy już zabierałam się do tłumaczenia gdzie to jest, ucieszył się bardzo i wykrzyczał, że Solidarnosc była dla nich wzorem i że kochają Polskę i tańczą mazurki i polki (polka to czeski taniec, ale co tam). Poniżej: oryginalna biżuteria, którą robią z pestek owoców lokalnego drzewa, polerują je i kształtują na różne sposoby:

TownHall, Fort-de-France

Powyżej: ratusz miejski, poniżej: budynek Biblioteki Schoelercher, która w środku też jest piękna, ale niestety była zamknięta:

Fort-de-France, Library

No i tyle o Martynice. Wypiliśmy jeszcze tradycyjnie kawę (bo obiecaliśmy sobie, że będziemy pić kawę w każdym porcie), był taka sobie, ale pani kelnerka była tak miła, że nie napiszę o tym. A, jeszcze o nazwie: jest przeróbką indiańskiej nazwy „Madinina”, oznaczającej „wyspę z wspaniałą roślinnościa”.

POLONICA: w 1959 roku polska szalupa o nazwie „Chatka Puchatków”, prowadzona przez dwóch żeglarzy: Jerzego Tarasiewicza i Janusza Misiewicza dopłynęła na Martynikę z Gdyni, po wielu niesamowitych przygodach. Ta historia jest tak nieprawdopodobna, że gdyby nakręcono o tym film, to mógłby być uznany za zupełny wymysł. Jeśli ktoś chciałby o tym przeczytać (naprawdę warto), to podaję link do tej opowieści: https://pl.wikipedia.org/wiki/Rejs_szalup%C4%85_Chatka_Puchatk%C3%B3w_przez_Atlantyk.

A my mamy do pokonania 52 mile morskie (tylko 96 km) na północ, do następnej wyspy.