
To chyba najpiękniejsza plaża, na jakiej byłam. Biały piasek z maleńkimi kamyczkami, łagodnie zbiegający do oceanu. Plaża ciągnie się przez wiele kilometrów, można nią iść i iść. I ma jedną, niesamowitą cechę – po sezonie jest prawie pusta.

Od strony lądu osłaniają ją wysokie, piaszczyste wydmy, porośnięte trawami i niskimi, suchymi zaroślami. W okolicy nie ma wielu domów, ani hoteli. Obok parkingu jest kilka restauracji, głównie takich z naleśnikami. Przy parkingu jest też słynna szkoła surfingu „Twenty Nine”.

Nie napisałam jeszcze, że cały ten raj należy do surferów. Na plaży obowiązuje absolutny zakaz kąpieli, bo można dostać dechą w głowę. Dozwolone są natomiast: surfing, windsurfing, kitesurfing i wszystkie inne formy tego sportu. Od 18 do 26 października 2014 (czyli już niedługo) na plaży La Torche odbędą się, jak co roku, Mistrzostwa Świata w windsurfingu. Jeszcze zdążycie!

Wydmy przy plaży La Torche. Miejsce zwane Pointe de la Torche (bretońska nazwa: Beg an Dorchenn) to właściwie niewielki cypelek z granitowymi głazami i bunkrem z czasów wojny. Od tego miejsca w dwie strony rozciągają się te przepiękne plaże o kształcie półksiężyców. Jedna prowadzi do małej wioski (około 3 km), a druga, ciągnąca się jak Sahara, prowadzi gdzieś daleko, ale nie wiem gdzie.

Nasz samotny biały żagiel. Był bardzo szczęśliwy, bo mógł brodzić w płytkiej wodzie i uciekać przed falami. Widział małe rybki i próbował się bawić z każdym napotkanym psem, ale żaden nie chciał się z nim gadać.

My też byliśmy szczęśliwi, bo szliśmy tą plażą i szliśmy i byliśmy szczęśliwi…








































